Votum separatum

Dwie świątynie

JÓZEFA HENNELOWA

 

Bazylika Narodzenia Pańskiego w Betlejem jest wreszcie znowu wolna od uzbrojonych ludzi – i tych, którzy ją otaczali, i przede wszystkim tych, którzy przeszło miesiąc temu wdarli się do niej siłą, gwałcąc świętość miejsca i prawo azylu, przysługujące przecież zagrożonym, ale bezbronnym. Nie próbuję wyobrazić sobie, jak kościół wyglądał po wyjściu Palestyńczyków, bo domyślam się, że tego nigdy się nie dowiemy, zbyt wielu bowiem ludzi zainteresowanych jest milczeniem na ten temat, a niejeden z nich po prostu dalej zależy od stosunków politycznych w Autonomii.
Nikt więc raczej nie zweryfikuje sprzecznych meldunków o kolejnych dniach oblężenia – odcięto na przykład wodę, czy nie? Nikt się nie przyzna, czy nie uzbrojeni mieszkańcy Betlejem znajdujący się w bazylice, oraz jej duchowi strażnicy, franciszkanie, byli traktowani przez nie wypuszczających z ręki broni Palestyńczyków jako zakładnicy: co im było wolno, a czego nie. Więc pewnie i nikt nam nie pokaże, w jakim stanie znajdowała się świątynia po kilku tygodniach koczowania w niej paruset osób. Wolno wierzyć, że bardzo szybko przywrócono ją do pierwotnego stanu, że znowu jest w niej czysto i cicho, a przede wszystkim bezpiecznie. Już dzień po zlikwidowaniu oblężenia mogliśmy w przekazach telewizyjnych zobaczyć zakonnice modlące się przy miejscu Narodzenia i setki pielgrzymów u wejścia do bazyliki. I to jest pociecha. 
Ale trzeba sobie uczciwie powtarzać, że nie tak troszczyliśmy się o Ziemię Świętą, jakby należało. Ten wielki głos oburzenia i protestu płynący w Polsce ze środowisk powołujących się na wiarę i patriotyzm, poddany był bez reszty ciśnieniu politycznemu: ktokolwiek zabierał głos w imię tych wartości, stawał po jednej stronie przeciwko drugiej. Jednych potępiał, drugich wybielał, fakty traktując wybiórczo, a nawet śmierć ludzką traktując różnie, zależnie od klucza przynależności do tej czy tamtej strony frontu. Dlatego, kiedy wreszcie doszło do rozejmu na tym tak tragicznym polu konfliktu, nikt z obrońców Betlejem nawet się nie ucieszył.
Tego samego dnia, gdy miliony ludzi na świecie oddychały z ulgą słuchając wiadomości o uwolnieniu Bazyliki od obecności uzbrojonych ludzi i zlikwidowaniu groźby, że dojdzie w niej do walki, paru polskich polityków pospierało się przed kamerami o decyzję prezydium sejmu, by odstąpić od głosowania uchwały na ten temat. Uchwała była już nieaktualna, a upragniony fakt stał się rzeczywistością – ale mówiło się o tym tak, jakby ważna była tylko stracona okazja do głośnego wystąpienia.
Świątynia Narodzenia w Betlejem pozostanie na długo ostrzegawczym symbolem zawłaszczenia świętości przez nienawiść i przemoc, splątane tak, że tylko najgorętsza modlitwa może pomóc, a na pewno nie nasza zapalczywość i przekonanie, że mamy prawo sądzić, gromić, mnożyć wewnętrzna agresję, dolewając już nie oliwy do ognia lecz dorzucając doń materiałów wybuchowych.
Nie powinno się pisać wierszy przekreślających w imię tego oburzenia nawet wartość Holokaustu, jak ks. Mirosław Drzewiecki w ostatniej „Niedzieli”. Nie mamy przecież takiego prawa. Albo straszyć losem chrześcijan w krajach muzułmańskich, za ten los winnym czyniąc... ministra spraw zagranicznych Izraela (wywiad z ks. Waldemarem Chrostowskim, jw.). Skąd ta przedziwna interpretacja jego wypowiedzi na zupełnie inny temat? Nie powinno się wszystkich zagrzewać nieustannie do polityki, jak czyni to „Nasz Dziennik” drukując nie kończące się protesty skromnych polskich obywateli adresowane wyłącznie do władz Izraela, pełne oburzenia, a także głębokiego przekonania, że to pomoże. A może powinniśmy tylko pomilczeć, duchem obecni w odzyskanej Świątyni Narodzenia? Ona ma do tego prawo, które niechby nigdy już nie zostało naruszone.
A druga świątynia, o której mowa w tytule? To podjęta wreszcie – chyba już na dobre? – budowa naszej polskiej świątyni Opatrzności – votum narodu. Wmurowanie kamienia węgielnego było pełne splendoru. Dostaliśmy też trochę informacji: szkic projektu, dane o kosztach i rozmiarach, szczegóły konstrukcyjne. Z tych ostatnich wynika, że jest to projekt bardzo bogaty w koncepcje ideowe i symbolikę. Mają być na przykład cztery drogi do świątyni: Walki, Kultury, Cierpienia i Modlitwy. I cztery dziedzińce: Ojczyzny, Ludu Bożego, Życia i Kultury. Wreszcie instytuty: Odrodzenia, Życia, Jednania. A także muzeum Jana Pawła II. A więc bogactwo planów i idei. To wszystko wiem z obszernej informacji w biuletynie Katolickiej Agencji Informacyjnej. 
Ale ta informacja, nie przetłumaczona na kształt plastyczny, wizualny a także nie oparta na rozmowie z użytkownikami przyszłej świątyni pozostaje na razie abstrakcją. Ba, raczej peszy niż zachęca A przecież to ma być wspólny dom. Chciałoby się przede wszystkim polubić już samą sylwetkę tego domu, chciałoby się z nim zaprzyjaźnić. Chciałoby się także jak najszybciej usłyszeć o twórcach, którzy dołożą swoje dzieła do tej wizji. Już na to pora.
A na razie prośba o jedną tylko informację (czy może uzupełnienie informacji). Czytam w biuletynie: „wierni będą wchodzić do kościoła po monumentalnych schodach”. To pewnie tak, jak w Licheniu. No dobrze, a ci, którzy wejść „po monumentalnych schodach” nie dadzą rady? Starzy, niesprawni, słabi? Będzie ich trochę. Jestem prawie pewna, że projektant i o tym pomyślał, więc chodzi tylko o to, by ludzi uspokoić. Sprawa nie z tych najważniejszych, ale ważna. Tym bardziej iż dzięki dotychczasowej informacji wiem nawet, że zaprojektowano już i takie szczegóły jak „miejsce na fotel Prymasa Polski, a w pierwszym rzędzie ławek dla dostojników państwowych – lożę prezydencką”.


Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl