EWA SZUMAŃSKA

 

Nieurodzaj


Wydawałoby się, że odpowiednio liczna partia ma zawsze wśród członków choćby niewielką grupkę ludzi mądrych, fachowych, uczciwych i sympatycznych. Wydawałoby się, że kiedy partia wygrywa, to tworzy rząd z takich właśnie ludzi. We własnym interesie, bo o ile w czasie kampanii przydają się demagodzy, blagierzy i ludzie bez skrupułów – to rząd powinien rządzić dobrze, mądrze, powinien budzić zaufanie i nie antagonizować ludzi.
Tymczasem, po zwycięstwie, partie wszystkich opcji kompletują znienacka rząd z osób mało kompetentnych, rzadko nieskazitelnych i raczej nielubianych. Tak dzieje się nie tylko u nas, ale w większości państw. Stąd ten trwający od dziesięcioleci nieurodzaj na mężów stanu. Odnosi się wrażenie, że jakaś tajemnicza siła zmusza partie do robienia kuku samym sobie.
Jak to jest? Może ludzie mądrzy, kompetentni, godni zaufania i sympatyczni nie wstępują z reguły do żadnej partii? A może już wszyscy jesteśmy produktem Wielkiego Nieurodzaju, tylko na świeczniku lepiej to widać?

Długi weekend


Życie jest dziś niespokojne, zziajane, szarpiące nerwy i bardzo męczące. Dlatego, kiedy tylko nadarza się okazja, rzucamy się z zaciekłością i determinacją w niespokojny, zziajany i bardzo męczący odpoczynek. Składa się on z wielokilometrowych korków na drodze, wdychania spalin, irytacji na kierowców z przodu, z tłoku w kurortach, tłoku nad wodą, tłoku w lesie i na góralskich ścieżkach, z kolejek po wszystkie bilety i po jedzenie, z kopcących cudzych grillów i ze stert cudzych (bo własnych się nie zauważa) śmieci i plastikowych torebek, które wiatr pędzi po łące, albo zawiesza na drzewach jak sfatygowane baloniki...
Zdarza się więc, że wracamy do pracy z ulgą, jako do czegoś znanego i wygodnego, niby domowe pantofle. Ale za chwilę wszystko staje się znów niespokojne, zziajane, denerwujące i bardzo męczące.
Zaciskamy więc zęby i z utęsknieniem czekamy na kolejny długi weekend.

Fakt


28 kwietnia, w wieczornych „Faktach” (czyżby tylko tam?) nadano minireportaż o czymś, co wydarzyło się niedawno. Dziewięcioosobowa grupa lekarzy z Poznania, głównie chirurgów, wyjechała na miesiąc do środkowej Afryki – jednego z najbiedniejszych rejonów świata – i w przystosowanym ad hoc baraczku wykonała około 500 operacji – zabiegów ratujących życie. Pacjentami byli w większości ludzie, którzy po raz pierwszy w życiu zetknęli się z lekarzem. Inicjatorem i organizatorem był pracujący na tym odludziu misjonarz. Pokazano również pożegnanie lekarzy i bezgraniczną wdzięczność ludzi, którzy na to spotkanie przynieśli to, co mieli: kwiaty, owoce, wychudzone kurczaki, pęczki warzyw... Ta relacja nie tylko rozjaśniła cały serwis informacyjny, ale przez dłuższy czas działała jak potężny zastrzyk optymizmu. Pokazano bowiem, że świat jest również i taki, że składa się nie tylko z zamachów terrorystycznych, afer korupcyjnych, aktów przemocy w rodzinie, zmiażdżonych autobusów, katastrof kolejowych i obrzucających się inwektywami polityków.
Trzeba tylko chcieć to zauważyć i poświęcić troszkę czasu na opracowanie takiego materiału.





Ewa Szumańska

 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl