16 maja św. Andrzej Bobola został ogłoszony Patronem Polski

 

Święty, który wie, czego chce

KS. STANISŁAW MUSIAŁ SJ

 

 

Gdyby ktoś myślał, że wiekuista szczęśliwość jest „wiecznym odpoczynkiem”, myliłby się. Okazuje się, że święci w Niebie otrzymują „angaże”, prawie jak my tutaj na ziemi. I to... dekretem watykańskim. To nie sarkazm! Kościół przecież ma władzę wiązania i rozwiązywania także i w Niebie. Byleby oczywiście z niej korzystał mądrze teologicznie! Nie trzeba sobie tego „angażu” wyobrażać po ziemsku, a mianowicie że święty/a w Niebie, który/a zostaje patronem/patronką grupy osób (np. św. Izydor – patron rolników), czy choćby działu kultury (np. św. Klara, XIII w. – patronka telewizji), otwiera niebiańskie biuro usług. To my otrzymujemy nowy „adres” w Niebie, pod który się zwracamy. Tak całkiem po prostu, jak w rodzinie.
Ostatnimi czasy obserwuje się jednak, że patronów/patronek przybywa w wielkim tempie. Czyżby nawrót do tradycji, drogiej średniowieczu? Wtedy doszło do tego, że święci i święte Boże prawie zupełnie przesłoniły Chrystusa. Miejmy nadzieję, że nie będzie tak teraz i że nie będziemy świadkami sporów, wynikłych na tle kultu do świętych patronów/patronek. Jak u Sióstr Klarysek w Norymberdze w XV w., gdzie część wspólnoty postanowiła czcić jako swego patrona św. Jana Ewangelistę, a reszta sióstr – św. Jana Chrzciciela. Wspólnota się podzieliła i pod jednym dachem współistniały dwa oddzielne konwenty z osobnymi przełożonymi.
Po ogłoszeniu przed kilkoma dniami św. Andrzeja Boboli (1591–1657) wielkim patronem Polski grono naszych szczególnych niebieskich opiekunów wzrosło do pięciu: na pierwszym miejscu Matka Najświętsza, potem św. Wojciech, św. Stanisław Biskup, św. Stanisław Kostka, i ostatni, św. Andrzej Bobola. Dziwi trochę w tym zestawie nadreprezentatywność jezuitów, bo aż dwóch. Nie ma oczywiście żadnej osoby świeckiej, a tym bardziej żadnej kobiety-Polki.
W zbiorowej pamięci Polaków Andrzej Bobola zapisał się bardziej przez swą „aktywność” po śmierci, aniżeli przez działania za życia. Pod tym względem jest jednym z wyjątkowych świętych. Przez pierwsze 45 lat po jego tragicznej śmierci nikt o nim nie pamiętał. Przypomniano go sobie dopiero na początku XVIII w., kiedy to – jak głosi przekaz – rektor jezuickiego kolegium w Pińsku o. Marcin Godebski, nie wiedząc już, do jakiego świętego udać się o pomoc pośród apokalitycznych przeciwności, w jakich przyszło wtedy mu kierować kolegium (wojna domowa, rozbój, głód, zaraza), naprowadzony ponoć rozmaitymi dziwnymi znakami, odkrył trumnę św. Andrzeja Boboli pod kościołem, pośrodku innych trumien jezuickich. Nosiła lakoniczny napis w języku łacińskim: „O. Andrzej Bobola z Towarzystwa Jezusowego, zabity przez Kozaków”. Wszystkich uderzył fakt wyjątkowo dobrej konserwacji zwłok o. Andrzeja i ślady nieprawdopodobnych tortur na jego ciele. Taki był początek kultu Andrzeja Boboli. Szukano u niego ratunku we wszystkich biedach, jakie trapiły ludność polską w Koronie i na Litwie w owych trudnych czasach. Ślady ran na ciele o. Andrzeja przemawiały do wyobraźni wiernych bardziej aniżeli jego działalność (wiedziano zresztą o niej wtedy bardzo niewiele). Warto zaznaczyć, że Andrzej Bobola nie był jedynym jezuitą, który zginął na rubieżach wschodnich „za wiarę”. Było ich w XVII w. kilkudziesięciu.
Trzeba zdecydowanie przeciwstawić się próbom ukazywania św. Andrzeja Boboli jako ofiary prześladowań ze strony prawosławia. Jak głosi cytowany napis na trumnie, o. Andrzej zginął z rąk Kozaków. Morderstwa na nim dokonała kilkuosobowa grupa. Byli oni wprawdzie formalnie prawosławnymi i żądali od o. Andrzeja, by przeszedł na prawosławie, ale powodowała nimi głównie nienawiść narodowościowa. Zresztą hord kozackich bali się sami prawosławni, a skutki podporządkowania prawosławnych patriarsze w Moskwie przez Chmielnickiego w 1654 r. widoczne są do dzisiaj poprzez podziały w łonie prawosławia. Po straszliwych torturach, którym święty został poddany w szopie-jatce zwierzęcej w Janowie Podlaskim (16 maja 1657 r.), gdy ciało Świętego, powieszone za nogi u sufitu, zaczęło drżeć w konwulsjach, oprawcy śmiali się i mówili do siebie: „Patrzcie, jak ten Lach tańczy!”. Jeśli mamy dzisiaj ciało św. Andrzeja Boboli w Warszawie, to zawdzięczamy ten fakt także naszym braciom prawosławnym, którzy go nie usunęli, a tym bardziej nie zniszczyli, gdy kościoły w Pińsku i Połocku, w których spoczywało, przeszły w ich posiadanie.
Najważniejszy okres „aktywności” świętego Andrzeja Boboli przypada na okres Drugiej Rzeczypospolitej. Przedziwna „działalność” już nie słowem, tylko ciałem! Umęczone ciało bł. Andrzeja Boboli (ogłoszono go błogosławionym w 1853 r., po 141 latach starań o beatyfikację u Stolicy Apostolskiej), wywiezione z Połocka do Moskwy i zdeponowane w gmachu Higienicznej Wystawy Ludowego Komisariatu Zdrowia, przewiezione potem do Rzymu (za pomoc żywnościową, jakiej Stolica Apostolska udzieliła Rosji sowieckiej podczas głodu w latach dwudziestych), powróciło w tryumfalnym pochodzie do Polski po kanonizacji w 1938 r. Był to potężny zastrzyk mocy duchowej dla Polaków, który działał przez całą wojnę i w okresie komunistycznego zniewolenia. Jest w tym wielki udział św. Andrzeja Boboli, że Polacy nie stali się po wojnie „homines sovietici”.
Gdyby św. Andrzej Bobola żył dzisiaj, na pewno nie „nawracałby” naszych braci i sióstr prawosławnych w Polsce – na Białostocczyźnie czy gdzie indziej – na katolicyzm. To nie wina św. Andrzeja, że wyposażono go w czasie studiów do kapłaństwa w teologię, która nie dawała szans zbawienia prawosławnym. Jeszcze Pius XII w swej encyklice z 1957 r., skierowanej do całego Kościoła, a poświęconej św. Andrzejowi Boboli, cytował słowa świętego, wypowiedziane do prawosławnych: „Wiara moja jest prawdziwa i do zbawienia prowadzi. Wy powinniście żałować i pokutę czynić, bo bez tego w waszych błędach zbawienia nie dostąpicie. Przyjmując moją wiarę poznacie prawdziwego Boga i wybawicie dusze swoje”. Chyba tych słów św. Andrzej Bobola dzisiaj się wstydzi, kiedy to sam papież pozwala katolikom i katoliczkom przystępować do sakramentu pojednania i przyjmować komunię św. w cerkwiach prawosławnych tam, gdzie nie ma kościoła katolickiego. Św. Andrzej Bobola był absolutnie przekonany, że prawosławni idą na potępienie i jeśli ich „nawracał” (udało mu się „pozyskać” do unii wielu prawosławnych, zwłaszcza spośród osób bardziej wpływowych, ale i dwie całe wsie), to motywem jego działania była czysta miłość. Był głęboko i szczerze o tym przekonany, że w ten sposób ratuje prawosławnych przed mękami piekielnymi w wieczności.
Sądzę, że olbrzymi ładunek miłości do człowieka, jaki był zdeponowany w sercu św. Andrzeja Boboli (przy wielkiej współpracy jego samego z łaską Bożą; pracował nad sobą przez całe życie wyzbywając się wad, które przez długie lata go trapiły i które przełożeni mu ciągle wyrzucali), dzisiaj znalazłby swą realizację w głoszeniu i promowaniu tego wszystkiego, co ludzi łączy, a nie, co dzieli. Biada tym wszystkim w naszej Ojczyźnie, którzy fakt ogłoszenia św. Andrzeja Boboli wielkim patronem Polski chcieliby wykorzystać do celów partyjnych i nacjonalistycznych. Święty mógłby się im ukazać, i to nie tylko we śnie – jak ponoć czynił po śmierci, i mocno im pogrozić palcem. Sądzę, że do takich katolików skierowałby słowa (cytowane wyżej), z którymi zwrócił się za życia do prawosławnych (wówczas w dobrzej wierze, choć z niewiedzy): „Powinniście żałować i pokutę czynić, bo bez tego w waszych błędach zbawienia nie dostąpicie”. Nie ma żartów ze świętym Andrzejem Bobolą. Ma on świętą ambicję być solidnym i dobrym wielkim patronem Polski. Zależało mu na tym tytule ponoć bardzo. W 1819 r. o. Alojzy Korzeniewski, dominikanin, miał pewnej nocy mieć wizję Świętego (wówczas jeszcze nie błogosławionego), który mu przepowiedział, iż po wielkiej wojnie: „Polska zostanie odbudowana i ja zostanę uznany jej głównym patronem”. Św. Andrzej Bobola, wielki patron Polski, który sam chciał nim zostać i który wie, czego chce. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl