„F”

Pełnia

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ

 

„W zrostem urodziwa, zupełna na ciele, twarzy przyjemnej i wesołej, wejrzenia pięknego”, Dorota Żerońska pokutowała, nosząc włosiennicę, lecz zarazem była „bardzo przyjemna i ucieszna, z każdym według stanu jego umiała się rozmówić z kontentacyą i zbudowaniem słuchających. (...) Nikt, nawet ze znaczniejszych osób, nie śmiał przy niej słów lekkich i niepotrzebnych mówić. (...) Mowa jej była poważna i poniekąd jakby prosta, choć z wysokim pojęciem”. Była benedyktynką reguły chełmińskiej, od 1617 roku – ksienią klasztoru poznańskiego. Zakon kupił od mieszczan kilka kamienic w jednym kwartale, opodal Starego Rynku. Przy przebudowie tych kamienic dla potrzeb nowo powstałego klasztoru wielkie zasługi położyła Anna Petrusówna. Spracowała się tak, że aż zachorowała niemal śmiertelnie. „W Chełmnie zanoszono w jej intencji modły, ją zaś samą we śnie Matka Boska zapewniła, że będzie jej danym oglądanie zakończonego dzieła”. Petrusówna prędko odzyskała siły, i to chyba z nawiązką, skoro niebawem, w imponującej formie, była już na budowie. „Zdarzyło się, że rozkradziono blachę. Petrusówna nie podejrzewała pracujących czeladników, ale gdy jednego »uderzyła żartem w plecy, pas się na nim rozpukł i sztuka blachy z niego wypadła«”. Zdumiona, „sama go pobiła i więcej do onej roboty nie kazała puszczać”. Innym znów razem spostrzegła chłopa, zakradającego się na drabinę przy podwórzu klasztornym. Poczekała, „aż był na wierzchu, dopiero z nim obaliła drabinę i onego potłukła, tym go karaniem od złości odwodząc”.
Czytam, śmieję się, znów czytam i naczytać się nie mogę. Co odłożę książkę (prof. Karolina Targosz „Piórem zakonnicy – kronikarki w Polsce XVII w. o swoich zakonach i swoich czasach”), to zaraz po nią sięgam i na nowo podczytuję. Nie mija wiele czasu, a znów do niej zaglądam, żeby sobie przypomnieć to czy inne wydarzenie lub postać, lecz przede wszystkim – by zaczerpnąć tego pogodnego wigoru, dzielności nie zrażającej się przeciwnościami losu, hartu ducha wobec utrapień, utrudzeń, wojen, pożóg i morów, wreszcie zaś – cierpliwości i wiary, tak niezłomnej wobec niedoli życia.
Dawno nie czytałam z takim zajęciem pracy naukowej! Mam wrażenie – czy mylne? – że najciekawsze książki ukazują się teraz w Polsce chyłkiem, boczkiem, przypadkiem i istnym cudem. Na przykład pani profesor Targosz wydała swoje dzieło własnym sumptem! Wskazuje to wyraźnie, że żaden z dzisiejszych wydawców nie odgadł w dziele o zakonnicach materiału na bestseller; pewnie dlatego, że brak w nim modnych dziś wiadomości z magla. A tymczasem jest to książka zajmująca, a nawet porywająca, napisana ze znawstwem, polotem i poczuciem humoru. Opracowana na podstawie licznych kronik klasztornych, misternie złożona z wielu równoległych świadectw, pewną ręką nakreślona panorama burzliwych dziejów zakonów żeńskich w siedemnastowiecznej Polsce, zawiera materiał na dobry dziesiątek porządnych, grubych powieści – awanturniczych, historycznych, obyczajowych, a nawet romansowych! – i zapewne na jeszcze więcej scenariuszy filmowych. Jej walory dostrzegł już największy spośród książkowych moli – Lektor z „Tygodnika” – i wyróżnił obszernym, ciepłym omówieniem (,,TP” nr 18) – lecz i ja sobie pozwolę dzisiaj na kilka zachwytów, z czystej wdzięczności wobec Autorki za tak pyszną lekturę.
W istocie, ja też nie spodziewałabym się, że dzieje polskich zakonów żeńskich epoki baroku, spisane w kronikach klasztornych, mogą być tak pasjonujące. Te kroniki to nie tylko skarbczyk wiedzy historycznej oraz informacji o szczegółach życia codziennego różnych warstw społecznych; to także prawdziwy zabytek barokowego języka polskiego – nie tego literackiego, „retorycznego i makaronicznego”, lecz zwykłego, powszechnego i powszedniego, „mówionego” języka ludzi nieuczonych. Jędrna staropolszczyzna, bujna i smakowita, pełna jest miłych zdrobnień i spieszczeń oraz celnych, mocnych epitetów. Ten pełen uroku, jakże świeżo i bogato dziś brzmiący dawny język polski, układa się w malownicze opisy przeróżnych perypetii, ucieczek i peregrynacji, a także trafnie maluje całą galerię przepysznych portretów kobiecych, uderzająco żywych postaci o mocnych rysach i wyrazistych, zróżnicowanych charakterach.
Taka na przykład Anna Giżanka, czyli Magdalena od św. Teresy. Ona jedna spośród warszawskich karmelitanek zachowała przytomność umysłu, kiedy w roku 1674 ogromny pożar, szalejący na Krakowskim Przedmieściu, omal nie strawił domu zakonnego. Z pomocą pospieszyli karmelitanie z pobliskiego klasztoru: „sami wodę nosili, zalewali, belki przycinali i dachy odzierali, a nie mając czem ognia zrzucać z dachów, kaptury z głowy zdymali i maczając, mokremi ogień zmiatali”. Kanclerz litewski przysłał karety, aby ratować zakonnice. Jeden z jego sług wpadł do klasztoru, wołając: „Panny nie szalejcie, wychodźcie jak najprędzej, bo zginiecie, nie będzie sposobu wywłóczyć was z ognia”. Ale pożar wzmógł się tak, że karmelitanki musiały się ewakuować po drabinach przez wysoki mur, do klasztoru bernardynów, „co rzecz była niepodobna na nasze natury bojaźliwe. Chorych było kilka, a i zdrowe od fatygi i przestrachu okrutnego, ledwie od słabości stać na nogach mogły”. Tylko konwerska Magdalena wykazała się wspaniała energią i odwagą. Ogień „zalewała, póki jej starczyło wody”. Gdy zaś zabrakło, zaczęła żarliwie modlić się do św. Floriana, wręcz go ponaglając: „A słysz-że, święty Florianie, zalewaj, proszę cię, zalewaj, bo ja nie mam czym i nie mogę”.
Albo taka Konstancja z Myszkowskich Bużeńska – najsympatyczniejsza chyba i najbarwniejsza spośród bohaterek książki. Wychowana w rodzinie protestanckiej, nie mając w swych majętnościach zboru, wraz z mężem-kalwinem jeździła na msze do kościoła katolickiego, aż poruszona „ludzi prostych nabożeństwem” przystąpiła tu na Wielkanoc do spowiedzi. Będąc już katoliczką, pielęgnowała chorych, karmiła ubogich, zajmowała się sierotami i nawet „białymigłowami, co się na swawolny żywot udają”. To ona, przemagając wiele trudności, sprowadziła do Polski zakon karmelitanek, wreszcie sama do niego wstąpiła, mając lat pięćdziesiąt pięć, pod imieniem Beaty Konstancji od św. Józefa.
„Po przyjęciu tak była wzruszona, że ją, »babę takich lat«, obleczono w habit, że nawet nie czuła, z jakim trudem go na nią wciągnięto (wobec jej potężnej tuszy nie było dostatecznie obszernego). Miała pewne kłopoty z wykonywaniem pokłonów i z padaniem na ziemię, stosowała się jednak z ochotą do wszystkich zaleceń młodej mistrzyni, »aż ją hamować było potrzeba«. Była zawsze »ducha wesołego, nie znała melancholiej«. »Kiedy miesiąc świecieł, w oknie siedząc patrzała na niebieskie biegi, a na sercu dziwnie wielkie pociechy mając od Pana Boga... Z każdej rzeczy stworzonej umiała dobrodziejstwa boskie uważać, nie tylko z biegów niebieskich, ale z robaczków, z ziółek, z ptaków, kochając w nich, że to Pan Bóg dla człowieka stworzył«”. Potrafiła rozmawiać z ptaszkiem w klatce, „nad pstrymi kwiatkami upłakała się jako nad księgami, zbierała także »pstre« kamienie, układając je w oknie w celi. Wzór znajdowała u św. Teresy, która uznawała »pola, łąki, wody, kwiatki« za »najlepsze księgi« uczące wdzięczności i miłości do Stwórcy, przybliżające do Niego człowieka”.
Ta perspektywa, to odniesienie tak proste i miłe, a tak nieskończenie głębokie, obecne jest w całej książce pani profesor Targosz, tak jak obecne było i oczywiste w codziennym życiu dawnej Rzeczypospolitej.
A kto z Państwa ostatnio, kiedy miesiąc świecieł, w oknie siedząc patrzał na niebieskie biegi, na sercu dziwnie wielkie od Pana Boga mając pociechy?
Ano właśnie.


Małgorzata Musierowicz

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl