O wierszach Jolanty Stefko

 

„Alfabet samotności”

 

PIOTR PIASZCZYŃSKI

 

 

Na okładce pionowo ucięta fotografia: młoda kobieta o oryginalnej urodzie podobna trochę do Haliny Poświatowskiej. Na odwrocie to samo zdjęcie z wyeksponowanym tłem: prześwietlona promieniami jesiennego słońca gałąź drzewa, polana, a w głębi ciemna ściana lasu. Rzadko kiedy okładka tak trafnie oddaje istotę tego, co znajdziemy wewnątrz (zwłaszcza gdy rzecz dotyczy poezji). 

 

 

W nocie biograficznej czytamy: Jolanta Stefko, ur. 1971, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Drukowała wiersze w „Tygodniku Powszechnym”, „NaGłosie”, „Odrze” i „Kresach”. W 1998 ukazał się jej debiutancki tomik „Po stronie niczyjej” nagrodzony w Konkursie Literackim Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek i Biblioteki Raczyńskich. Otrzymała również, z rekomendacji Stanisława Lema, nagrodę Fundacji Kultury Polskiej. Powyżej trzy zdania wprowadzenia pióra Mariana Stali. 
Laury, sławny pisarz, czołowy krytyk, najlepsze czasopisma, a teraz renomowane Wydawnictwo Literackie... Ale po wiersze Stefko z jej nowego tomu pt. „Ja nikogo nie lubię oprócz siebie” nie sięgnąłem bynajmniej ze snobizmu. Czekałem na tę książeczkę niecierpliwie. Miałem bowiem w pamięci wcześniejsze dokonania autorki, na półce zaś „Antologię nowej poezji polskiej 1990–1999” Honeta i Czyżowskiego, a w niej wściekłą, buntowniczą, autodestrukcyjną i wielce zarazem symboliczną „Dziewczynkę z zapałkami”, co podpalić chciała las „ZŁY JAK CAŁY ŚWIAT” i siebie samą na końcu: „(czy spalić / siebie) / (spalić)”. Była („W tej chwili nikt / o mnie nie / myśli. Nikt”.) i pozostała („(Nie ma mnie w niczyim sercu).”) samotna, wyobcowana, pogodzona jedynie z naturą i zwierzętami. W trakcie lektury, dawnej i obecnej, przychodził nieodmiennie na myśl Rilke: „Piękno jest tylko przerażenia początkiem”, a także... Jerzy Turowicz. W jakimś pośmiertnym wspomnieniu wyczytałem o jego zachwycie drukowanymi w „Tygodniku” wierszami Stefko; po ich lekturze wykrzyknął: „Ciemne, straszne, ale wspaniałe”.
Owe trzy zdania Mariana Stali brzmią następująco: „Mało kto pośród nowych poetów mówi o świecie ludzkich doświadczeń tak dotkliwie, przenikliwie i bez złudzeń jak Jolanta Stefko. Mało kto pośród nich potrafi tak głęboko spojrzeć na samotność, brak, pragnienie. Z takich przeżyć i umiejętności ich poetyckiego nazwania rodzi się poezja, której tonu nie można pomylić z żadnym innym”. Ani pomylić, ani – tym bardziej – przejść obok niego obojętnie. Jedni zapewne wiersze Stefko odrzucą jako zbyt skrajne i duchowo ekshibicjonistyczne, ci natomiast, którzy oczekują od poezji czegoś więcej niż tylko estetycznych wrażeń, którzy „przechorowali” niegdyś „poetów przeklętych”: Bursę i Wojaczka, zostaną urzeczeni. 
Mamy tu bowiem do czynienia z czymś, co aż pulsuje egzystencjalną intensywnością i zdaje się wykraczać poza sztywne ramy czysto artystycznej kreacji. Byt utożsamia się z tekstem. Trzeba jednak dodać, że autorka dokonuje tych eksperymentów wyłącznie na sobie (no dobrze: na swym lirycznym ja, ale aż strach pomyśleć, jaką płaci za to cenę), kierując się etycznym imperatywem jakby w duchu Ryszarda Krynickiego (tego z wczesnych lat 80.): „Tylko szept. Prośba. / Błaganie. Żeby nikt / Przeze mnie nie cierpiał”. Jej twórczość to podróż do kresu nocy („Noc lepsza / niż dzień, może”. z tomu „Po stronie niczyjej”), do strefy, którą tak oto opisuje w najbardziej chyba poruszającym wierszu (bez tytułu) całej książki:

Miejsce. Gdzie późną
Nocą można patrzeć na
Świecące gwiazdy, słuchać

Ciszy, dotykać śmierci, stać w samym sercu
Pustego, przeraźliwego, czarnego świata:
Alfabetem samotności pisać

Na wilgotnej szybie
Nieczytelne słowa, modlitwy, zaklęcia,
Marzenia, rozkazy (niech mnie nigdy nie będzie)


Poetyką Stefko rządzi niejednokrotnie dramatyczna logika odwróconych sensów, która każe opiewać wartości zanegowane: nie-życie, nie-istnienie. Przemijanie budzi poczucie prawie że radości:

(...) to co najbardziej lubię
Robić: wpatrywać się w
Baśniowe kształty obłoków
Powoli zanikać, znikać

(„Próżnujące próżnowanie”)

Czy chodzi tu o coś w rodzaju nirwany, mentalnego, kojącego rozpłynięcia się w niebycie? Są podstawy, by sądzić inaczej: chodzi raczej o wstręt odczuwany wobec życia („Żadnego powodu żeby żyć? / Można żyć bez powodu?”). Czytam o „daremnej drodze / W światło” i „daremnej przecież / Miłości”. A przede wszystkim o tym, że „(Wilki są podobne / Do ludzi jednak / Mniej groźne)”, że „Więcej wierności w oczach Psa niż ludzkich”; „(Jak doskonale piękny byłby świat / Bez ludzi)”. To są wystarczające argumenty, aby nie mieć krzty ochoty na przebywanie w tak odczuwanej, raniącej rzeczywistości. Lecz z drugiej strony, w zbliżonym egzystencjalnym kontekście, pojawiają się w utworach poetki tony jasne, pogodne, choć artykułowane z niejakim wahaniem, niepewnie:

Nawet nie patrzeć.
Nawet nie istnieć.
Promienie słońca na twarzy.
– Nawet nie nazywać, że to szczęście.

(„Jutro, pojutrze”)


Kiedy występuje motyw solarny (nawet i słońca zachodzącego), kiedy „Intensywnie / pachnie ogród”, też mowa jest o pragnieniu nieistnienia: wieloznaczność typowa dla wybitnej poezji, bo wiersze, z których każdy to osobny, niepowtarzalny świat, mają prawo sobie przeczyć. Podobnie dzieje się ze szczęściem: trzeba go „uczyć się cierpliwie (śmiesznie?)”, ale innym razem wydaje się ono tylko „spłowiałą nazwą”, bolesnym oksymoronem: „jedną z lepiej zapomnianych / chwil...” Bywają jednak – i to wcale nie tak rzadko – chwile najdosłowniej słoneczne, gdy „...jakiś Dobry Duch otworzył / Księgę Spokoju –”; momenty radosnej ekstazy. Wówczas samotność i wyłączenie zyskują wyraźnie pozytywną konotację:

W strugach ulewnego
Słońca
Na zewnątrz świątecznego
Dnia, na zewnątrz
Świata. Uśmiechając
Się do
Ciebie bez powodu, bez żadnego powodu

(„Prolegomena...”)

Przy całym ich ontologicznym napięciu i skomplikowaniu wiersze Stefko charakteryzuje uderzająca prostota. Te najkrótsze, za sprawą roli, jaką pełni w nich natura, przypominają haiku, błyski iluminacji. Nieco dłuższe natomiast kojarzą mi się z sonetami (oczywiście nie ze względów wersyfikacyjnych, lecz kompozycyjnej struktury): najpierw część opisowa (z reguły dotycząca tego, co akurat dzieje się w przyrodzie), potem refleksyjna. Pełno w nich pauz, nawiasów, znaków zapytania, zaskakujących przerzutni. Swoista interpunkcja i pisownia dużych liter osobliwie zyskują na znaczeniu: „(o kimś? O kimś?) myśleć”. 
O oryginalności i sile oddziaływania tych wierszy decyduje trudny do nazwania żar, którym promieniują. Odwaga zmierzenia się z fundamentalnymi dla naszej egzystencji pytaniami, problemami i pojęciami. Nie bez racji autorka nazywa je w pewnej chwili „listem do Boga”.
W ostatnim utworze tomu („Boże mój, Boże mój, czemuś mnie zgubił...”) po niepokojącym wstępie dochodzi, jakby na przekór tytułowi, do zdumiewającego wyciszenia, nieomal mistycznego pojednania ze światem. Mowa o łasce, aczkolwiek opatrzonej pytajnikiem. „Nie przyznaję się do siebie” – pisze dalej poetka. Może do tej czarno-widzącej, dotkliwie przez życie doświadczonej?

A potem jednak znajduję, nawet nie wiem jak, to
Najważniejsze ze wszystkich słów


Brak kropki. Nie próbuję zgadywać, co to jest za słowo. Ale wiem, że autorka znajduje wiele ważnych słów, z których powstają niezwykłe wiersze.



Jolanta Stefko, „Ja nikogo nie lubię oprócz siebie”, Kraków 2001, Wydawnictwo Literackie. Okładka projektu Bartka Małysy.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl