Nagrody im. Księdza Józefa Tischnera

 

Historyk marzeń

 

JERZY NIECIKOWSKI

 

 

 

 

Z pozoru bardzo łatwo określić tożsamość zawodową Bronisława Baczki. Niemal wszystko, co Baczko w ciągu ostatnich czterdziestu paru lat napisał, dotyczy Oświecenia, czy ściślej powiedziawszy – Oświecenia i Rewolucji. Jednocześnie ta odpowiedź jest niewystarczająca. Nie mówi bowiem nic ani o specyfice jego postawy badawczej, ani o ewolucji, której jednak ulegał.
Piszący o twórczości Baczki z zasady przypominają, że był obok Leszka Kołakowskiego głównym twórcą Warszawskiej Szkoły Historyków Idei. Nie zauważa się jednak, że jego najważniejsze dzieło z tamtych lat: „Rousseau: samotność i wspólnota” (Warszawa, 1965) nie mieści się w paradygmacie wypracowanym przez ową Szkołę. Do jej sztandarowych dzieł należą: „Świadomość religijna i więź kościelna” Leszka Kołakowskiego, „W kręgu konserwatywnej utopii” Andrzeja Walickiego, „Rewolucyjne paradoksy” Jerzego Szackiego, czy choćby „Przeszłość jako przedmiot wiary” Krzysztofa Pomiana. Odrębność książki Baczki widać jak na dłoni. Tam opisywani są liczni, drugorzędni, mówiąc oględnie, myśliciele religijni, społeczni i polityczni, tu zaś jeden, wielki filozof. Tam idee, które ci ludzie produkowali znalazłszy się w pewnej określonej sytuacji historycznej, tu natomiast próba opisu jednostkowego, niepowtarzalnego doświadczenia egzystencjalnego, które wyraziło się wprawdzie również w postaci filozoficznych idei, ale nie tylko przecież.
Warszawska Szkoła, jak powszechnie wiadomo, została zmiażdżona w marcu 1968 roku. W następstwie tych wydarzeń Bronisław Baczko znalazł się na emigracji, najpierw we Francji, w Clermont-Ferrand, a następnie, w 1974 r. w Genewie, gdzie miejscowy uniwersytet stworzył dla niego katedrę. Przy tej okazji w liście do autora niniejszego tekstu napisał: „Zamieszkałem w mieście, z którym jestem związany od dwustu lat”. 
Badania nad Rousseau skierowały Baczkę ku problematyce utopii. Zajął się nią jeszcze w Polsce, a później pracował nad nią we Francji i Szwajcarii. Okazało się wówczas, że choćby najszersze pojęcie idei nie pozwala opisać tego, czym jest utopia. Aby uchwycić jej specyfikę skonstruował Baczko określenie: „idea–obraz”, które na pewien czas stało się jego podstawową kategorią metodologiczną. Ta kategoria kładła nacisk na fakt, że utopia jest nade wszystko obrazem, to znaczy dziełem tej specyficznej władzy duchowej, jaką stanowi wyobraźnia. W ten sposób dawny historyk idei i późniejszy dziejopis utopii, stał się badaczem wytworów zbiorowej wyobraźni.
Na pytanie, kim jest Bronisław Baczko, można by więc dziś odpowiedzieć krótko – historykiem społecznych wyobrażeń panujących w okresie Oświecenia. Rzecz jednak w tym, że słowo „wyobrażenie” niezupełnie oddaje to, co stara się zbadać autor „Świateł utopii” („Lumieres de l’utopie”, Paris, 1978). Wyobrażać można sobie przecież cokolwiek, na przykład to, że w tej chwili pod moim oknem galopuje centaur. Utopista nie tylko wyobraża sobie inne niż istniejące społeczeństwo, on go również (a może nawet nade wszystko) pożąda z całych sił. Jest dobre polskie słowo, które określa ten typ wyobrażenia - nazywamy je „marzeniem”. I dopiero dzięki niemu można precyzyjnie określić zawodową tożsamość Bronisława Baczki, jest on mianowicie historykiem zbiorowych marzeń „wieku świateł”.
Wkrótce po przyjeździe do Francji Bronisław Baczko ogłosił tekst, który można uznać za jego credo badawcze. Stwierdziwszy, że po Marksie, Nietzschem i Fraudzie nie możemy się łudzić, że historyk zna wszystkie przesłanki swojej postawy, Baczko oświadcza jednocześnie: „Świadomość, że wartości są względne i zmieniają się w czasie, w niczym nie zmienia faktu, iż działania urzeczywistnione w badaniach historyka ma absolutny charakter moralny. Moralna odpowiedzialność historyka jest całkowita i nikt nie może go od niej uwolnić” („La responsabilité moral de l’historien”, „Diogene”, 67/1969, s. 69). Ten postulat bezwzględnej odpowiedzialności moralnej historyka w praktyce oznacza, iż ma dołożyć wszystkich starań, by przekazać przeszłość prawdziwie, to znaczy zgodnie z tym, co mówią źródła. Co jednak ma począć w obliczu faktu, że „w metryce nie zapisuje się nadziei i lęków, które towarzyszą narodzinom dziecka”, że „sprzedaż wołu ma dużo większe szanse, by znaleźć się w »źródłach« niż marzenia zrodzone, przeżywane i wymieniane przez ludzi”? Marzenia są ulotne, istnieją wszędzie i nigdzie, co więc począć ma z nimi historyk, skoro tak rzadko „można odkryć ich ślad w archiwach”? („Lumiečres...”, s. 404). Najłatwiej, rzecz jasna, byłoby je pominąć, udając, że ich po prostu nie ma, lecz na to nie pozwala moralny obowiązek, który spoczywa na barkach historyka. Tym bardziej, że „społeczne marzenia były w tym samym stopniu wytworami, co warunkami kilku zasadniczych wyborów tej decydującej epoki (Oświecenia – J. N.). Za pośrednictwem tych wyborów interweniowały więc w proces urzeczywistnienia się jednej z możliwych historii. Bez względu na to, czy była najlepsza czy najgorsza, to stulecie przekazało nam ją w spadku, a ona stała się naszą historią” („Lumieres...”, s. 9).
Badając marzenia, które wyobraźnia produkowała w dobie Oświecenia, Baczko sięgnął do źródeł „pośrednich”, to znaczy tych tekstów i rzeczywistych faktów, w których marzenia zakrzepły. Przedmiotem jego analizy – obok klasycznej utopii i projektów politycznych – stały się plany architektoniczne, święta rewolucyjne, czy choćby rewolucyjny kalendarz, ucieleśniający marzenie o świecie uporządkowanym i przejrzystym.
We wstępie do „Świateł utopii” napisał Baczko: „Gdy utopijne marzenia zapalają się na horyzoncie zbiorowych lub jednostkowych oczekiwań i nadziei, nowe światło pada na pejzaż społeczny” („Lumičres...”, s. 7). I rzeczywiście, ta książka rzuciła nowe światło na okres Oświecenia. W następnych swoich dziełach: „Wyobrażeniach społecznych” (Paris, 1984, Warszawa, 1993) oraz w „Comment sortir de la Terrear. Thermidor et la Révolution” (Paris, 1989) Baczko poszedł dalej. Marzenia nie są, by tak rzec, „niewinne”. Gdy rodzą się sprzyjające okoliczności, opuszczają dziedzinę wyobraźni i zaczynają się realizować w praktyce politycznej, obrastając mitami i stając się obiektem manipulacji. Jaki jest wtedy ich los, los marzeń, ale i marzycieli, pokazał Baczko w „Jak wyjść z terroru. Termidor i Rewolucja”.

*


Ostatnia książka Baczki „Hiob mój przyjaciel” (Paris, 1997, Warszawa, 2001) zajmuje w jego dorobku miejsce szczególne, stanowiąc coś w rodzaju podsumowania wcześniejszych prac. Tym razem autor starał się pokazać, jak Oświecenie zmagało się z problematyką zła. Trzeba położyć mocny akcent na to sformułowanie „zmagało się”, gdyż zdaniem Baczki zagadnienia zła rozwiązać się nie da. Ono po prostu jest i uderza na oślep, przynosząc ból i cierpienie. Można przed nim uciekać w krainę marzeń, można pewnym jego formom wydać walkę, której Baczko nie lekceważy, choć pokazuje, że sama ta walka często rodzi nowe, jeszcze gorsze formy zła. Nie można go wreszcie usunąć z ludzkiego doświadczenia. Co zatem pozostaje? Rozpacz? Ucieczka w krainę marzeń? Takie czy inne odurzenie? Na te pytania z pozoru książka Baczki nie daje odpowiedzi, ale tylko z pozoru, gdyż kryje się ona w opisie ostatnich godzin Condorceta. „Nigdy nie będziemy wiedzieli, czy popełnił samobójstwo, czy zabiły go choroba i wyczerpanie. (...) Na ostateczne pytanie, kto rodzi nieusuwalną sprzeczność między obietnicą szczęścia a nieuchronnością zła, Concordet dał własną, najprostszą i najcudniejszą odpowiedź: poznał dolę człowieczą, wielkość i nędzę swojej epoki i przeżył swój człowieczy los z godnością i do końca”.
Być może, kto wie, istnienie zła jest właśnie koniecznym warunkiem, byśmy swą dolę mogli przeżyć świadomie i z godnością. Kto wie... 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl