Komentarze

 


Michał Zieliński Horror bez hapy end'u

 

Krzysztof Burnetko Armia się broni – przed zawodowcami

 

Wojciech Pięciak Nepal: wojna w lustrze

 

 

 




  
Horror bez happy end'u

Rząd dba o to, abyśmy mieli co czytać. Po solidnej porcji literatury futurologicznej („Rządowa strategia rozwoju gospodarczego”) otrzymaliśmy dzieło dla miłośników horroru – raport o funkcjonowaniu spółek Skarbu Państwa. 
Piorunujący efekt propagandowy raportu wśród wyborców zmniejsza tylko jedno: ciągle jeszcze wielu ludzi pamięta, że w latach 1994–1997, za rządów SLD–PSL w państwowych spółkach działo się podobnie. Wtedy KGHM także rozrzucała pieniądze, minister Jacek Buchacz tworząc słynny „trójkąt gwarancyjny”, wyprowadził z państwowej kasy blisko pół miliarda złotych, a prywatna firma „Polisa” korzystała z zasilania środkami publicznymi. Opinia publiczna to pamięta, dlatego typowy komentarz do informacji zawartych w raporcie brzmi: „Jedni kradli, drudzy kradli, ci trzeci (a w zasadzie znowu ci pierwsi) też kraść będą”. Nie podoba mi się ten sposób rozumowania, zwłaszcza, że wypowiedzi takie kończy zwykle bezradne machnięcie ręką, świadczące, iż tak już być musi i nic zrobić się nie da. 
Nie musi! Zwłaszcza jeżeli uzmysłowimy sobie, że owe „nadużycia”, „przekręty” i zwyczajna grabież to tylko część strat, jakie ponosi społeczeństwo. Dużo kosztowniejsze jest samo utrzymywanie owych spółek, a zwłaszcza ich zarządu. No bo policzmy. Mamy w Polsce ponad dwa tysiące takich tworów. W każdej ciepłą posadkę (rada nadzorcza, zarząd i dyrekcja) ma co najmniej 10 osób. Załóżmy, że każdy z owych państwowych menedżerów z partyjnego nadania poświęca się dla sprawy i zadowala się tylko połową wynagrodzenia przewidzianego „ustawą kominową” (ca 6,5 tys. zł) W sumie daje to (20 tys. osób razy 6,5 tys. zł) 130 milionów złotych miesięcznie. Pomnóżmy to przez dwa ze względu na tzw. koszty pochodne (ubezpieczenia, ZUS itp.) i przez trzynaście miesięcy (trzynaście, bo premia przecież też się należy). W sumie otrzymamy kwotę 3,5 miliarda złotych rocznie. I to dopiero jest nasza strata. Czy też, ściślej, dolne owej straty oszacowanie.
Efektywna kontrola takiej ilości spółek jest niemożliwa. Można, a i to z trudem, pilnować kilkudziesięciu firm państwowych, czyli tylu, ile było w Polsce przed wojną czy jest dzisiaj w cywilizowanych krajach świata. Dwóch tysięcy nie można. Jedynym sposobem zabezpieczenia przed ich rozkradaniem jest szybka prywatyzacja. 
Szczęśliwie rosnąca liczba obywateli RP zaczyna to rozumieć. (I chwała raportowi, że im w tym pomaga.) Szkoda tylko, że nie należy do nich minister skarbu. Szkoda także dla niego, gdyż zaniechanie prywatyzacji sprawi, że to on za cztery lata będzie szwarcbohaterem kolejnego takiego raportu. 
Zresztą przed wojną, przy rzeczonych kilkudziesięciu spółkach lud i tak śpiewał: „2 złote na rząd, 3 złote na zarząd, a dla tej Pani, co jom prezes pieści osiem czterdzieści”. 
 
 
Michał Zieliński

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 



Armia się broni – przed zawodowcami

Ministerstwo Obrony ogłosiło, że bierze się za zmiany „ostatniej niezreformowanej dziedziny wojska” – czyli w armijnym szkolnictwie. Hasło brzmi: oszczędności. W efekcie z obecnych 19 akademii i szkół wojskowych zostać ma 13. 
Naturalnie reforma jest potrzebna (MON przyznaje m.in., że szkoły wojskowe kształcą 4 tys. słuchaczy, a zatrudniają aż 12 tys. mundurowej i cywilnej kadry). Tyle że plany MON są sygnałem, że resort nie bierze już pod uwagę możliwości wprowadzenia w Polsce armii w pełni zawodowej. Tymczasem właśnie ten model staje się powoli standardem w NATO (to efekt tak wymogów współczesnej wojny, jak rachunku ekonomicznego i presji społecznej). W Polsce tymczasem wśród decydentów – tak politycznych, jak wojskowych – wciąż pokutuje teza, że armia zawodowa jest droższa niż ta z poboru (tyle że jakoś nikt dotąd nie przedstawił tu precyzyjnych kalkulacji), a służba wojskowa jest zaszczytnym obowiązkiem każdego obywatela (jak głosiła konstytucja PRL). Utrzymuje się też – również sięgające PRL-u – przekonanie, że na model armii zawodowej nie można się zdecydować, bo mogłoby zabraknąć chętnych do służby. Tyle że akurat dziś – wobec zmiany roli i prestiżu armii oraz rosnącego bezrobocia – kariera zawodowego żołnierza zdaje się być całkiem atrakcyjna (potwierdzają to zastępy chętnych do szkół podoficerskich i oficerskich).
Redukcja szkolnictwa wojskowego – zamiast jego właściwej reformy – oznacza zaś, że miast kształcić armię zawodowców, MON chce kształcić tylko zawodowych dowódców armatniego mięsa (a tak naprawdę dowódców wartowników i zamiataczy liści spod koszar).
 


Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nepal: wojna w lustrze

Kilkadziesiąt ofiar, dzień w dzień, w tym wielu cywilów – to nie Bliski Wschód ani Czeczenia, lecz rzeczywistość ostatniego tylko tygodnia w Nepalu. W tym zapomnianym, wydawałoby się, przez Boga i ludzi (poza himalaistami i hipisami) kraju od 1996 r. trwa wojna domowa, w której zginęło ponad 3,5 tys. ludzi. Na pozór wydaje się ona lustrzanym, archaicznym odbiciem ideologicznych konfliktów, które toczyły się dobre 30 lat temu w Azji Południowo-Wschodniej i Ameryce Łacińskiej: partyzanci (zwący się guerillą) z komunistycznej, a właściwie maoistowskiej partii Nepalu (United Peoples Front Nepal) prowadzą „powstanie ludowe” przeciw rządowi, czyli w ich języku „klasie kapitalistyczno-feudalnej”; w tle ścierają się wpływy państw sąsiednich, zwłaszcza Indii, USA i Wielkiej Brytanii. A że ludność nie popiera „guerilli” – mordującej nie tylko policjantów, ale też urzędników i nauczycieli – żyje ona z „podatku rewolucyjnego”, wymuszeń i porwań, rekrutów pozyskując także siłą; brutalności partyzantów nie ustępuje brutalność władz, zwłaszcza od wprowadzenia jesienią ub. r. stanu wyjątkowego (lotnictwo niszczy wsie na terenach opanowanych przez maoistów, ograniczona jest wolność słowa; w więzieniu przebywa 70 dziennikarzy). 
Ideologiczna „nadbudowa” wojny żywi się jednak konfliktami realnymi w tym biednym kraju, gdzie nosicieli wirusa HIV jest oficjalnie 7 razy więcej niż w Polsce (przy dwukrotnie mniejszej liczbie ludności), produkt krajowy brutto na głowę jest 20 razy mniejszy niż Polsce, a co drugi obywatel to analfabeta. W Nepalu, który od 1990 r. demokracją jest bardziej formalnie niż faktycznie, utrzymuje się archaiczny system społeczny, zdominowany przez kasty na wzór indyjski. „Powstanie ludowe” być może zneutralizowałyby reformy społeczne. Ale zamiast je wprowadzać, rząd prosi prezydenta Busha o pomoc w modnej „walce z terrorystami”. Pomoc dostanie, a „wojna w lustrze” będzie trwać. 


Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 20, 19 maja 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl