Rządowa kampania na rzecz Unii nie wykracza poza horyzont referendum

 

Unia pełna tajemnic

CEZARY LEWANOWICZ

 

 

Na rok przed referendum w sprawie członkostwa Polski w Unii Europejskiej ruszyły dwie kampanie: rządowa prounijna (pod hasłem „Unia bez tajemnic”) i partyjna antyunijna. Niestety, z żadnej nie dowiemy się, jaki jest najważniejszy powód, dla którego Polska nie tylko powinna przystąpić do UE, ale też aktywnie współkształtować proces integracji. 

 

 

Po obu kampaniach trudno spodziewać się wiele: ich cele obliczone są na krótkotrwały efekt. Jedna ma doprowadzić do referendalnego „tak”, druga do „nie”. Od partyjnej imprezy Ligi Polskich Rodzin nie wypada domagać się ani obiektywizmu, ani dalekosiężnych propaństwowych ambicji. Ale od rządu można wymagać działań na miarę politycznego znaczenia tej instytucji. Tymczasem kampania kierowana przez min. Sławomira Wiatra koncentruje się na informowaniu obywateli, że są... poinformowani. A jeśli nie są tego świadomi, niech sięgną po powszechnie dostępne materiały. 


„JAKOŚ TO BĘDZIE”


Jeśli ktoś wyczuł tu ironię, to zapewniam, że nie jest ona zamierzona. Bo rozumowanie ministra Wiatra jest w zasadzie słuszne. Po pierwsze, rząd ma obowiązek informować o swojej polityce i do niej przekonywać. Nie dziwi więc, że chce udowodnić, iż wywiązuje się z tego obowiązku. Po drugie, ludzie są sceptyczni wobec członkostwa w Unii nie dlatego, że są mu przeciwni, ale dlatego, że wydaje im się, iż coś się przed nimi ukrywa – należy ich zatem przekonać, że rząd nie ma żadnych tajemnic.
Jednak tak pomyślana kampania, nie wykraczająca poza horyzont referendum, może być co najwyżej uzupełnieniem polityki informacyjnej rządu, a nie jej substytutem. Dostosowanie polskiego prawa do przepisów unijnych i negocjacje dotyczące technicznych regulacji pozwolą Polsce wejść do UE. Drugi element przygotowań polega nie tylko na przekonaniu Polaków do głosowania w referendum „za”, ale też nauczeniu ich, jak z Unii później korzystać. Chodzi o to, by dostrzec i właściwie zdyskontować atuty, pozwalające w ramach Unii rozwiązać te problemy, które przerosły możliwości państwa narodowego. 
Te przygotowania to przede wszystkim wyzwanie intelektualne: kwestia wiedzy, a nie informacji, zadanie polityczne, a nie partyjne, cel dalekosiężny, a nie referendalno-wyborczy. To pytanie o miejsce Polski w Unii. Więcej: to pytanie o model integracji i rolę Unii w świecie. Tymczasem rząd najwyraźniej darował sobie te kwestie. Podobnie zresztą postępowała poprzednia ekipa – tyle że w przeddzień członkostwa takie zaniedbanie to więcej niż niefrasobliwość. 
Wszyscy w Europie starają się wyciągnąć wnioski z ostatnich wyborów prezydenckich we Francji. Wszyscy, z wyjątkiem autorów rządowej kampanii na rzecz Unii. Podobne wnioski można było zresztą sformułować po sukcesie Haidera w Austrii czy Samoobrony i LPR w Polsce. Jednak to właśnie w przypadku Francji Europa wstrzymała oddech, bo francuska demokracja ma rangę symbolu, a rola Paryża w integracji europejskiej jest szczególna. Dziś Stary Kontynent odetchnął już z ulgą, bo niebezpieczeństwo zażegnano w drugiej turze wyborów. Ale przecież zbliżają się wybory parlamentarne w Niemczech. Kto w nich zwycięży, dlaczego i mimo czego, też nie jest bez znaczenia. Równoległa analiza sytuacji w Polsce i Europie powinna być punktem wyjścia do poszukiwania odpowiedzi na pytania: dlaczego Europa potrzebuje integracji i dlaczego Polska musi się w ten proces aktywnie włączyć. Ale takiej odpowiedzi nie znajdziemy ani w kampanii informacyjnej, ani w żadnej z „narodowych debat”.


UNIA: WIRUS CZY LEK?


Głównym tematem francuskiej kampanii były kwestie bezpieczeństwa publicznego. Zapewne słownikowe wątpliwości sprawiły, że w polskiej prasie regularnie sprowadzano je do zagadnienia przestępczości. A przecież chodziło nie tylko o morderców czy złodziei, ale także o powszechne w społeczeństwie poczucie utraty punktów oparcia, wynikające z kryzysu państwa opiekuńczego. Rządy nie są już w stanie zapewnić obywatelom socjalnych wygód, do których przywykli przez ostatnie lata. I nie chodzi wyłącznie o koszta: to również skutek coraz ściślejszej współzależności gospodarczej między państwami i logiki konkurencji, nieodłącznych atrybutów globalizacji. W krajach postkomunistycznych poczucie niewydolności państwa potęguje błyskawiczna zmiana systemu społeczno-gospodarczego. Co gorsza, ludzie nie orientują się, gdzie i jak zapadają decyzje polityczne i mają wrażenie, że niewiele od nich zależy. 
Przeciwnicy integracji twierdzą, że Unia stymuluje te zjawiska, więc jest współodpowiedzialna za dezintegrację społeczeństwa. Czy jednolity rynek i wspólna europejska waluta nie ograniczają gospodarczej suwerenności państw? W Niemczech i Francji 60 proc. przepisów odzwierciedla unijne dyrektywy – czy obywatele tych państw nie są zatem wyłączeni z demokratycznej gry politycznej? Tych wątpliwości nie wolno ignorować. Jednak trzeba pamiętać, że system gospodarczy Unii nie jest przyczyną globalizacji, ale jedyną sensowną odpowiedzią „Piętnastki” na globalizację. Niemcy czy Francja nie radziłyby sobie lepiej na światowym rynku, gdyby były poza Unią. 
Problem leży gdzie indziej: to system polityczny Unii jest mało czytelny. Ale jest tak dlatego, że takim uczyniły go państwa członkowskie, a nie z powodu niedemokratycznej istoty integracji. Integracja europejska od początku była reakcją na niedomagania demokracji i słabości państw narodowych. Była odpowiedzią na problemy, które wcześniej rozwiązywano wyłącznie na drodze konfrontacji. I odpowiedź ta jest nadal aktualna, ale wymaga przeformułowania. Po pierwsze, namnożyło się wiele nowych gospodarczych i społecznych punktów zapalnych. Po drugie, integracja była i jest odpowiedzią politycznie niedopowiedzianą. Unia – jeśli jej rozwój będzie prowadził do rozwiązywania problemów, a nie będzie hamowany ze strachu, że społeczeństwom trzeba by zbyt wiele tłumaczyć – jest dla Polski jedyną szansą na skuteczne stawienie czoła tym dylematom, które dopiero co wstrząsnęły Francją. 


ŻĄDAMY ZMIAN, CZYLI DOŚĆ ZMIAN


To niedobrze, że nie jesteśmy w Polsce gotowi do uczestnictwa w tlącej się debacie na temat jasnego podziału kompetencji między państwem narodowym a ponadnarodowymi strukturami Unii. Od ponad 50 lat integracja jest gwarantem europejskiego bezpieczeństwa. Ale jego sens jest dziś inny niż pół wieku temu. Unia powinna określić swą tożsamość. 
Na plakatach LPR po jednej stronie wypisane są argumenty przeciw członkostwu, po drugiej – skarykaturyzowane argumenty na rzecz Unii. Ten przykład ilustruje, jak niedostatek integracji prowadzi do pozostawienia pola tym, których zdaniem poszła ona zbyt daleko, jak brak informacji kompensowany jest dezinformacją i jak rzeczywiste niedopowiedzenia zastępuje się falsyfikatem prawdy. 
Nie ma nic złego w tym, że kampanii na „tak” towarzyszy kampania na „nie”. Szkoda tylko, że kampania przeciwników zamiast przedstawić argumenty, ogranicza się do zalesiania demagogią pól komunikacji społecznej, pozostawionych odłogiem przez rząd. I szkoda, że odłogów jest tak wiele.
Z komentarzy towarzyszących francuskim wyborom dowiedzieliśmy się, że wyborcy Le Pena odrzucają zmurszałe struktury, żądają zmian. To nieprawda: zagubieni w zmieniającej się rzeczywistości ludzie niczego nie boją się tak, jak zmiany; jedyna zmiana, której pragną, to zaprzestanie wszelkich zmian. Ponoć zniewoleni państwem domagają się więcej autonomii – ale to także błędna diagnoza: takie żądania stawiają tylko ci nieliczni, którzy intelektualnie i materialnie są zdolni do udźwignięcia większej, wymuszanej zresztą przez globalizację autonomii. Francuzi chcą starego, dobrego jakobinizmu, czasem zaprawionego petenizmem. I to nie tylko ci, którzy głosowali na Le Pena, nie tylko zwolennicy skrajnej lewicy, ale wielu spośród tych, którzy w drugiej turze oddali głos na Chiraca. 
W Polsce nostalgię budzi siermiężność PRL, czasem silna ręka sanacji, a w zachodnich Niemczech – socjalne państwo dobrobytu bez NRD-owskiego balastu. Populiści, którzy obiecują spełnienie tych życzeń, kłamią, bo powrót do stanu sprzed 20 lat jest niemożliwy. Nie zapewni tego przerwanie procesu integracji. Faszyzm i komunizm były (w wymiarze praktycznym) rewoltą przeciw zmieniającemu się światu, postulatem zamrożenia rozwoju, sprzeciwem wobec nowoczesności. To nie przypadek, że dziś i skrajna lewica, i skrajna prawica domagają się zastopowania integracji – wszak ich działania to kolejna odsłona populistycznego antymodernizmu.


DEZERCJA POLITYKÓW


Rację ma Aleksander Hall, który z uporem podkreśla, że Le Pen nie jest faszystą. Ale ludzie będą używać terminu, którego data „przydatności do spożycia” już minęła tak długo, jak długo nowej rzeczywistości nie nazwiemy nowym terminem. Przed Konwentem i zwolennikami integracji stoi trudne zadanie: Unia była i być powinna wciąż nową i odnawialną jakością, nie tylko nadążającą za zmianami, ale je wyprzedzającą. Trzeba ją na nowo zdefiniować, a nie zastanawiać się, jak przestarzałym hasłem nazwać zmieniającą się rzeczywistość. 
Świadomość tego nie jest niezbędna, by wygrać referendum i przystąpić do Unii. Czyli: by zrealizować cele rządowej kampanii. Jest natomiast konieczna, by uczestniczyć w integracji, a tym samym nadać głębszy sens naszemu członkostwu.
Po pierwszej turze francuskich wyborów posypały się oskarżenia, że to media są odpowiedzialne za sukces Le Pena, bo podsycały poczucie zagrożenia i deprecjonowały klasę polityczną. Zadaniem mediów jest informowanie. Ideałem byłoby przekazanie informacji tak, by można ją było przekształcić w wiedzę. Przeciwieństwem jest informacyjna papka, która szuka jedynie show, denuncjując władzę i ośmieszając polityków. Dziennikarz, który twierdzi, że nie ponosi odpowiedzialności za efekty swej pracy, zapomina, że zwraca się do tysięcy, czasem milionów. Skoro o tym nie pamięta, powinien wydawać biuletyn osiedlowy, bo zasięg tej publikacji zmieści się w granicach jego wyobraźni. Wolność prasy wymaga poczucia odpowiedzialności. Nie oznacza to jednak, że są tematy, którymi media nie powinny się zajmować, aby nie bałamucić. 
A kiedy dziennikarze zajmują się trudnymi sprawami w sposób, który pozostawia wiele do życzenia? Dzieje się tak, gdy politycy problemy te przemilczeli, a dziennikarze pozostali osamotnieni. Nie można mówić, że media źle zastępują polityków-dezerterów, bo zadaniem mediów nie jest uprawianie polityki. Również informacyjnej. Luki rządowej kampanii z powodzeniem wypełni Roman Giertych. Czy za każdym razem, gdy media napiszą o jego poczynaniach, wolno im będzie zarzucić, że nie pełnią swojej roli?

*


Miejmy nadzieję, że wstrząs, którego doznała Francja i postawa jej obywateli w drugiej turze doda politykom odwagi i wiary, że ich rodacy gotowi są akceptować zmiany i reformy. Może ten szok sprawi, że Francuzi staną się bardziej skłonni do naruszenia swego status quo. Z zyskiem dla Francji i Europy. W Polsce nie grozi nam – na szczęście, i na razie – zwycięstwo Leppera lub Giertycha. Ale gdyby okazało się to realne, wątpię, czy polska demokracja jest tak dojrzała, by dać mu odpór „po francusku”. 
Integracja jest budulcem demokracji w Europie, może więc być lekiem także na polskie niedomagania. Czy nasze szanse na członkostwo i lepszą przyszłość wzrosną dzięki kampanii rządu, obliczonej na przekonanie ludzi, że są poinformowani, podczas gdy obywatele będą czerpać „informacje” z plakatów LPR? To nie jest pytanie retoryczne. Ono wymaga odpowiedzi.



Autor, absolwent Sorbony oraz Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, był doradcą negocjatora Polski w rozmowach z Unią min. Kułakowskiego; stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl