Nowe elity, czyli polityczne reality show

 

Chłopaki z „Samoobrony”

ARTUR PAŁYGA

 

 

W kontaktach z ludźmi „Samoobrony” trudno powiedzieć, czy to jeszcze rzeczywistość, czy już świat urojony. Granice są płynne.

 

 

„Chodził w moich majtkach, a teraz nie chce mnie znać” – tak o pośle „Samoobrony” mówi Tadeusz Łobodziński, który przedstawia się jako szef partii w Małopolsce. Poseł, który miał chodzić w cudzych majtkach, to Piotr Smolana z Bielska-Białej. 44-letni rencista w Sejmie nie zasłynął niczym poza jednym: w oświadczeniu, gdzie parlamentarzyści ujawniają swój majątek, we wszystkich rubrykach wpisał „nie dotyczy” (poza mieszkaniem, ale komunalnym).
„Czy prawdą jest, że przed wyborami obdarowałeś Przewodniczącego Leppera wiązanką kwiatów o wartości 7 zł, która miała napis »Ostatnie pożegnanie«, który to w ostatniej chwili usunąłeś dzięki uwadze przypadkowo spotkanego księdza, zaś »majątek ten« miałeś pożyczony?” – napisał Łobodziński w liście otwartym do Smolany. Ten potwierdza.
Tuż po wyborach poseł Smolana kupił sobie opla i kosztowne meble do biura (mówi, że zrobił to były szef jego biura) i przekroczył dozwolone posłom limity finansowe. Dziś rzuca oskarżenia o korupcję. Publicznie sugeruje, że znany działacz „Solidarności” został zamordowany, bo chciał, aby fabryka aut FSM dostała się Polakom, a nie Włochom. Wszystko, oczywiście, bez dowodów. Ot, takie głośne myślenie.


RYCERZ PISZE DO PAPIEŻA 


„Dzisiejsze czasy wybitnie nie sprzyjają błękitnym rycerzom walczącym o szlachetne ideały. Zwykły, spokojny człowiek, rencista III grupy inwalidzkiej, zagorzały katolik, ojciec trojga obecnie dzieci, niepohamowany społecznik – stał się przeklętym w Bielsku-Białej BANITĄ, zwanym »Ondraszkiem«, »Mołojcem« i »Wichrzycielem«. Cóż – to prawda, że gdziekolwiek został zatrudniony, zdarzało się mu ścigać swoich szefów dochodzeniem prokuratorskim”. Tak zaczyna się tekst na stronie internetowej Smolany, który przedstawia historię jego konfliktu w spółdzielni mieszkaniowej, gdzie kiedyś pracował. I gdzie, jak potem twierdził, ujawnił łapówkarstwo.
„Ja się bardzo wahałem, co z tym fantem zrobić – bo jak się nie stawię, to mi dadzą dyscyplinarkę, a jak pójdę, to baba będzie się po mnie woziła, ordynarne kawały mi robiła, będzie na mnie głos podnosiła, jak to miała już wcześniej w zwyczaju czynić; ja się zdenerwuję, walnę babę w pysk i wyjdę na narwanego oszołoma, nie nadającego się do współżycia z ludźmi” – tak Smolana pisze w internecie, jak został wówczas wezwany przez panią wiceprezes spółdzielni.
W internecie Smolana zamieszcza też list do biskupa bielsko-żywieckiego, w którym informuje go (dodając: „Być może Ekscelencja wie o tym”), że odesłał do Watykanu legitymację członka Akcji Katolickiej „wraz z kserokopiami świadectw z nauki religii do dyspozycji Ojca Świętego”. List ów przesłał także „do wiadomości” swojemu katechecie ze szkoły średniej, katechecie z podstawówki i katechetce z przedszkola.
„To jest uczciwy człowiek, co do tego nie mam wątpliwości. Dużo przeżył, wie pan: mężczyzna żonaty, z trójką dzieci, 10 lat bez pracy...” – mówi ks. Józef Sanak, katecheta Smolany ze szkoły średniej. Ksiądz Sanak jest w Bielsku bardzo poważany. Smolana co jakiś czas przychodzi do niego, opowiada o sobie.
Poseł mówi też, że Papież go zna: kiedy Karol Wojtyła był kardynałem, odwiedził parafię na osiedlu Złote Łany, gdzie Smolana był ministrantem i wtedy został mu przedstawiony.
Legitymację odesłał w akcie protestu przeciw Akcji Katolickiej, która nie załatwiła mu pracy. A przynajmniej nie taką, jaką chciał. List do Watykanu wysłał dlatego, że, jak mówi, to Papież reaktywował Akcję Katolicką, więc niech wie, co się dzieje. Poseł czeka, aż Watykan zajmie stanowisko.


ŁAPANKA WYBORCZA I TAJNI AGENCI


„Pięć miesięcy u mnie mieszkał, bo tyle czasu mu skodę naprawialiśmy. Bez tej skody jak by zrobił kampanię wyborczą?” – mówi Tadeusz Łobodziński, który organizował „Samoobronę” w Oświęcimiu. Mówi, że wylansował Smolanę, a teraz dostał kopa: „Utrzymywałem biuro poselskie, jedyne w Polsce biuro »Samoobrony« z prawdziwego zdarzenia – pokazuje szyld. – Nawet sekretarkę zatrudniłem, komputer kupiłem. I teraz się okazało, że nikt mi grosza nie zwróci. Mało tego. Nie chcą ze mną rozmawiać”.
Łobodziński zarzucał kiedyś łapówkarstwo urzędnikom, przez których – tak twierdził – miał problemy z uruchomieniem ubojni świń w swoim gospodarstwie. Ktoś mu poradził, by zadzwonił do Leppera. Lepper ujął go: przyjechał do niego do domu, interesował się, proponował otwarcie koła „Samoobrony” w Oświęcimiu. Łobodziński wciągnął do tego Smolanę, który pomagał mu układać pisma do urzędów. Kiedy zapadła decyzja, że Smolana będzie kandydować, trzeba było mu wyremontować auto. Siostrzeniec Łobodzińskiego (którego ten umieścił na oświęcimskiej liście do Sejmu) był mechanikiem, pomagał skodę składać. 
„Do domu często nie jeździł, bo nie miał na bilet – wspomina Łobodziński. – Zadomowił się u mnie do tego stopnia, że zaczął sobie brać moje majtki. Znajomym, którzy do mnie przychodzili, rozdawał elaboraty, w których pisał, że jest tyranizowany przez żonę. Pisał daty, kiedy i co do niego powiedziała. Wszystkim to udostępniał, podobnie jak nagrania. On ją nagrywał i puszczał taśmy każdemu, kto chciał posłuchać”.
Smolana wsiada więc do skody i jeździ po okręgu, rozdając ulotki (wydrukowane gratis przez znajomego). Poza tym umieszcza się na liście jako pierwszy i szuka kandydatów na kolejne miejsca. Dogadał się z Mieczysławem Janoszem – tym, który dzierżawił teren tzw. żwirowiska przy Muzeum w Oświęcimiu i wpuścił tam Kazimierza Świtonia, co doprowadziło do słynnej awantury o krzyże.
„U Janosza w biurze odbywały się zebrania przedwyborcze »Samoobrony« – mówi Tadeusz Dumniec, który był trzeci na liście kandydatów. – Na liście umieszczono sekretarza Janosza i pracownicę jego biura”. Żeby było śmieszniej, jak mówi Dumniec, w ostatniej chwili dopisana pracownica dostała 2600 głosów. „A facet z Pszczyny, którego na siłę namawialiśmy, żeby dał się umieścić na liście, dostał 3200” – śmieje się Dumniec, na którego paść miało 1200 głosów.
Smolana tłumaczy, że musiało być dziewięć osób na liście, i że to Lepper się z Janoszem dogadywał. Wręcza własnoręcznie napisany elaborat „Rzecz o Romanie Chomickim”, w którym twierdzi, że podczas kampanii zawiązał się spisek przeciw niemu i jego kandydatom. Miało być tak: agenci wrogów chcieli przekupić kandydata, Franciszka Rojczyka, by zrezygnował. Ten informuje Smolanę i za jego wiedzą umawia się z agentami. Smolana tam jedzie, parkuje skodę pół kilometra przed domem Rojczyka, dalej idzie pieszo. Na miejscu ukrywa się w pokoju obok.
„Nasłani agenci wchodzą do pokoju, witają się z Franciszkiem Rojczykiem, nawet przez moment nie podejrzewają, że za drzwiami jest ktoś schowany, kto będzie podsłuchiwał ich rozmowę. Rojczyk gra na zwłokę, zgodnie z moją sugestią chce ich doprowadzić do pewnej determinacji – opisuje Smolana. – Oświadcza od razu, że te 10 tys. zł to stanowczo za mało, żąda 1 miliona zł używanych banknotów w walizce. Agenci rzeczywiście baranieją na takie dictum, próbują go przekonywać, że i tak dużo proponują. (...) Gdy negocjacje trwają już dobre 15 minut, czuję, że dłużej już nie wystoję za drzwiami z powodu drętwiejącej nogi w niewygodnej pozycji – wychodząc zza drzwi ku pełnemu zaskoczeniu intruzów. (...) Zaskoczeni w popłochu uciekają. W ten sposób uratowałem listę kandydatów, bo gdyby F. Rojczyk zrezygnował, lista kandydatów zostałaby unieważniona z braku dostatecznej minimalnej liczby kandydatów w liczbie 9 osób” – pisze poseł Smolana. 
W rozmowie dodaje, że przynajmniej nie umieszczał na liście członków rodziny, jak Łobodziński. Do Janosza teraz podchodzi z dystansem: mówi, że po konsultacji z Lepperem odmówił Janoszowi złożenia w Sejmie interpelacji, w której mowa była o „żydowskich zbrodniarzach”, i w której zniesławiany był prezydent Kwaśniewski i jego rodzina.


BUNT ODRZUCONYCH


Smolana ma elegancki garnitur. Właśnie zwolnił dyscyplinarnie dyrektora swego biura: mówi, że to on go namówił, by kupił opla i drogie meble. Mówiąc to, wykonuje ruch nogą, jakby kogoś kopał.
„Wystraszył się – mówi jeden z tych, którzy mu pomagali. – Ledwo został posłem, a już wszyscy coś od niego chcą, każdy chce coś wyciągnąć dla siebie, mają pretensje, żądania”.
Smolana, który niedawno utrzymywał się z niewielkiej renty, mówi, że wcale nie zarabia tak dużo, jak wszyscy sobie wyobrażają, a dieta i tak nie starcza na jego potrzeby.
Łobodziński zażądał, by poseł zwrócił mu część kosztów prowadzenia biura „Samoobrony” i pięciomiesięcznego kwaterowania w jego domu.
„Zrobił się ważny. Co dzwonię albo przyjdę, to go nie ma albo nie ma czasu – mówi Dumniec, który twierdzi, że ci, co weszli do Sejmu, mieli się rozliczyć z pozostałymi kandydatami. Dumniec napisał list do Leppera, upomniał się o pieniądze. „Słyszałem, jak przewodniczący mówił, że za jeden punkt, każdy miał otrzymać 1 złoty, a ja miałem 1200 głosów i, co najmniej 500 zł wydałem na kampanię” – skarży się.
„Jeszcze zaraz potem, jak go wybrano, jechał na spotkanie do Katowic i zabrał mnie przy okazji – opowiada Irena Łobodzińska. – W drodze mi powiedział, że jest za drogim posłem, by zajmować się naszymi sprawami”.
Tadeusz i Irena Łobodzińscy napisali „list otwarty”, który zaczyna się: „Szanowny kolego (jeszcze) zwracamy się do Twojego człowieczeństwa o opamiętanie względnie chcemy się od Ciebie dowiedzieć co się stało z twoją szanowną mózgownicą. Zwykła przyzwoitość, gatunku ludzkiego wymaga, by pamiętać w jaki sposób stałeś się osobą nietykalną – Posłem”.
Łobodziński mówi, że telefonicznie został poinformowany, iż w styczniu Lepper rozwiązał struktury „Samoobrony” poza parlamentem. Ci, co mieli wejść, weszli, po co ciągnąć za sobą ogon? „Wcześniej, w listopadzie, po nieudzieleniu votum zaufania posłowi Kazimierzowi Wójcikowi, przewodniczącemu zarządu małopolskiej »Samoobrony«, zostałem wybrany przewodniczącym – opowiada Łobodziński. – Lepper tego nie uznał. Powiedział, że przewodniczącym ma być Wójcik. Na piśmie jednak nic nie dostałem, a zatem mogę uważać się za przewodniczącego”.
Od dziennikarza Łobodziński dowiedział się, że Lepper ma spotkać się w Krakowie z aktywem „Samoobrony”. Pojechał bez zaproszenia. „Najbardziej mnie zabolało, kiedy Lepper mówił o samozwańcach, a potem pokazał na salę i powiedział, że to jest aktyw »Samoobrony«. A to same nowe twarze, jacyś faceci z biur detektywistycznych i nie wiem, kto jeszcze. Tych ludzi nigdy nie widziałem” – mówi Łobodziński. Ponownie wylicza, ile go kosztowało utrzymanie biura. Telefon mu wyłączyli, bo po kampanii przyszły rachunki, których Łobodzińscy nie zapłacili. „Oni robią zamach na partię” – podsumowuje.
Roman Chomicki próbował organizować w Bielsku niezależną od Smolany „Samoobronę”. Teraz postanowił „w obronie demokracji” pozwać Leppera i partię. Mówi, że statut partii rzeczywiście pozwala Lepperowi rozwiązać wszystkie struktury. Ale prawo nie pozwala, by partie oparte były na zasadzie bezwarunkowego posłuszeństwa. I Chomicki chce zaskarżyć statut. „Musimy się zmierzyć z Lepperem” – mówi w imieniu odrzuconych.
Tymczasem Smolana egzemplarze broszury („Rzecz o Romanie Chomickim”) trzyma w biurze poselskim. „Twarz ma jak u wariata, oczy rozbiegane – tak poseł RP opisuje spotkanie z Chomickim. – Odpowiadam mu, że »Samoobrona« w Katowicach nie będzie z nim rozmawiała, bo ktoś zadzwonił do nich, że Roman Chomicki ma »żółte papiery« – oświadczam mu zaraz, że to nie ja twierdzę, tylko życzliwie go uprzedzam, jaką opinię posłali mu (...) Wówczas Chomicki wykrzykuje na cały Plac Chrobrego: »Patrzcie – to poseł »Samoobrony«, wredny facet, wredny facet«. Bez słowa idę przed siebie, nie patrząc na ludzi”. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl