Przegląd prasy

Tischnerowski program do zrealizowania



Do czego jest nam dziś potrzebna myśl ks. Józefa Tischnera? Czy Tischner ciągle mówi nam coś istotnego, skoro spory, w które się wdawał – o lustrację, dekomunizację, państwo neutralne światopoglądowo – straciły dawną temperaturę? Może odwołania wynikają jedynie z braku żyjących autorytetów? Może służą tylko prowadzeniu wojen ideologicznych? – na te pytania Romana Graczyka odpowiada w GAZECIE W KRAKOWIE (9.05) Tadeusz Gadacz, filozof religii i etyki w warszawskim Collegium Civitas, uczeń prof. Tischnera. 
Ciągle tkwi w nas „chochoł sarmackiej melancholii” oraz, choć może w mniejszym stopniu, „homosovieticus”. Dalej nie umiemy sobie poradzić z „darem wolności” i wciąż często postrzegamy go jako „nieszczęsny”. Jesteśmy nadal „krainą schorowanej wyobraźni”. Aktualne są też pozytywne wezwania: „najgłębsza solidarność jest solidarnością sumień”, „jedni drugich brzemiona noście”. „Solidarność” kończy się jako formacja społeczno-polityczna, ale oczekujemy wciąż solidarności międzyludzkiej w życiu społecznym. Zatem to, co na ten temat pisał w „Etyce solidarności” Tischner, nie przestaje być wezwaniem – dowodzi prof. Gadacz. Aktualny jest też problem patriotyzmu, który obecnie dla młodego pokolenia wydaje się nie istnieć, a dla Tischnera był niesłychanie ważny: „Tischner ogromnie kochał Polskę i nas tej miłości uczył, mówił, że tu mamy być, tu pracować, bo tu się decydują ważne sprawy”. 
Owszem, może już nie obchodzą nas tak jak kiedyś kwestie państwa wyznaniowego, stosunku Kościoła do demokracji itd. Ale, znamienne, „może dlatego nas mniej obchodzą, że sporo problemów z tym związanych rozwiązaliśmy. I jeśli dziś episkopat nawołuje, żeby problem integracji europejskiej rozważać bez zacietrzewienia, to ta zmiana jest także wynikiem tekstów Tischnera”. 
Graczyk zwraca uwagę, że Tischner i uznające go za autorytet środowiska liberalne głosili potrzebę wstrzemięźliwości politycznej Kościoła. Dziś tymczasem, gdy Episkopat, a przynajmniej wybitniejsi biskupi, zaangażowali się w poparcie integracji europejskiej, ci sami liberałowie mówią: dzięki Bogu, że Kościół nam pomaga. Pojawia się pytanie: jak by na to patrzył teraz Tischner? Prof. Gadacz zauważa, że w sprawie integracji Kościół w Polsce stosuje strategię uosabianą niegdyś przez prymasa Wyszyńskiego: autorytetu, który wskazuje drogę. I stwierdza: „Nie wiem, czy Tischner by dzisiaj dął w tę samą tubę, co oczywiście nie oznacza, że byłby przeciwnikiem wstąpienia Polski do Unii. Przeciwnie. Ale on miał inną metodę – wyzwalania ludzi z lęku i pewnie to by dzisiaj próbował robić”.
Nie jest tajemnicą, że ks. Tischner był odrzucany przez wiele środowisk w Kościele – choć to dzięki Tischnerowi Kościół obronił się przed różnymi manowcami. „Nasz Kościół w znacznym stopniu poradził sobie z problemem wolności, demokracji, zaczyna rozumieć, że chrześcijaństwo z istoty jest ewangeliczne, a więc dotyczy relacji międzyludzkich, że religia musi być oparta na wolności, a zatem na wyborze sumienia, a nie na przymusie instytucjonalnym. Ale to nie znaczy, że nie mamy już nic do zrobienia”. Tischner mawiał – przypomina Gadacz – że Ewangelia jest ciągle przed nami. „Chodzi o to, że historia chrześcijaństwa przez wiele wieków była historią europejskiej polityki, a nie historią Królestwa Bożego. Tu wracamy do jego fundamentalnych tez na temat religii: świat jest dobry, a nie zły, należy w człowieku raczej szukać dobra niż zła, chrześcijaństwo jest religią nadziei – to jest tischnerowski program do zrealizowania”.
Naturalnie pojawia się najbardziej aktualna kwestia: jak wedle tischnerowskich kategorii oceniać reakcję Kościoła na sprawę abp. Paetza? „Jeśli wolno mi próbować wejrzeć w sposób myślenia Profesora – mówi Gadacz – powiedziałby on tutaj, że powołaniem Kościoła jest świętość, a nie doskonałość. Tischner głosił przekonanie, że to w człowieku jest Bóg obecny, a nie przede wszystkim w instytucjach. W związku z tym dobro człowieka jest ważniejsze niż instytucji. Wezwanie do świętości to wezwanie do dobra, nie do doskonałości. Więc głos Tischnera byłby też i taki, że należy tak tę sprawę rozwiązać, żeby nie zabijać prawdą, pozwolić ludziom na ewolucję myślową. Bo chrześcijaństwo jest religią miłości i wybrania (przez Boga), a nie weredyzmu, czyli walenia prawdą po głowie”. Nie oznacza to jednak akceptacji sposobu, w jaki odszedł arcybiskup, bo w odbiorze społecznym procedura ta była skandaliczna. „Mówiąc o weredyzmie – precyzuje prof. Gadacz – mam na myśli prostych ludzi, którzy tak byli wychowywani w naszym Kościele, że istnieje tylko biel albo czerń, wierność albo zdrada, a nie ma miejsca dla słabości. W perspektywie doskonałości nie ma miejsca dla słabości, w perspektywie świętości – tak. Niedoskonały może być także biskup. Tylko że wierni, którzy przyzwyczaili się, że w Kościele mamy do czynienia z doskonałością, nie są przygotowani na konfrontację z taką rzeczywistością. Co wtedy robić? Pierwsze rozwiązanie, to skrywać prawdę, ale nie jest to dobre rozwiązanie. Skandal poznański odkrywa głębszy problem: czym jest Kościół. W tej kwestii poprawną odpowiedź daje ks. Tomasz Węcławski, który zachował się jak prorok. Nie jestem członkiem jury Nagrody im. Tischnera, ale wydaje mi się, że on kiedyś powinien tę nagrodę otrzymać”. 

KB
 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl