Nagrody im. Księdza Józefa Tischnera

 

Tłumacz cywilizacji

 

AGNIESZKA SABOR

 

 

 

 

Kiedyś w Warszawie opowiadałem dzieciom o Afryce. W czasie tego spotkania wstał mały chłopczyk i spytał: – A czy widział pan wielu ludożerców? – Nie wiedział, że kiedy któryś z Afrykanów wróci z Europy i będzie opowiadał w Kariakoo o Londynie, Paryżu i innych miastach zamieszkanych przez mzungu, afrykański rówieśnik tego chłopczyka z Warszawy też może wstać i zapytać: – A czy widziałeś tam wielu ludożerców?
Ryszard Kapuściński „Heban” 




Kiedy w styczniu tego roku rozpoczynał w Krakowie działalność „Uniwersytet Latający »Znaku«”, na inauguracyjnym wykładzie Ryszarda Kapuścińskiego kilkutysięczny tłum szczelnie wypełnił wszystkie zakamarki Collegium Novum. Ludzie w najróżniejszym wieku, o różnych profesjach, zainteresowaniach i poglądach przyszli nie tylko po to, by spotkać się z pisarzem, którego książki zdobywają międzynarodową sławę. Po 11 września wstrząśnięci i zagubieni w świecie, w którym „globalizacja” okazała się nie tylko optymistycznym znakiem postępu, przyszli, aby otrzymać odpowiedź na dramatyczne „dlaczego?”. Nie szukali jej u strategów, polityków ani akademików, którzy tworzą nowe definicje i rysują abstrakcyjne wykresy. Dla Kapuścińskiego podróżowanie ma wymiar odmienny: jest poszukiwaniem w sobie etycznych konsekwencji spotkania z innością. To dlatego ufamy pokorze i uczciwości dziennikarza, który uczynił z zawodu korespondenta głęboko humanistyczną misję, stając się najbardziej wiarygodnym pośrednikiem między światem Zachodu a uzyskującymi nową tożsamość kulturami. Pełnym zachwytu przybyszem, a jednocześnie racjonalnym i wrażliwym krytykiem, świadomym, że globalizacja to przede wszystkim obowiązek budowania wspólnoty rozumianej jako pozbawiona jakiejkolwiek ideologii współodpowiedzialność za słabszych, dalekich, niezrozumiałych i obcych. Manifestem takiej właśnie postawy jest „Heban” – reportaż, który przekształca się stopniowo w podręcznik mądrej odpowiedzialności, a wreszcie w swoisty „traktat moralny”.


Współodpowiedzialność 


Aby nauczyć się współodpowiedzialności potrzeba intymnego, sensualnego doświadczenia tamtej nieeuropejskiej rzeczywistości, w której wszystko wygląda inaczej: ziemia, słońce, woda. I uświadomienie sobie wynikających stąd konsekwencji – np. tych najprostszych, dających o sobie znać w reakcjach ciała poddanego na przemian żarowi dnia i chłodowi nocy, narażonego na ataki moskitów i głód. Wtedy zaczyna się rozumieć, dlaczego mieszkańcy obcych światów zachowują się, myślą, czują inaczej. „Toteż Afrykanin, który wsiada do autobusu, nie pyta, kiedy autobus odjedzie, tylko wchodzi, siada na wolnym miejscu i zapada w stan, w jakim spędza znaczną część swojego życia – w stan martwego wyczekiwania. – Ci ludzie mają fantastyczną zdolność czekania! – powiedział mi mieszkający tu od lat Anglik. – Zdolność, wytrwałość, jakiś inny zmysł! – Gdzieś w świecie krąży, płynie tajemnicza energia, która jeżeli zbliży się i nas wypełni, da nam siłę, aby uruchomić czas – coś zacznie się dziać. Dopóki jednak to nie nastąpi, trzeba czekać – wszelkie inne zachowanie jest złudą i donkiszoterią”. 
Aby nauczyć się współodpowiedzialności potrzeba spotkania z pojedynczym, przypadkowym człowiekiem: szoferem zdezelowanej ciężarówki, sprzedawcą smażonego prosa – spotkania, które bywa koniecznością, a nie wyborem. I okazuje się, że zetknięciu doświadczonego dziennikarza z przedstawicielem innej kultury towarzyszą emocje, które znają wszyscy: strach, nieufność, bezradność. Podczas podróży przez pustynię uczucia te stają się tak wyraźne, jak wyraźne jest niebezpieczeństwo rozpalonego słońca: „Salim. Nic nie wiedziałem o tym człowieku, w którego rękach było moje życie. W każdym razie – było na ten dzień. Jeżeli Salim odpędzi mnie od ciężarówki i od wody – a miał w ręku młotek i pewnie w kieszeni nóż, a poza tym znaczną przewagę fizyczną – jeżeli każe mi się stąd wynosić i iść przed siebie, w głąb pustyni – nawet nie dożyję nocy”. W tych warunkach przełamywanie lęku i odkrywanie duchowej więzi z człowiekiem, od którego dzieli wszystko, nawet kolor skóry, ujawnia się w prostym, lecz jakby zwielokrotnionym geście: „Największe jednak w tym dniu było to, że Salim sam dał mi pić. Przestałem się go bać”. 
W nauce współodpowiedzialności konieczne jest jeszcze pełne szacunku otwarcie na tajemnicę, pokora, która chroni przed definicjami i zbyt prostymi uogólnieniami. Nie wszystko można i nie wszystko należy próbować zrozumieć. W każdym języku istnieją przecież słowa nieprzetłumaczalne, ukrywające treść dostępną wyłącznie użytkownikom tego samego kodu. „Zwierzyłem mu się, że ciągle mnie okradają. Sulejman uznał to za rzecz zupełnie normalną. Kradzież jest formą – przykrą, to prawda – niwelowania nierówności. To dobrze, że mnie okradają, stwierdził, to nawet przyjazny gest z ich strony. W ten sposób dają mi znać, że jestem użyteczny. (...) Wreszcie, od jednej kobiety kazał mi kupić pęk piór białego koguta. Były drogie, ale nie stawiałem oporu. (...) Sulejman ułożył pióra, owinął je nitką i przywiązał do górnej framugi drzwi. Od tej pory nigdy nic nie zginęło mi w mieszkaniu”.
Z mozaiki tych drobnych doświadczeń układa się wreszcie syntetyczny rysunek całego kontynentu – wiarygodny, bo nie ukrywający dystansu przybysza. I okazuje się, że „jak w przeszłości, tak i dziś Afryka jest postrzegana przedmiotowo, jako odbicie jakiejś innej gwiazdy, jako teren i obiekt działania kolonizatorów, kupców, misjonarzy, etnografów, wszelkich organizacji charytatywnych (...). Tymczasem poza wszystkim, istnieje ona dla siebie samej, w sobie samej, wieczny, zamknięty, osobny kontynent...”.


Z AFRYKI DO PIŃSKA


Opis zamienia się w diagnozę, a ta – w wezwanie moralne skierowane do człowieka Zachodu. W świecie, w którym łatwo zarówno o wojenne hasła, jak i pacyfistyczne demonstracje, Ryszard Kapuściński mówi tonem cichym, współczującym i spokojnym – jako ten, który sam zobaczył, doświadczył, przeżył. Unika mówienia o wielkich cywilizacjach, o ich konflikcie, który – zdaniem wielu – ujawnił się w zamachu na wieże World Trade Center. Jeśli używa wielkich liczb, to tylko po to, aby pokazać podobieństwo wielu pojedynczych losów: nielegalnych imigrantów, głodujących ofiar wieloletniej suszy, uciekinierów z terenów objętych rewolucją. Pisząc o dyktaturach, pamięta, skąd wzięli się dyktatorzy. Opisując krwawe waśnie plemion, przypomina o dawnych kolonialnych podziałach, które nie liczyły się z niczym poza interesem europejskich mocarstw. Dostrzegając biedę i nierówności, które coraz wyraźniej i boleśniej dzielą ludzkość na lepszą i gorszą, dumny jest z duchowych, nie zauważanych na Zachodzie narodzin Trzeciego Świata. Potrafi być z nim solidarny.
I tak właśnie zdaje się widzieć Kapuściński międzykulturowy dialog: jako spokojne, ale skuteczne poszukiwanie wspólnoty, która nie będzie propagandą, koniecznością upodobnienia innych do siebie albo siebie do innych, która nie będzie nawet poszukiwaniem wspólnego języka, ale która polegać ma na szacunku wobec obcości oraz na rozsądnej i bezinteresownej wrażliwości na każdą niezawinioną słabość. Ta wspólnota nie może być budowana wyłącznie na poziomie wielkiej polityki i strategii. Staje się możliwa wyłącznie dzięki duchowemu spotkaniu dwojga pojedynczych ludzi, z których każdy świadomy jest własnej odrębności.
Kapuściński nie ucieka od swego dziedzictwa: w Afryce, w Azji, w Ameryce Łacińskiej pozostaje przecież białym Europejczykiem, urodzonym na granicy tej cywilizacji. I właśnie jako jej członek podejmuje zobowiązanie wobec innych. Dlatego tak wytrwale poszukuje w antykwariatach starych widokówek z rodzinnego Pińska. Może kiedyś powstanie książka o tym tak bliskim, a jednocześnie tak dalekim mieście? 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl