A wolność czym dla pana jest?

JAN MORAWIECKI i JĘDRZEJ MORAWIECKI

 

 

Szpitale psychiatryczne w latach 50. i 60. okrywa milczenie. To była rzeczywistość „Polski Ludowej”: nieogrzewane sale, pacjenci „padający jak muchy”, tłok, poniżenie. Nie można – choćby chcieli tego dziś niektórzy emerytowani dyrektorzy – zepchnąć w zapomnienie tysięcy chorych ludzi, wiezionych w transportach, faszerowanych neuroleptykami, służących za materiał do eksperymentów dla lekarzy z ambicjami. Nie da się ich umieścić w sferze epizodów historii. 

 

 

– Od jak dawna pan tu jest? 
– Od początku jak szpital nastał. 
– Który to był rok? 
– Pięćdziesiąty siódmy. 
– A jak pan tutaj trafił? 
– Przenieśli mnie transportem. Z innego szpitala.
– Pamięta pan coś z tego? 
– Ja wszystko pamiętam. 
– Może pan opowiedzieć? Jak wyglądał np. transport? 
– Salowy powiedział, że jedziemy do sianokosów, na Zachód. Nikt nie mówił, że to na stałe. Pozbierali nas i... Pociągiem my przyjechali. W jednym wagonie cały oddział był. Z lubelskiego. Jak wyjechaliśmy o czwartej po południu, to dojechaliśmy na szóstą rano. Później z Wrocławia przywieźli nas samochodem. W piżamach. Dojechałem, poczułem smutek. Gorsze jak obóz, bo taki dziwny wygląd był. Nie mogłem tego przeżyć. Pacjenci nieprzytomnie straszni. Ale poszedłem do pracy i szybko mi przeszło.
– Jak widzieliście państwo, pacjent jest zupełnie przytomny, w kontakcie rzeczowym. On cały czas jest taki jak teraz. Być może on jest po prostu zdrowy. Ale on nic innego już nie ma, tylko szpital. On nie jest chyba nawet w stanie sobie wyobrazić, jak wiele szans stracił, jak mógł żyć. To dla niego cały świat. Tak, takich jak on ludzi z transportów jest więcej. Myśmy tu mieli taką mapę, w którą powbijaliśmy sobie chorągiewki: skąd który pacjent jest na tym oddziale. No więc z całej Polski byli...

*


Dialog ten odbył się w szpitalu psychiatrycznym w Lubiążu na Dolnym Śląsku, wiosną 2001 roku. Rozmawiali pacjent z transportu Marian Kuduk i psycholog Anna Wolak-Pietrzyńska, w obecności dziennikarza i fotoreportera.
To wtedy zaczęły się roczne poszukiwania. Próba odkrycia przeszłości szpitalnej. Przemilczanych transportów ze wschodniej Polski na „ziemie zachodnie”. Archiwa, biblioteki, rozmowy z dyrektorami, personelem. Rekonstrukcja całości z wyrywkowych wspomnień: obrazu szpitali psychiatrycznych z lat 50. i 60. Miejsc, gdzie krzyżowało się życie stłoczonych pacjentów, personelu z ogłoszenia albo przymusu, lekarzy przyjeżdżających za chlebem albo z ciekawości. 
Historia o strachu, młodzieńczym wyzwaniu, eksperymentach na ludziach i naciskach z komitetów PZPR. Oraz o nudzie prowincji i apatii po neuroleptykach. O „rządzeniu” i „byciu rządzonym”. O szronie na ścianach i pacjentach, co „padali jak muchy”. 
O tych, co – jak Marian Kuduk – być może nie wymagali już hospitalizacji, ale nie mieli gdzie iść. 
I o tych, dla których tamten epizod nie jest wart wspomnienia. 


PACJENCI ZE WSCHODU


Lubiąż. Mała dolnośląska wieś nad rzeką, koło Wołowa, przykryta lasem, wzgórzami, uśpieniem. Lubiąż żyje polami, paroma sklepami i przede wszystkim szpitalem. Pod bramą kompleksu rozkładają się wschodnie stragany, asfaltową drogą idzie co dzień z bloków personel. 
Historia lecznictwa psychiatrycznego rozpoczęła się tu w 1830 r., w klasztorze cystersów, gdzie powstał profesjonalny zakład lecznictwa i pielęgnacji. 
W 1945 r. szpital w klasztorze przestał istnieć. Ordynator szpitala w Lubiążu, Jacek Kacalak: „Do dziś jest zagadką, co stało się z pacjentami, biorąc pod uwagę postępowanie Rzeszy Niemieckiej wobec chorych psychicznie. Jeszcze do maja 1945 szpitalem zarządzał niemiecki dyrektor. W szpitalu przez pewien okres stacjonowały wojska radzieckie, które prowadząc rabunkową eksploatację obiektu, opuściły go w 1949 r. Wtedy kompleks przejął resort rolnictwa, który zorganizował tu Ośrodek Szkolenia Kadr Mechanizacji i Rolnictwa. W 1956 r. ośrodek rozwiązano, pozostawiając jeszcze bardziej zdewastowany obiekt. W kwietniu 1957 do opuszczonego budynku przybył pierwszy transport chorych psychicznie z przepełnionych szpitali z całej Polski. Jednak oficjalne otwarcie szpitala psychiatrycznego w Lubiążu nastąpiło dopiero 25 maja 1958 r. To ważne: otwarcie nastąpiło po roku od przywiezienia pacjentów. Po przejęciu obiektu przez lecznictwo psychiatryczne, po wojnie, nie dokonywano remontów i modernizacji obiektu. Nie zapewniano funkcjonującego ogrzewania, oświetlenia, zaopatrzenia w wodę i fachowego przygotowania personelu. Do tego dochodzi ogromne przepełnienie. Pierwsza kontrola z pionu lecznictwa psychiatrycznego – w 1968 roku – wykazała skandaliczne warunki przebywania chorych psychicznie”. 


WSPOMNIEŃ CZAR


„Niemcy uważali, że tu jest malaryczny klimat, dlatego zmieniali co pięć lat pielęgniarki, salowe, wszystkich pracowników... A ja 41 lat już wytrzymałam!” – doktorowa uśmiecha się. Siedzi na ławce pod kasztanem, rozmawia z panią psycholog, wspomina. 
Przed oczami staje dawny Lubiąż. Doktorowa zatacza łuk ręką: „Tu z tyłu jest zarośnięty cmentarzyk, tam, gdzie pacjenci na fiołki chodzą i w maju co nieco baraszkują, bara-bara. Tam jest zbiorowa mogiła” – mówi. Później czasy powojenne: szpital, personel dojeżdżający z okolicznych wsi, poranny sznur rowerów przez pola. 
Wspomnienia o lekarzach: „Była jedna Niemka, została z akcji przesiedleńczej. Bała się wszystkich, spała w trumnie. Raz zaszedł listonosz do domu. Jak poruszyła ręką, dostał zawału. Była przełożoną pielęgniarek. W końcu zawieźli ją do domu opieki, tam zamieszkała. Kto jeszcze? Maksymowicz była bardzo fajna. Narzekała tylko strasznie na pierwszych dyrektorów, bo brali czysty spirytus. Biedactwo przychodziła do mnie i mówiła: »Wandeczko, oni mi ciągle powtarzają: wypisz. A jak mam to potem rozliczać? Tak litr za litrem?«. Inna herbatę grzebieniem mieszała, łyżek nie było. Wielu rzeczy brakowało. Tak, woda zamarzała, na ścianach był szron. Przyjeżdżali dziennikarze. Ale co? Miałam powiedzieć coś na dyrekcję? Przecież by mnie zwolnili”. 
Do Lubiąża trafiła z ogłoszenia. Wcześniej jeździła po wsiach, z pogadankami o higienie. Zobaczyła anons w gazecie, zgłosiła się. Została zastępcą ordynatora – jak i inni. Zastępcą – by dopełnić formalności. Ordynatorów i tak nie było. 
Pracowała, żyła, grała w brydża, spotykała się wieczorami z towarzystwem. Piastowała stanowisko, mijały lata: „Był taki Ruski – ten to był aparat, z Krymu przyjechał. Pół litra i pod koc – to była jego recepta. Później wyjechał, przysyłał listy, pół po rusku, pół po polsku. Pisał: »dorogaja Wanda«”. 
Doktor Wanda Sokołowska sypie dowcipami, miła, czarująca. Wspomina z rozrzewnieniem dawne czasy, żegna się: „Co złego to nie ja, jak mówią Amerykańcy”, cmoka, wstaje z ławki. Ubrana w brązową sukienkę, frędzle zamiatają na wietrze, w słońcu błyszczy kremowy kołnierzyk. Siwiuteńka, włosy zaczesane do tyłu, mówi, że nudno, nie ma co czytać, nawet ksiądz wyniósł wszystkie książki z plebani, co tu robić... W końcu znika w ciężkiej willi. 
Pani psycholog prowadzi dalej, szpitalna brama, na placu ormiańskie stragany. „Oni zawsze wiedzą, kiedy będzie pensja w szpitalu wcześniej niż pracownicy, zjeżdżają. Teraz też chyba będą płacić, jak taki jarmark się rozłożył” – śmiech. 


SZRON, SZCZURY, NOSZE Z KOCA


Asfalt, szpaler drzew, domofon. 
Starszy specjalista BHP, w szpitalu od 44 lat. Przeszedł wszystkie stopnie: od pielęgniarza, salowego, kierownika. Oczy stalowe, mówi twardo, konkretnie: „Jak zacząłem pracę, nie patrzyłem przecież, jakie zajęcie, tylko jaki zarobek. Dopiero potem przyszły szczeble kariery zawodowej, dodatkowe korzyści finansowe. Szkolę, pokazuję najczęstsze objawy agresji chorego. Na ich zachowanie pracownik nie ma żadnego wpływu. I nigdy nie miał”. 
Janina Bazyluk. Do Lubiąża przyjechała w marcu 1954, razem z koleżanką. Dostały nakaz pracy w Ośrodku Mechanizacji Rolnictwa (przyszłym szpitalu). Zbuntowane, zabarykadowały się w pokoju. Płakały, nie wychodziły dwa tygodnie. Personalny podawał im przez okno jedzenie. A po dwóch tygodniach – nagły wypadek, były potrzebne, by zatamować krwotok, wyszły, zaczęły pracę. Zostały. 
Po dwóch latach zobaczyły pociągi ze wschodniej Polski: „30 kwietnia 1957 r. o godzinie 24 przyjęliśmy pierwszy transport pacjentów, zbierany z kilku szpitali. Byli to nieznośni pacjenci. Bardzo chorzy. Bez nóg, bez rąk... Niepodobni do ludzi. Wielu nieufnych, zamkniętych, agresywnych, podejrzliwych... Przyjmowaliśmy do rana”. 
To jedno z najważniejszych, przeraźliwych wspomnień Janiny Bazyluk. Następnego dnia wypadało pierwszomajowe święto: „Wszyscy stanęli na sali dziennej, stłoczeni. Zrobili bunt. Było 57 epileptyków, ale to epileptycy tacy, że... Chłopy jak dęby. Ja, malutka niewiasta, wśród tych chorych jedna pielęgniarka i kilku salowych. Musieliśmy sobie radzić. Oni nie puścili nas na salę. Nie wpuścili, krzyczeli: »chleba!«. Taki bunt. Każdy się bał wejść na tę salę. Pierwsza otworzyłam drzwi, inni za mną. Wyszłam cało z tego. Dopiero później żeśmy przywódcę jednego ubezwłasnowolnili... I wyprowadziliśmy go na inną salę. Dostał, pamiętam, gram evipanu [silny środek uspokajający], nawet mu powieka nie zadrżała. Potem drugi gram... 
Szpital nie był przygotowany do leczenia, ale prace trwały. Warunki były trudne. Jak się szło, na tacy było 180–200 iniekcji na oddział. Trzy razy dziennie trzeba było podać. A taca z lekami to taka jak... jak ta ława. Z wielkimi uszami. Nosiłyśmy we dwójkę, jedna nie dała rady. A na ścianach był szron. Zimno, wysiadły kaloryfery, wszystko wysiadło. Do tego szczury latały po sali. Na insulinie parnik, taki trociniak. Przez całą salę szła rura. Nigdy nie było wiadomo, czy pacjentka się nie budzi z insuliny, czy z zaczadzenia”. 
Pielęgniarka Bazylukowa siedzi w kucki na fotelu, w swojej willi. Częstuje ciastem, wspomina transporty: „Jeszcze w innych szpitalach niewygodnych pacjentów bito, zanim do nas przyjechali. Bo personel jak personel, wiadomo, jeden wytrzymuje, drugi nie. Jak w więzieniu, jeden bardziej wyrozumiały, drugi mniej. Dużo było wypadków. Oni byli wycieńczeni. Ile było złamań! Odwitaminizowani, odwapnieni... Bez ruchu przecież, to wiadoma sprawa, że pokurcze, że pacjent pacjenta popchnął i poleciał. Tu sobie złamał nogę, rękę... A iluż bez rąk, nóg. No i jeszcze do tego łazienki nie było na oddziale, trzeba było pacjentów nosić do pralni. W kocach, bo wózka nie było. 
Nie, nikt się nad tym nie zastanawiał. Takie były warunki i w takich trzeba było pracować. Po prostu nie było jeszcze możliwości. Wiadomo: wszystko przyjdzie z czasem, dyrektor powiedział, że będzie się starać. Oczywiście, co tydzień były odprawy. Kierownictwo miało podejście do ludzi. Dlatego wspominam ten czas miło, serdecznie”. 


43 LATA 


Marian Kuduk i psycholog Anna Wolak-Pietrzyńska po raz kolejny. Rozmowa.
– Pan wie, że pan w Lublinie do szpitala trafił z nakazu sądu? 
– Wszystko wiem, wszystko pamiętam. 
– Wcześniej w PGR pan pracował?
– No... 
– Do szkoły pan chodził jakiejś? 
– Zawodówki. 
– Jaką zawodówkę pan... 
– Stolarską. 
– Pracował pan w zawodzie? 
– Dwa lata. 
– Zanim się stało to, za co pan trafił. Co to było? Jakieś ciężkie przestępstwo? 
– PGR dał mi takie mieszkanie: dziury w ścianach, że ręka weszła. A ubrań nie miałem. Styczeń, mróz 36 stopni. Coś mi rano odbiło i podpaliłem budę. Taką drewnianą. 
– I za podpalenie tego domku, tak? 
– Tak... 
– Kiedyś jak było, jak traktowano pacjentów? 
– Dyscyplina była... Wstrząsy dawali elektryczne. Znęcali się. Zbili, skopali i można było się nabawić kalectwa. 
– A palce jak pan stracił?
– Skaleczony byłem, jak ładowałem wagony. Owinęli mi bandażem, nie zmieniali bandażu.
– I wdała się infekcja, czy tak? 
– Tak. 
– Ile pan miał lat w 1957 r.? 
– 21 miałem. Teraz mam 64. 
– Czyli 43 lata pan tu spędził w szpitalu, tak? 
– No... 

Obecny dyrektor Lubiąża, Dariusz Wilbik. 
Refleksja pierwsza: „Teraz nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy rzeczywiście były to nadużycia. Wiemy, że w Związku Radzieckim była rozpoznana tzw. schizofrenia ubogoobjawowa, polegająca na tym, że ktoś nie lubił komunizmu. To nie cyniczne anegdoty, tylko fakty. Ale stwierdzenie z całą pewnością, że w Polsce była psychiatryczna zsyłka osób niewygodnych – to byłoby nadużycie. Nie jesteśmy już w stanie dojść faktów. W przeważającej części były to raczej osoby, które rzeczywiście nie funkcjonowały w środowisku. Ot, jak to mówiono pogardliwie, »wioskowy głupek«, co snuł się po okolicy. I co się z nim robiło? Pakowało i przywoziło do nas. To najprostsze rozwiązanie. No i czymś takim były Lubiąż, Stronie Śląskie. Po prostu miejsce izolacji”. 


„I RZĄDZILIŚMY.”


Emerytowany salowy Leopold Krupski rozmawia z sąsiadem przez płot, na działkach. Wspominają dawne czasy, przyjazd do Lubiąża: „Dowiedzieliśmy się na gębę. Że cisza, spokój, dobre pieniądze. Można było rządzić. I rządziliśmy”. 
Mówią jeszcze, że przyjechali poprawić byt. I poprawili. 
Dawni salowi cieszą się życiem, czystą wodą. Chodzą nad Odrę łowić ryby, patrzą na niebo. 
Gawędzą w upale. 


„NIE MOGŁO. NIE TU.”


Poszukiwanie kolejnych śladów, miejsc. Pytanie o historię innych szpitali psychiatrycznych. 
Stronie Śląskie. Górskie uliczki, lody z automatu, tanie cukierenki, garść lumpeksów. Wyżej szpital. „A co? Panowie przyjechali znowu nas gdzieś wywieźć?” – pacjenci patrzą uważnie, później rusza lawina. Lęków, rozpaczy, wspomnień. 
Jedni mówią o wagonach towarowych, inni o karetkach. Noclegi na podłodze. „Jedźcie, będziecie mieć tam powietrze”. Podróż w piżamach, strach. „Płakałam, że taka młoda i jadę. Jak to, jakie wrażenia? – kobieta patrzy w oczy. – No jak się miałam czuć? Na blokach było zimno, piece w nocy stygły, ludzie chorowali. Jedna się zaczadziła. Teraz jest ciepło, dobrze”. 
Mieszają się miejsca, fakty, dziesiątki ludzkich historii. Jednego kąpali w lodowatej wodzie, najgorzej było w Kłodzku. Inna mówi, że dotąd co pewien czas ucieka do Wałcza. Kolejna ciągle się przytula do opiekunki: „Siostry dobre, a ta szczególnie, to kobieta szlachetnego serca”. Siostra wychodząc z bloku, zamyślona: „Wiadomo, szorowały podłogi, wiadomo, paliły w piecach, wiadomo, było im ciężko. Ale miały przynajmniej dach nad głową. Nie mogło być tak źle. Nie tu”.


PISZMY O RZECZACH PIĘKNYCH


Wiosna 2002, góry. Były dyrektor dużego dolnośląskiego szpitala psychiatrycznego siedzi w słońcu, rozparty w ogrodowym fotelu, wśród świerków, w willi na terenie kliniki. 
Uśmiecha się pobłażliwie. Przestrzega, tłumaczy. Że szron na ścianach to rzecz najmniej ważna. Że w polskiej psychiatrii działo się wiele rzeczy pięknych i o nich trzeba opowiadać. 
„To bardzo ryzykowne pisać o tym szronie, zgonach, o transporcie – zaznacza. – To tylko wycinek rzeczywistości. Zawsze było tak, że ludzie zdrowi, szczególnie ci o bardziej wiotkiej konstrukcji moralnej, starali się wykorzystać ludzi chorych do swoich celów. Po prostu dlatego, że są słabsi. Ale opisywać to? To może być bardzo źle odebrane w środowisku. Wielce ryzykowne. Życzę wszystkiego dobrego, ale to szalony materiał. W nim tkwi szaleństwo” – długi wybuch śmiechu.


ROBAKI I NARADY AKTYWU


Doktor Zdzisław Jaroszewski, psychiatra (dziś już nieżyjący), brał udział w kontrolach w szpitalach, a w latach 80. próbował upublicznić ich wyniki. Doktor Jan Lesiak był dyrektorem w Lubiążu w latach 1989–1997 (do szpitala przyjechał więc po kontrolach). 
Obaj lekarze korespondowali; w archiwum szpitala w Lubiążu zachował się list Jaroszewskiego do Lesiaka: „Kolega w swym liście wspomina o moim liście z 86 roku, który ja przeczytałem, sprowokowany, jak pamiętam, przemówieniem rocznicowym, w którym mówca pomijał ciemne strony pierwszych lat działalności szpitala. W 1961 lub 1962 r. byłem członkiem komisji z ramienia Instytutu Psychoneurologicznego, wysłanej do Lubiąża z powodu niepokojących skarg do Ministerstwa Zdrowia. Stwierdziliśmy nieludzkie warunki, w jakich przebywali chorzy na oddziałach psychiatrycznych. Bezradne kierownictwo szpitala winne było zaniedbań tylko częściowo (...). 
Po przejęciu obiektu po wojnie od resortu rolnictwa i oddaniu go psychiatrii, otwarto szpital bez zapewnienia funkcjonującego ogrzewania, oświetlenia, zaopatrzenia w wodę i przygotowanego personelu. Bez poczucia odpowiedzialności za los chorych. »Zasłużeni« szybkim uruchomieniem szpitala zostali zaraz odznaczeni, a już potem się nie troszczyli o ciężko chorych, których pozbywano się i zwożono tu z przepełnionych szpitali. 
W mojej długoletniej praktyce psychiatrycznej nie spotkałem się z takimi zaniedbaniami w opiece nad chorymi jak wtedy w Lubiążu, wizytując w nocy oddziały nie ogrzewane w zimie, bez światła z powodu wyłączenia prądu przez miasto. Widziałem rozbite ustępy, łazienki zarzucone zanieczyszczoną pościelą, salowe siedzące przy świeczkach poza cuchnącymi salami z chorymi. Odmówiły przystąpienia do sprzątania. 
Dlatego po powrocie do szpitala w Drewnicy, którym kierowałem, uzyskałem zgodę kilku pielęgniarek, na czele z przełożoną Emilią Rudnicką, pośpieszenia z pomocą chorym w Lubiążu. Mówiły później, że nie widziały jeszcze tak olbrzymich odleżyn z ranami wypełnionymi rojami robaków, chorych leżących w nieczystościach itp. Pomoc tego ofiarnego zespołu pielęgniarek była skuteczna, ale nie pamiętam, aby im za to podziękowano. 
Ówczesne kierownictwo szpitala bardziej dbało o opinię komitetu powiatowego PZPR, który losem chorych się nie interesował. W czasie naszej wizytacji kierownictwo było zajęte długą naradą partyjno-ideologiczną. 
Pozwoliłem sobie raz jeszcze o tym wszystkim wspomnieć, bo nie wolno zapominać o tych doświadczeniach, na ich tle tym bardziej jaśnieje wysiłek kolejnych zespołów ofiarnie oddanych chorym i pracownikom Lubiąża, którzy zdołali w końcu stworzyć chorym dobre warunki opieki. Łączę serdeczne wyrazy...”.


„PACJENCI PADALI”


Doktor Jan Lisowski – w Lubiążu od 1959 do 1962 r.
Szpital wspomina z nostalgią. „Byłem młody. Przyjechałem, bo zainteresowały mnie badania, prowadzone przez doktora Janusza Zielińskiego, razem z kierowniczką laboratorium. Chodziło o szacunkową metodę określania poziomu neuroleptyku w moczu. Bo pacjenci oszukiwali często przy zażywaniu leku: chowali pod język, prowokowali wymioty... A jsak się mocz przebada, od razu wszystko wychodzi. To mnie zafascynowało: nawiązałem korespondencję. Potem wsiadłem w pociąg, w ciemno przyjechałem. 
Przyjęli mnie serdecznie. Lubiąż zawsze miał problemy kadrowe. Każdemu dawano półtora etatu i mieszkanie służbowe, byle został. Miałem być parę miesięcy, zasiedziałem się na trzy lata. Na miejscu było pięciu lekarzy na przeszło tysiąc pacjentów. Koledzy z trudnością radzili sobie z obowiązkami, dyżury były często całodobowe. Rotacja ogromna. Bo atmosfera się popsuła. Mając 25 lat, po pół roku byłem najstarszym stażem lekarzem. Powód? Konflikty personalne. Stworzyły się dwa obozy. Myślałem wtedy, że to ambicje, teraz mam więcej doświadczenia życiowego, wiem, że chodziło jak zwykle o pieniądze. 
Miałem skromne doświadczenie i zostałem rzucony na głęboką wodę. Opieka nad pacjentami była niezbyt dokładna. Działało się doraźnie. Ale warunki do rozwoju były wyśmienite. Przede wszystkim szpital był rewelacyjnie zaopatrzony w leki: i dożylne, i doustne, i odżywki, kroplówki, hydrolizaty białkowe, neuroleptyki, wszystko. Nawet LSD koledzy znaleźli, coś próbowali na pacjentach eksperymentować. 
W Lubiążu wprowadziliśmy wstrząsy elektryczne bezdrgawkowe. Dwa razy w tygodniu organizowaliśmy dni elektrowstrząsów. Brało się po kilkunastu pacjentów. Teraz bez kontroli anestezjologa nikomu by to do głowy nie przyszło. Nie ma szans. Ale wtedy to było pionierskie ryzyko, prawdziwy eksperyment”. 
Doktor wspomina, że młodzi lekarze dorabiali na całodobowych dyżurach, odkładali oszczędności, a przy okazji uczyli się, eksperymentowali na pensjonariuszach, na Marianie. 
Po pracy spotykali się z miejscową palestrą, gawędzili: „No i nieustające brydże. Raz w miesiącu jeździliśmy na wspólne zakupy do Wrocławia. Do tego imprezy artystyczne, autobus wiózł nas do teatru... Co roku było winobranie w Zielonej Górze. Co do kultury, mieliśmy kaowca: Eligiusza Mikołajczyka, Kontrowersyjna postać. Śmiali się z niego, że jak prowadził pacjentów, to szedł przodem i skopywał ze ścieżki kamienie, żeby w głowę nie dostać. Później się oswoił. No i bardziej robił zabawy dla personelu. Był tu przez rok, nazbierał materiału, przyjrzał się. Wydał tomik opowiadań: »Odległości z bliska«. Sam mu tytuł zasugerowałem. Później zajął się handlem, sprzedawał pocztówki grające, talizmany dla młodzieży...”. 
Lisowski sypie anegdotami: „W wolnych chwilach przeglądałem zabawne historie chorobowe, na przykład: »Pacjent po zakończeniu badania zapytał, czy może pocałować lekarza w czoło. Otrzymał odpowiedź, iż może pocałować, ale w inne miejsce. Pacjent się zdenerwował i rzucił w lekarza kałamarzem«. 
Pacjenci nie wymagali ciągłej opieki, ale musieliśmy prowadzić dokumentację, przynajmniej raz w miesiącu uzupełniać. Trzeba było wypełniać: »Pacjent czuje się dobrze, tralala, gorączkuje, okresowo rozdrażniony«, czy coś innego. Jak pacjent siedział już dwa-trzy lata, niekoniecznie chciało się regularnie robić wypisy. I później, kiedy odchodziłem z Lubiąża, to były takie kwiatki, że nie miałem co robić, uzupełniałem swoje braki, brałem kartę, a tam: »Sierpień: pacjent spokojny, zatrudniony w gospodarstwie, kosi trawę na trawnikach szpitalnych«, następny wpis: »Grudzień: zachowanie pacjenta jak poprzednio«” – śmieje się. 
„Więcej niż połowa pacjentów to byli ci z transportów. Sporo było z tym perypetii. Pamiętam taki transport: przyjechał pod wieczór. Zaglądamy: myśleliśmy, że się pacjent zdrzemnął, a on zmarł w czasie drogi. Cały zesztywniały... Straszny był ambaras, żeby go z takiego ciasnego »sana« wyciągnąć. 
Wiadomo, każdy szpital woli mieć pacjentów w lepszym stanie psychicznym i fizycznym niż psychiatryczne kaleki. A więc do transportów kierowano najgorszą kategorię pacjentów: defekty schizofreniczne, otępienia epileptyczne. Wielu nie potrafiło powiedzieć, jak się nazywają. Pielęgniarze nieśli sterty papierów, przemieszane, bez fotografii, trudno było skojarzyć dokumentację z transportem. Więc było dużo »NN«: mieliśmy »NN Cygan«, »NN Rudy«, »NN październik«, bo w październiku przyjechał... 
Pisaliśmy to wszystko na plastrach, przyczepialiśmy na czoło, żeby ich rozróżnić. Pacjenci przewlekli nie wymagali leczenia, a postępowania opiekuńczego. Jakież leczenie? Głęboki defekt i tyle. Dostawali dawki podtrzymujące. Jak się pogorszyło, przychodził lekarz i zwiększał dawkę. 70-80 proc. pacjentów nie wymagało aktywnego zainteresowania ze strony lekarzy. Tu się brało ludzi na przechowanie”. 
I znowu o wsi: „Było tu romantycznie: dwa promy, zieleń. Znajomości, które wtedy zawarłem, pielęgnuję do tej pory. Witamy się z radością na zjazdach, przesyłamy świąteczne życzenia, imieninowe. Ale jak przychodziła w Lubiążu jesień czy roztopy – robiło się nieznośnie. Dopadała mnie tęsknota, melancholia. W końcu wyjechałem do Wrocławia”. 
Doktor Lisowski żegna się serdecznie, prowadzi przez oddział, nad którym sprawuje teraz pieczę jako ordynator. W drzwiach odżywają kolejne wspomnienia, opowiada na zakończenie z rozrzewnieniem: „Młodość, frontowe warunki. Jak była ostra zima, mieliśmy stale problemy z ogrzewaniem. Pacjenci byli wyniszczeni, padali. Umierało po 20-30 osób. Jakieś ciche zapalenia płuc, wyziębienie... Traktowaliśmy to z kolegami jako prawdziwe wyzwanie”.


„MAM ŻYĆ, TO ŻYJĘ.”


Marian Kuduk i Anna Wolak-Pietrzyńska, kolejna rozmowa.
– Przy przyjęciu rozpoznana była schizofrenia, ale od lat nikt nie obserwował procesu chorobowego. Pan jest cały czas w takim stanie jak teraz, dorzecznie rozmawia, zorientowany... 
– Jestem przytomny.
– Tak, panie Marianie. Ma pan jakieś potrzeby? 
– Nie mam. Jestem zgodny na wszystko. Nie chcę sam decydować. Tabletki biorę i spać dobrze śpię i może być. 
– Nie dokucza to panu, tak? Że nie może pan sobie na przykład pojechać gdzieś? 
– Pewnie bym pojechał, ale nie mam tego... Szansy nie mam. Jak pojadę? Gdzie? Skąd wezmę pieniądze? Ani renty, ani mieszkania...
– A wolność czym dla pana jest? 
– Jak czym? A czym może być? Życiem. Przecież nic innego nie ma nad wolność. A szpitale to nie wolność. To mnie ratuje, że do pracy chodzę, a jak nie ma pracy, sam nie wiem, co ze sobą zrobić. 
– Pan lubi na świeżym powietrzu chodzić, tak? W karty pan gra z kolegami, tak? 
– Mnie nie ciągnie do kart. Ale jak chcą... Namawiają mnie do kart, nie mogę się obronić. Przegrywają, a ja wygrywam. 
– Pan wygrywa, tak? A w co gracie? 
– W oko. 
– Dużo pan wygrywa? 
– Dwa razy miałem po dziewięć baniek, po dziewięćset złotych, dwa razy po siedem... 
– Dziewięćset złotych pan wygrywa w oczko? 
– Dwa razy miałem. Dwa razy po siedemset. Zresztą ja zawsze pieniądze mam. 
– Pan ma zawsze pieniądze, no właśnie... 
– Wódki nie piję ani wina, do niczego mnie nie ciągnie. Wypiłem parę razy to... Męczyło, nie wiedziałem, co mam zrobić. 
– Chorował pan, tak? 
– Nie chorowałem, zdrowy byłem, tylko taki... Takie zaburzenie było. To jeszcze gorsze jak trucizna mi się wydawało. 
– Mówi pan, że pan wygrywa i co pan kupuje za to? 
– Papierosy, kawę i to wszystko. Papierosy drogie... 
– A ubrania? 
– Mam, ile trzeba, to mam. Kupuję buty, ubranie, w szafie mam, tego... 
– Jeszcze raz niech pan powie to ostatnie zdanie. 
– Nie ma wcale po co. 
– Bo niewyraźnie pan mówi. Że trudno się panu skoncentrować, tak? 
– To różne problemy są. 
– Te leki swoje robią. Człowiek jest powolny, z trudem myśli, trudno mu zmieniać temat rozmowy. Minimalizuje swoje potrzeby. A już potrzebę kontaktu z ludźmi to do zera. Czy pan w ogóle zadowolony jest ze swojego życia? Panie Marianie? 
– Kto może być zadowolony, prawie nikt nie jest zadowolony. Bo to zawsze jakieś rzeczy się dzieją. Żyję, bo żyję. Mam żyć, to żyję. A jak umierać, to umierać. 
– Nie zastanawia się pan nad tym? 
– Jak się nie zastanawiam? Muszę się zastanawiać, bo co by ze mnie było?


HISTORIA ZAMKNIĘTA?


Podróż do Warszawy, poszukiwanie Eligiusza Mikołajczyka, kaowca. 
Tego z zewnątrz, bez zobowiązań. 
Urywkowe rozmowy w drzwiach, wytarte klatki schodowe, kolejne adresy, miejsca. 
Bez rezultatu. Oczekiwanie na wiadomość z Centralnego Biura Adresowego. Na kontakt z tym, który pomoże odsłonić przeszłość.
Tymczasem kolejne śląskie miasteczko. Sfatygowany kompleks szpitalny. Niedziela. Odwiedzin mało. Puste korytarze. Długie oczekiwanie, strzępki rozmowy w gabinecie, ostrzeżenie przed spotkaniem z dyrektorem: że nie lubi wspominać przeszłości. 
Kolejny pawilon, pokoik mieszkalny, na stole słodycze, kwiaty. Dyrektor zaprasza, siada – dystyngowany, ubrany w staroświecki, dobrze skrojony granatowy garnitur w prążki. Z kieszonki kamizelki zwisa łańcuszek. Dyrektor dyskretnie, ale i nieco demonstracyjnie wyciąga zegarek, sprawdza czas. Powtarza jak refren, jak i inni dyrektorzy, że psychiatria polska ma wiele wspaniałych kart, że należy je opisywać. Mówi pięknym językiem, dobiera słowa. Zabrania robić notatek. 
Jednak wspomina. Mówi o młodości. Że po ukończeniu studiów podjechał nocą pod dom samochód z UB. Zabrali go, jak stał, zawieźli do miasteczka, w którym postanowiono uruchomić oddział psychiatryczny. Zaczęto zwozić pacjentów. Po pewnym czasie został wezwany do Warszawy. Zaczął współpracę przy organizacji transportów. Sam starannie unika tego określenia: „Czasy powojenne, sytuacja w kraju ciężka. We wschodnich rejonach szpitale psychiatryczne były przepełnione. Możliwości hospitalizacji chorych wyczerpane. Jedyną szansą okazały się ziemie odzyskane. Zaczęła się walka z czasem. Walka z wyzwaniem. Teraz ta historia jest zamknięta”. 


MATERIAŁ DO EKSPERYMENTÓW


Tak, historia się zamyka. Marian Kuduk nie żyje. Umarł dwa miesiące po ostatniej rozmowie. Został pochowany na koszt gminy. Psycholog Anna Wolak-Pietrzyńska nie pracuje w szpitalu. Siedzi na parkingu w „nysce”, opowiada o Marianie. 
Dyrektor Wilbik wygłasza drugą refleksję: że nie wolno zapominać, że najpierw zwieziono chorych, dopiero później otwarto szpital. Że ruch humanitaryzmu w psychiatrii zaczął się od wynalezienia neuroleptyków, ale to nie jest tak, że była dawka neuroleptyków i zaglądało się do pacjenta raz na miesiąc: „Te leki pozwalały na czynną kontrolę przebiegu choroby. A opisywana procedura była niebezpieczna, wiązała się z powikłaniami, zagrożeniem życia”. 
Że tłumaczenie trudnymi czasami jest trudne do przyjęcia. Ale jeszcze do niedawna pielęgniarki były kimś zbliżonym do ordynatora. I była to sytuacja patologiczna: „Znajomy opowiadał, że niedawno jeszcze było dwóch lekarzy. Szpital był podzielony stronę męską i żeńską. Lekarz szedł, miał tabletki luzem i rozdawał je do ręki. Oczywiście, tamten czas dawał wspaniały materiał do eksperymentów bez kontroli. Dlatego polscy lekarze byli cenieni na Zachodzie. Teraz trudno im się przyznać, że w tym uczestniczyli. To niemiła karta. Wielu – mniej lub bardziej – było w to uwikłanych”. 
Dyrektor mówi jeszcze o Kasie Chorych, o finansowaniu na poziomie domu pomocy społecznej: że pacjenci też są pozostawieni sami sobie, bo nie da się finansować leków, a długi rosną. Że to, być może, ostatni rok Lubiąża. 
A Lubiąż smutny, kryty chmurą. „Nyska” mruczy, przychodzą kolejne myśli: że – wiadomo – świat nie jest czarno-biały, że była i ofiarność personelu, a szpital się zmienił po interwencjach w połowie lat 60. 
A gdyby interwencji nie było? Nie da się wytłumaczyć szronu na ścianach, pacjentów „padających jak muchy” – trudnymi czasami. To już nie były czasy stalinowskie. To rzeczywistość sprzed trzydziestu kilku lat. Nie można – choćby chcieli tego dyrektorzy z górskich miasteczek, z willi w świerkach, z radosnych zjazdów – zepchnąć w cień tysięcy ludzi wiezionych z krańców Polski, faszerowanych neuroleptykami, stłoczonych, służących za materiał do eksperymentów dla młodych z ambicjami. 
Nie da się ich umieścić w sferze zastarzałych, epizodycznych historii. 


„BYĆ CZŁOWIEKIEM”


List z Centralnego Biura Adresowego: Eligiusz Mikołajczyk – kaowiec, ten, który miał opowiedzieć o sprawie z dystansu, spoza układu – zmarł w 1990 r. 
Pozostawił po sobie opowiadanie o Lubiążu. 
Wtedy, w 1960 r., opisywał prywatki szpitalnego personelu, stolikowe podziały, rozterki młodych lekarzy, nie leczone dolegliwości pacjentów, zdania z góry („nie chcemy niczego sugerować, ale po co takiej żyć”). Malował konflikty z kierownictwem, prowincjonalny Lubiąż, brydże, plotki, potańcówki.
Pisał: „Łatwo ulegamy. Niepostrzeżenie wrastamy w różne kółka i kółeczka. Aklimatyzujemy się, żeby nie zostać na uboczu. Poza nawiasem innych. I wreszcie nuda wysysa nas od środka, tracimy rusztowania, a jeżeli ratujemy jakieś resztki, to zwichnięte i powykręcane. Zbyt często zapominamy, że to tylko szansa, urodzić się, żeby zostać człowiekiem”.

 

Czytaj również:

Przegląd prasy – „Psychuszki”

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl