Komentarze
Janusz A. Majcherek Ryzykowna
strategia
Wojciech Pięciak Centrum
w Berlinie: możliwości
Andrzej Łukowski Dziury
w traktatowym serze
Ryzykowna
strategia
Decyzja o przejęciu przez skarb państwa kontrolnych udziałów w Stoczni Szczecińskiej jest niezwykła, bo oznacza renacjonalizację sprywatyzowanego przedsiębiorstwa. Publiczne środki i państwowe banki zostaną zaangażowane w finansowanie ryzykownego planu wydobycia z tarapatów podupadłej firmy. To niebezpieczny precedens, bowiem w Polsce są tysiące przedsiębiorstw przeżywających kłopoty i oczekujących wsparcia. Zamiast podejmować restrukturyzację, ustawią się one teraz w kolejce po publiczne pieniądze.
Zaangażowanie władz i środków publicznych w Stocznię wpisuje się w strategię rządu, opartą na przekonaniu, że podporządkowanie państwu jest najlepszą metodą uzdrowienia. Minister Łapiński wierzy w dobroczynność takiej terapii wobec ochrony zdrowia. Minister finansów dąży do podporządkowania polityki pieniężnej i kursowej. Ekipa rządząca, popierana przez usłużnych dziennikarzy, chce ustanowienia systemu medialnego z dominacją stacji publicznych, a być może także przejęcia jednej z dwóch najbardziej wpływowych gazet codziennych. Postanowiono utrzymać państwową własność kilku największych banków, właśnie po to, by zyskać dostęp do pieniędzy potrzebnych do angażowania państwa w rozmaite przedsięwzięcia. Zamiast prywatyzować spółki z udziałem skarbu państwa, ministerstwo skarbu zapowiada ich konsolidację i ogłasza listy faktycznych lub rzekomych nadużyć w nich popełnianych, by uzasadnić inwazję swoich ludzi do rad nadzorczych i zarządów.
Wiara, że zarządzanie przez państwo ma moc uzdrowicielską, nie jest zaskakująca w przypadku lewicowej ekipy. Podziela ją jednak wielu obywateli i dlatego strategia etatyzacji i centralizacji życia publicznego, w tym gospodarczego, ma w Polsce warunki rozwoju. Wątpliwe, czy stworzy ona warunki dla rozwoju kraju.
Janusz A. Majcherek
Centrum w
Berlinie: możliwości
Jest mało prawdopodobne, by w sprawie monumentalnego projektu „Centrum przeciw Wypędzeniom” wiążące decyzje zapadły przed wrześniowymi wyborami. Zbyt wielka jest w Niemczech polaryzacja, by partie chciały otwierać spór, jak takie miejsce ma wyglądać i gdzie ma się znajdować – w Berlinie (do czego skłania się większość niemieckich decydentów), czy we Wrocławiu (do czego przekonuje się coraz więcej Polaków, zwłaszcza po apelu Adama Michnika i Adama Krzemińskiego).
Krótka debata w Bundestagu pokazała natomiast, że wszyscy, od Zielonych przez SPD i liberałów po chadecję, popierają ogólną ideę „Centrum”. To sygnał, jak głęboka jest przemiana pamięci zbiorowej w Niemczech: jeszcze kilka lat temu tak szeroka akceptacja była niemożliwa, a gdyby projekt zgłosił kanclerz Kohl, zostałby skrytykowany jako zwolennik „historycznej normalizacji”. Dziś jest inaczej: prezydent Johannes Rau (SPD) w okolicznościowym przemówieniu wymienia jako krok ku pojednaniu – jednym tchem, obok listu biskupów z 1965 r. – ...„Kartę Wypędzonych” z 1950 r. Czyli dokument, w którym nie było słowa o winie, a tym bardziej o skrusze, zaś wypędzeni deklarowali w nim „rezygnację z zemsty” głównie po to, by mieć moralną „nadbudowę” dla powrotu za Odrę. A opinia publiczna przyjmuje tę absurdalną interpretację...
Jeżeli kanclerzem zostanie chadek Stoiber, „Centrum” powstanie w Berlinie. Stronie polskiej – która zareagować powinna, w końcu będzie to element oficjalnej polityki Niemiec – pozostaną trzy możliwości: protestować, domagać się udziału w pracy nad jego kształtem, albo walczyć o Wrocław. Słusznie pisze Piotr Buras w „Więzi” (5/2002), że „Centrum” w Berlinie oznaczałoby realizację najgorszego scenariusza, a Wrocław jest mało realny. Pozostaje możliwość czwarta: podjąć pomysł Janusza Reitera. Kilka lat temu proponował on, byśmy stworzyli w Berlinie własnymi siłami Muzeum Polskie, które prezentowałaby całościowy obraz stosunków polsko-niemieckich. Inicjatywa taka jest tym ważniejsza, że podobne instytucje polityczno-edukacyjne mają w Berlinie wszyscy: Amerykanie, Brytyjczycy, Żydzi, Francuzi, Rosjanie itd.
Wojciech Pięciak
Dziury w traktatowym serze
W połowie maja prezydenci Rosji i USA ogłosili, że osiągnięty został
kompromis w sprawie redukcji broni strategicznej do pułapu 1700–2200 głowic jądrowych. Porozumienie w tej sprawie ma być podpisane w Moskwie podczas wizyty prezydenta George’a W. Busha (23-24 maja). Co ciekawe, w czasie negocjacji strona rosyjska w starym radzieckim stylu uparcie domagała się podpisania traktatu podlegającego ratyfikacji. Konieczność „przepuszczenia” porozumień przez parlamenty spowolni proces realizacji, a w najgorszym razie – jak to było w przypadku traktatu START II (redukcja do poziomu 3000–3500 głowic) – może w ogóle uniemożliwić wprowadzenie porozumienia w życie. Rosja chciała też jeszcze głębszej redukcji – do 1500 głowic, co zdaniem fachowców jest kolejnym świadectwem postępującej niewydolności rosyjskich sił strategicznych (niektórzy twierdzą, że jest to faktyczny pułap „czynnych” ładunków).
Z ujawnionych w prasie detali porozumienia widać, że zostawiono w nim wiele ogólników i furtek do ominięcia postanowień (niepokojąco niejasna jest np. sprawa niszczenia demontowanych głowic lub ich składowania – wybór należy do każdego z państw, nie zostaną natomiast zniszczone środki przenoszenia głowic). Dlaczego zatem postanowiono pokazać światu ten traktatowy ser, który składa się głównie z dziur? I Bushowi, i Putinowi potrzebny jest spektakularny sukces podczas spotkania w Moskwie, a dziury można załatać podczas kolejnych rund negocjacji albo po cichu wycofać się z realizacji sprzecznych punktów. Sprawa redukcji zbrojeń jest tylko jednym z elementów gry pomiędzy Moskwą i Waszyngtonem, a jej ważnymi częściami są m.in. negowane przez Rosję amerykańskie plany zbudowania nowego systemu obrony rakietowej, kwestia rozszerzenia NATO, nowa formuła współpracy Rosji z Sojuszem, wspólna walka z terroryzmem czy wreszcie rosyjsko-irańska współpraca wojskowa i w dziedzinie atomistyki. Rosja gra o odzyskanie miejsca przy stole światowych mocarstw, Ameryka o poprawę wizerunku odpowiedzialnego światowego lidera. Jedno jest pewne: żeby coś zaczęło się w tym tandemie układać, wypite będzie być musiało jeszcze morze negocjacyjnej kawy.
Andrzej Łukowski
|