Modlitwa w malowanej desce

 

TOMASZ POTKAJ

 

 

Ikona w prawosławiu jest czymś więcej niż zwykłym obrazem: stanowi odzwierciedlenie boskiego praobrazu i dowód Wcielenia. Dlatego żeby napisać kanoniczną ikonę, nie wystarczy poznać odpowiednią technikę. Trzeba mieć wiarę, pokorę i dużo się modlić. Pisanie ikon nie jest zwykłym rzemiosłem. W Polsce, gdzie żyje pół miliona wyznawców prawosławia, istnieje tylko jedna szkoła kształcąca ikonografów. A pisaniem kanonicznych ikon zajmuje się kilkanaście, może kilkadziesiąt osób.

 

 

Batiuszka Leoncjusz Tofiluk powtarza czasem, że jego szkoła zrodziła się z potrzeby. Bowiem ikona, obok Pisma, jest częścią Objawienia Bożego, a Cerkiew w Polsce przez wiele lat nie miała ikonografów z prawdziwego zdarzenia. I kiedy przed laty, podczas pobytu w Finlandii, jeszcze na studiach w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej batiuszka po raz pierwszy zobaczył, jak wykonuje się ikonę kanoniczną, dojrzał swoje przyszłe powołanie.



SZKOŁA OJCA TOFILUKA


Pierwszy obóz ikonograficzny ojciec Tofiluk zorganizował na Świętej Górze Grabarce, duchowym sercu polskiego prawosławia. Prowadziła go Helena Nikkanen z pracowni konserwatorskiej przy monastyrze Nowy Walaam, którą ojciec poznał w Finlandii. Potem adepci ikonografii spotykali się z księdzem, w parafii św. Michała w Bielsku Podlaskim. 
Kiedy w maju 1991 Sejm przyjął ustawę o stosunku państwa do Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego – z zapisem umożliwiającym powstawanie szkół – batiuszka Leoncjusz z błogosławieństwem metropolity Bazylego zaczął starania o szkołę. Przez pierwsze dwa lata szkołę tworzyło kilku uczniów, spotykających się – jak w poprzednich latach – kilka razy w miesiącu w budynku parafii. 
Ale batiuszka postawił na jakość, bo pisanie ikon to elitarna profesja. Od kilku lat studium mieści się w drewnianym budynku w centrum Bielska, na miejscu upadłej szkoły biznesu. Prawosławni dobudowali tylko kaplicę, którą teraz pokrywają freskami. „Staramy się robić swoje, dzięki Bożej chwale. Robimy to zgodnie z kanonem, czyli tak, jak przekazała nam tradycja i ojcowie Kościoła” – tłumaczy batiuszka. Jest raczej małomówny. Twierdzi, że ikona mówi sama za siebie. Przed wejściem do jego gabinetu stoją rzędy ikon.
Nauka w szkole trwa cztery lata: ikonografia, teologia ikony, języki (starocerkiewny, grecki, angielski), historia Kościoła. Rano i wieczorem jest nabożeństwo, bo bez niego, tak mówi batiuszka, praca ikonografa niewiele jest warta. 
Każdego roku bielskie studium opuszcza dwóch-trzech, czasem kilku absolwentów. Od początku istnienia szkoły ksiądz Tofiluk wykształcił 17 ikonografów.


BEZ ZBĘDNYCH SŁÓW


Tradycja głosi, że pierwszym ikonografem był św. Łukasz. Wizerunek Marii z dzieciątkiem na ręku namalował na desce stołu, przy którym jadała posiłki Święta Rodzina i podarował św. Teofilowi. Po śmierci świętego ikona trafiła do Jerozolimy, gdzie w V w. odnalazła ją Eudokia, żona cesarza Teodozjusza. W Konstantynopolu znalazła się w kościele Ton Hodegon w dzielnicy portowej, dlatego nazwano ją „Tą, która wskazuje drogę”: Hodegetrią. 
Przez wieki Hodegetria była i jest do dziś najbardziej rozpowszechnionym typem ikony, ma nieskończoną ilość wariantów: od Matki Boskiej Smoleńskiej do częstochowskiej Czarnej Madonny.
Technologia powstawania ikon jest niezmienna, jak sam kanon. Trzeba znaleźć odpowiednią deskę, najlepiej lipową, wyrzeźbić kowczeg (kilkumilimetrowe wgłębienie), potem pokryć ją sankirem (jednobarwnym pokładem) i zamalować narysowane wcześniej kontury postaci. Potem nanosi się czarne lub brązowe linie rysów twarzy i załamań szat, robi ochrenije (pokrycie uwypukleń warstwą jasnego pigmentu w kolorze ochry). To dzięki ochreniu uzyskuje się niezwykły efekt wychodzenia światła z wnętrza ikony. Kiedy szkic jest gotowy, przygotowujemy temperę jajową: żółtko, wino, wodę, organiczny barwnik. Po roztarciu masy można z Bożą pomocą zacząć pisać ikonę. 
„Napisanie ikony takiej jak ta zajmuje około miesiąca” – Marzena z IV roku przygotowuje właśnie swą dyplomową Hodegetrię. Musi sama, od początku do końca, napisać kanoniczną ikonę, znać jej historię i dokonać teologicznej obrony. Nie wszyscy zdają egzamin. Batiuszka Tofiluk jest surowym sędzią. Potrafi stwierdzić na przykład, że spojrzenie postaci na ikonie nie jest właściwe. „Bo ikona musi odpowiednio patrzeć, patrzeć na tego, który będzie się przed nią modlił – tłumaczy Marzena. – Oczy i właściwe spojrzenie są jedną z najtrudniejszych rzeczy w ikonie”.
Wraz z Marzeną nad swoim dyplomem pracuje Natalia. Na egzaminach wstępnych na poznańską Akademię Sztuk Pięknych zrozumiała, że jej powołaniem jest pisanie ikony. Przyjechała do Bielska. Mówi: „To nie jest zwykły zawód, choć żeby go wykonywać, trzeba mieć technikę, wiedzę i umiejętności. Ale w prawosławiu pisanie ikony jest formą modlitwy. Każda ikona ma swego autora, ale tak naprawdę autorem jest Duch Święty, który prowadzi naszą rękę. Dlatego na ikonach nie umieszcza się podpisów autorów”.
Pracują w ciszy, bez niepotrzebnych słów. Słowa rozpraszają, a przy pisaniu ikon trzeba wyciszyć emocje. Marzena: „Zdarza się, że nic nie wychodzi. Wtedy nie warto dalej próbować. Odkładam pracę, sięgam do żywota świętego, którego właśnie maluję, czytam Pismo Święte lub po prostu się modlę”.
Jedna z modlitw ikonografów brzmi tak: „Ty, Boski Mistrzu wszystkiego co istnieje, oświeć i kieruj duszą i ciałem Twoich sług; prowadź ich ręce, aby mogli godnie i doskonale przedstawić Twój obraz, obraz świętej Twojej Matki i wszystkich Twoich świętych, ku chwale radości i upiększenia Twojego Kościoła Amen”. Ale można także inaczej. Nie istnieje kanon dotyczący modlitwy ikonografia. Na Górze Athos w czasie pisania ikon mnisi śpiewają modlitwy do świętych. Czasem po prostu patrzą w ikonę.
Jewgienij Trubeckij, jeden z największych teologów prawosławnych, nazwał ikonę „kolorową kontemplacją”.


CHARYZMAT UJĘTY W KANONY


Ksiądz Tofiluk twierdzi, że do pisania ikon oprócz talentu potrzebne są: wiara, cierpliwość i modlitwa. Bo nie jest to zwykłe rzemiosło. Pisanie ikon jest heroizmem: ikonograf oddaje Bogu swe ręce, talent i umysł, pozwala prowadzić się Duchowi Świętemu. 
Dlatego dawniej wykonanie ikony poprzedzał post, medytacja, a jej pisaniu towarzyszyła izolacja od świata. Sobór moskiewski z 1551 r. zalecał ikonopisom pokorę, łagodność, pobożność i przestrzeganie czystości duchowej i cielesnej. Najsłynniejsi ikonografowie – mnich Olimpiusz, Teofan Grek czy jego uczeń Andrzej Rublow – dostępowali zaszczytu kanonizacji. Malarzy ikon nazywano na Rusi ikonopisami – oni nie malowali ikon, lecz pisali ją żywym słowem-obrazem. Dlatego w ikonografii tak ważną rzeczą był kanon – gwarancja wierności i autentyzmu przedstawianej rzeczywistości. VII sobór w Nicei z 787 r. uznał cześć obrazów za prawowierną naukę Kościoła i podał definicję tej czci: biskupi uznali, że ikonie należy się taki sam kult jak Ewangelii. W konstytucjach soborowych znalazł się zapis, że „do malarza należy wyłącznie aspekt techniczny dzieła, cały plan, dyspozycja i koncepcja bardzo wyraźnie zależą od świętych ojców”. 
Formuły ikonograficzne, techniki malarskie i zasady rozmieszczania malowideł w świątyni określały liczne podręczniki, zwane na Rusi podlinnikami. Najsłynniejszym jest XVIII-wieczna Hermeneja z góry Athos, autorstwa malarza Dionizego z Furmy. Mimo ograniczeń kanonu poszczególne szkoły ikonograficzne różniły się od siebie, czasem znacznie. Na samej Rusi znano ok. 40 szkół. Nie istnieją dwie identyczne ikony. 
Ale kwestia kanonu ikonograficznego jest bardziej skomplikowana. „I to o wiele bardziej niż kanonu biblijnego – zauważa ks. Henryk Paprocki, prawosławny teolog. – W przeciwieństwie do Biblii w ikonografii nie ma ściśle zdefiniowanego kanonu. Są postanowienia VII Soboru, ogólne wskazania i to wszystko. Owszem, historyk sztuki czy teolog mając przed sobą dwie ikony potrafi wskazać kanoniczną. Ale niewiele z tego wynika. Ikony Teofana Greka nie mieściły się w ówczesnym kanonie, nie mówiąc już o Trójcy Świętej Andrzeja Rublowa, której przed nim nikt w ten sposób nie namalował. Istnieją też ikony o problematycznej kanoniczności, które są czczone i przed którymi zdarzały się cuda. Jest nią np. rosyjska Bogurodzica Władczyni z 1917 r.”. 
„Kanon jest pojęciem otwartym – zaznacza ks. Paprocki – bo dotyczy czegoś, co ciągle jest żywe, bo wciąż powstają nowe ikony. Umiejętność pisania ikon jest charyzmatem, podobnie jak sztuka, a trudno charyzmat ujmować w kanon”.
„Ikona kanoniczna musi przedstawiać świętych i święta zgodnie z Ewangelią i tradycją – wyjaśnia Michał Pieczonko, artysta od lat piszący ikony. – W malarstwie sakralnym, zwłaszcza zachodnim, przedstawienie tematu potraktowane jest w sposób świecki, postaci są naturalistyczne, występuje linearna perspektywa, światłocień. To może być wyjątkowej klasy malarstwo, ale nie ikona. Ikona jest bowiem szczególnym rodzajem malarstwa i jako taka ma swój konkretny język”. 
Ikona przedstawia rzeczywistość świętą i dlatego nie ma w niej głosów tego świata. Dlatego postaci świętych są uduchowione, przedstawiają ciała przebóstwione, a nie ziemskie; są bezcielesne, jakby pozbawione wagi, unoszą się w przestrzeni, nie dotykając ziemi. Często postacie mają wydłużone proporcje, określane według geometrycznych szablonów. Wysokie czoło to moc ducha i mądrość, wydłużony nos – szlachetność, a wąskie usta wykluczają zmysłowość. W ikonach występuje odwrócona perspektywa. Michał Pieczonko: „Patrzymy na obiekt taki, jaki jest naprawdę. Widzimy nie złudzenie, lecz rzeczywistość przebóstwioną”.
Ze wszystkich kolorów najważniejszy jest złoty: to jednocześnie kolor i światło. Złote jest tło, nimby świętych, blask wokół Chrystusa, Jego szaty. Druga w hierarchii jest czerwień: ogień Ducha, piękno. Potem zieleń: kolor nadziei i życia wiecznego. Czerwień i błękit symbolizują miłosierdzie i prawdę, piękno i dobro, a także niebo i ziemię. W kolorach czerwonym i błękitnym maluje się szaty Zbawiciela, a także wyraża tajemnicę wcielenia Boga. Czerwień oznacza męczeństwo, krew i cierpienie, ale jest także kolorem królewskim. 
Kolor na ikonach łączy się ze światłem, jakby cała światłem była pisana. „Mam pewną dowolność w doborze kolorów i niektórych detalach, ale jeśli maluję św. Jana Ewangelistę, to muszę być wierna tradycyjnemu wzorcowi” – tłumaczy Lidia, odrywając się od pracy. Absolwentka bielskiej szkoły, pracuje przy ikonostasie zamówionym przez jedną z polskich cerkwi: „Pisanie ikon wymaga całkowitego poświęcenia. Nie można się spieszyć, nie można skupiać się na niczym innym. Co jest najtrudniejsze? Technicznie bardzo trudne są oczy, trudny jest asyst – złocone linie na zarysach postaci. Ale najważniejsze jest jeszcze coś innego: żeby ktoś kiedyś, patrząc na ikonę, chciał się do niej pomodlić”.



DŁUGA DROGA DO IKONY


Michał Pieczonko przeszedł długą drogę, zanim napisał pierwszą ikonę. Opowiada o niej w swojej warszawskiej pracowni-mieszkaniu: „Urodziłem się w prawosławnej rodzinie w okolicach Wałcza. Rodzice pochodzili spod Witebska, na ziemiach zachodnich osiedlili się, wracając po wojnie z Niemiec, z robót przymusowych. W cerkwi bywałem kilka razy w roku, bo było daleko. Mama posłała mnie na katolicką religię, której wtedy uczono jeszcze w szkole. Bycie prawosławnym wtedy na tamtych terenach oznaczało piętno »kacapa« i nie było powodem do dumy”. 
Ikonę kanoniczną zobaczył po raz pierwszy w albumie, kiedy uczył się w liceum plastycznym w Szczecinie. Rzuciła mu się w oczy różnica między nią, a tym, co można było zobaczyć w cerkwiach w Wałczu czy Szczecinie. W tamtych czasach malarstwo sakralne w ogóle nie było dobrze widziane, a pisania ikon nigdzie nie uczono. Na ścianie pokoju w internacie 16-letni Michał Pieczonko powiesił reprodukcję ikony Jerzego Nowosielskiego, wyciętą z miesięcznika „Polska”. Pamięta, że zrobiła na nim ogromne wrażenie. 
Zetknięcie z profesorami Nowosielskim i starszym o ponad 20 lat Adamem Stalony-Dobrzańskim, znakomitym witrażystą i malarzem, otworzyło mu oczy na świat ikony. To prof. Stalony-Dobrzański namówił go, już po ukończeniu wydziału malarstwa w gdańskiej ASP, do napisania pierwszej ikony. „Chodziło o wykonanie ikonostasu do spalonej cerkwi w Klejnikach koło Bielska Podlaskiego. Profesor powiedział mi: »Jest pan prawosławnym malarzem, powinien pan pracować dla cerkwi«. Bałem się tej pracy – wspomina Pieczonko – bo choć ikona fascynowała mnie od dawna, nie miałem ani odwagi, ani wiedzy o technologii pisania ikony. Nie mówiąc już o brakach teologicznych, które uzupełniałem dopiero po studiach, gdy zamieszkałem w Warszawie. Radą wspomagał mnie prof. Stalony-Dobrzański, który sam nie pisał ikon. Pierwszą ikona, jaką napisałem, była ikona Matki Bożej. Ponieważ nie znałem jeszcze techniki tradycyjnej tempery jajecznej, malowałem akrylem na desce, tak jak Nowosielski. Po skończonej pracy czekałem w napięciu na reakcję proboszcza. Przyszedł, popatrzył, pobłogosławił ikonę. Moja praca została przyjęta, mogłem napisać kolejne”.
Pieczonko dostawał kolejne zamówienia. Pisał ikony m.in. do cerkwi na warszawskiej Woli. Kiedy dowiedział się, że organizuje się obóz ikonograficzny na Górze Grabarce, pojechał. Tam poznał batiuszkę Leoncjusza: „W pierwszym obozie uczestniczyli ludzie w różnym wieku i profesji. Była młodzież, parę osób w moim wieku, żona popa z Holandii, byłego pastora. Te spotkania powtarzały się później i z nich zrodziła się szkoła. To wielki dar, że istnieje”.
Od kiedy kilka lat temu Pieczonko spędził parę dni w klasztorach na górze Athos, jest przekonany, że najlepszym miejscem do pisania ikon jest monastyr. „Oczywiście ludzie świeccy mogą pisać ikony, ale świat, w którym żyjemy nie sprzyja wyciszeniu” – tłumaczy. Jest dumny, że na Athos zostały dwie jego ikony i tamtejsi mnisi uznali je za kanoniczne. 
Odkąd zaczął pisać ikony, zrezygnował z innego malarstwa: „Jako malarz nie czuję się pokrzywdzony tym, że nie zajmuję się własną twórczością, bo widzę potrzebę mojej pracy dla cerkwi. Czasem słyszę, że ikonografowie tylko powielają dawne wzorce. To nieprawda, w obrębie kanonu jest miejsce także dla geniuszy. Ale nawet gdyby tak było, co z tego? Od 2000 lat czytamy te same Ewangelie. Współczesna sztuka zjada własny ogon, dlatego przestała mnie interesować. Może jestem nienowoczesny, ale w sztuce wolę ikonę od obierania kartofli w galerii. To moja postawa wobec współczesności. Ikona jest dla mnie i sztuką, i modlitwą”.


ZAPEŁNIĆ PUSTE MIEJSCA


Lidia kończy pisać Jana Ewangelistę, a jej brat Mirek maluje polichromię w szkolnej kaplicy. W czerwcu zrobi dyplom i wraca do siebie, pod Gorlice. Trudno mu wyobrazić sobie, że mógłby mieszkać gdzie indziej. „Tego, czego się tutaj nauczyłem, nie nauczyłbym się w żadnym innym miejscu w Polsce – tłumaczy. – Tam skąd pochodzę, jest tyle pustych miejsc, w których powinny się znaleźć ikony”.
Ks. Henryk Paprocki: „Ktoś nazwał kiedyś ikonę »Biblią dla analfabetów«, ale nie jest to szczęśliwe określenie. Bo żeby odczytać ikonę, trzeba dysponować pewną wiedzą: znać scenę biblijną, wiedzieć, kim są przedstawione postacie i dlaczego są namalowane w określony sposób. Jerzy Nowosielski powiedział kiedyś, że nie ma niczego w sztukach plastycznych, czego nie można odnaleźć w ikonie. To prawda. Nie przypadkiem ponowne odkrycie ikon zbiegło się z powstaniem sztuki abstrakcyjnej, bo przecież ikona jest czystą abstrakcją. Okazuje się, że to, co odkrywali artyści XX wieku, zostało już dawno odkryte przez ikonografów”.
W bielskiej szkole piszą ikony na chrzty, śluby i do domowych ołtarzy. Ksiądz Tofiluk odmawia jednak, gdy ktoś chce mieć w domu tylko ładny obrazek. Ikony niezbyt dobrze czują się też w muzeum.
Bo one, tak naprawdę, istnieją w trochę innym wymiarze.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl