Prymitywna manipulacja

MARCIN KRÓL

 

Lada moment Sejm będzie rozważał sprawę ordynacji wyborczej do samorządów. SLD, jak wiemy, zgłosił projekt, który jest nie do zaakceptowania nie tylko ze względów politycznych, ale przede wszystkim prawnych. Czy prawnicy związani z SLD tego nie wiedzieli? Czy politycy SLD tego nie wiedzieli? Ależ oczywiście, że wiedzieli. Jednak dokonali tego, co się nazywa „manipulacja”, chociaż często nadużywamy tego określenia. Tym razem mamy jednak do czynienia z manipulacją tak prymitywną, że nadającą się do podręczników dla studentów pierwszego roku nauk politycznych, a może nawet dla licealistów. Oto jak dokonano tej manipulacji.
SLD jeszcze przed wyborami parlamentarnymi obiecywało przecież, że jest za bezpośrednim wyborem wójtów, burmistrzów, prezydentów miast. Bardzo trudno było nie dotrzymać tej obietnicy, bo tym razem nic nie można było zwalić na poprzedni rząd. W dodatku niektóre partie opozycyjne były tego samego zdania, co SLD. Jednak, o czym pisałem kilka tygodni temu, SLD zdało sobie sprawę, że nie chce bezpośrednich wyborów, bo to zmniejszałoby szanse tej partii monopol u władzy. Trzeba było się zatem jakoś wycofać. Przedstawiono więc projekt nie do przyjęcia i teraz SLD będzie mówiło, że chciało, ale parlament się nie zgodził. Jest to zupełnie tak, jakbyśmy mieli wobec kogoś zobowiązanie, wiemy, że trzeba go zaprosić na wizytę rewanżową, ale strasznie się nam nie chce. Dowiadujemy się przypadkiem, że znajomy wyjeżdża za granicę na wykłady na cały wrzesień. Dzwonimy do niego i mówimy, że z przyjemnością zaprosimy go na dowolny weekend we wrześniu. A skoro nie może to trudno, kiedyś pomyślimy o innym terminie, zapewne za cztery lata.
Doprawdy, od partii, czy od ludzi pamiętających czasy subtelnych komunistycznych krętactw, należało oczekiwać nieco lepszej wymówki, czy też lepiej przygotowanej manipulacji. Ja nawet nie mam pretensji o to, że SLD nie chce de facto bezpośrednich wyborów do samorządów, bo każda partia ma prawo do bronienia swoich interesów, a takie pojęcia jak dobro wspólne, czy interes narodowy w Polsce po prostu nie funkcjonują. Jednak domagałbym się większej subtelności zarówno ze względów estetycznych, jak i ze znacznie poważniejszych powodów.
A powody te wynikają z obawy, że jak ktoś sobie pozwala na tak prymitywne manipulacje, to znaczy, że w ogóle przestaje się liczyć z opinią publiczną. To zaś stanowi bardzo niebezpieczny znak. SLD poczuło się tak mocno, że gotowe jest sobie pozwolić na wszystko. Chodzi nie tylko o samorządy, ale o sławną walkę z „koncentracją środków masowego przekazu”, równie prymitywnie uzasadnianą i z równym lekceważeniem prawdy i oczywistych faktów, a także o takie drobiazgi już zupełnie idiotyczne, jak projekt ustawy, że tylko człowiek z wykształceniem dziennikarskim będzie mógł być naczelnym redaktorem gazety. Ja bym zresztą na ten pomysł nawet przystał, pod warunkiem, że politykiem będzie mógł być tylko absolwent nauk politycznych. 
SLD ma za dużo władzy i trzeba uruchomić wszystkie możliwe instytucje w celu pohamowania tej partii, która szybkimi krokami zmierza do rządów wyłącznych, jak nie absolutnych. Trybunał Konstytucyjny, Naczelna Izba Kontroli, a także Prezydent muszą nas pilnować przed tymi prymitywnymi, ale bezczelnymi manipulatorami.


Marcin Król

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl