Votum separatum

Miary, którymi mierzymy

JÓZEFA HENNELOWA

 

W ostatnich dniach w Zatorze koło Oświęcimia poświęcono nowy caritasowy ośrodek opiekuńczo-leczniczy. Patronką została Hanna Chrzanowska, twórczyni pielęgniarstwa domowego za arcybiskupstwa obecnego Papieża. Trwają przygotowania do jej procesu beatyfikacyjnego, ale dziś jej imię i postać nie są znane zbyt szeroko, więc tę wiadomość o Zatorze przyjmuje się z poczuciem zadośćuczynienia jej pamięci i zasługom. Częściej jednak doznajemy raczej poczucia niesprawiedliwości, że najbardziej godni wdzięczności i pamięci odsuwani są daleko na zaplecze, a na pierwszym planie króluje jarmarczny spektakl wielkości pozornych. Codzienny serwis informacyjny nieustannie kreuje taki właśnie porządek, każąc nam niepokoić się albo podniecać sprawami rozdętymi do rozmiarów nienaturalnych, a potem, gdy przytomniejemy, klęsnących jak przekłute balony. Rankingi polityków, konwulsje coraz nowych sondaży popularności partii, hałaśliwość spektakli nieraz aż gorszących prostactwem – cóż to ma za znaczenie w momencie, gdy na przykład staje się wobec świadomości, że może zabraknąć nam nagle kogoś, kto był oparciem i miarą rzeczy, choć się o tym na co dzień rzadko myślało?
Człowieka uczymy się do końca, a najbardziej wtedy, gdy możemy go utracić. Wszystko wtedy przesuwa się na właściwe miejsce na mapie spraw ważnych i nieważnych. Wyparowują wielkości pozorne, urasta przed oczyma czyjaś równowaga w mądrości i dobroci, czyjaś gotowość do współczucia nie zachwiana żadnymi próbami. Ba, na nowo zastanawia, jak to jest: tu nieustanny zawzięty wyścig do pierwszych miejsc, do sukcesów, a tam spokojne niezauważanie w ogóle, że się jest pomijanym czy niedocenianym, bo nie to się liczy, bo nie ma to żadnego znaczenia.
Pewnie, nie dla wszystkich tego godnych starczyć może nagród i wyróżnień. Choćby się je przydzielało sto razy bardziej sprawiedliwie niż teraz. Ale wiedzieć i nie pozwolić zapomnieć możemy, owszem, będzie naszą własną winą, gdy pogodzimy się z zapomnieniem o człowieku godnym pamięci. Jeśli inaczej się nie da, możemy przecież przyznawać swoje prywatne medale. Jeden z nich w moim własnym świecie otrzymuje teraz człowiek, które długie lata opiekował się sąsiadką z tego samego mieszkania, całkowicie niesprawną a zaniedbaną przez rodzinę. Był jedynym człowiekiem, na którym zawisła jej egzystencja. Kiedy umarła, miała 99 lat, a on niewiele mniej. I pewnie od nikogo nie usłyszał nawet „dziękuję”
Na każdego z nas przychodzi lekcja, że obecność przyjaciela mierzy się nie tym, co zrobi i powie, ale samą sobą. Niechby była i milcząca, gdy mu sił zacznie brakować. Niechby ograniczona, gdy kondycja już nie ta. Dobroć i mądrość odbieramy na wszystkich falach. Kiedy przytomniejemy, chcemy tylko, żeby dalej była. Odwracamy wtedy talmudyczne przysłowie: kto ratuje jednego człowieka, ratuje cały świat. I rozumiemy, że tracąc dobroć i mądrość jednego tylko człowieka świat staje się uboższy, choćby nic o nim przedtem nie wiedział.


Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl