TEATR

 

„Mistrz i Małgorzata” Krystiana Lupy

 

Całkowite zdemaskowanie

 

PIOTR GRUSZCZYŃSKI

 

 

Tajemnica spektaklu Krystiana Lupy zbiega się z tajemnicą książki Bułhakowa. Niedokończenie pozostaje najważniejszym elementem „Mistrza i Małgorzaty”. Całkowicie zdemaskowany teatr i literatura odkryły genialny teatr i literaturę. Trzeba było zniszczyć, żeby ocalić.

 

 

Jak można podzielać głupie przekonanie Michała Berlioza, prezesa zarządu jednego z największych stowarzyszeń literackich, że „po obcięciu głowy życie się kończy”? Skrajna naiwność racjonalnych niedowiarków zaciemnia horyzont myślenia, odczuwania i przeczuwania, a wreszcie likwiduje możliwość głębokiego myślenia. Powstają nic nie warte sądy, jak ten, że śmierć jest końcem wszystkiego. Krystian Lupa w swoim „Mistrzu i Małgorzacie” pozbawia publiczność głowy. Zdekapitowana, gotowa jest na przyjęcie nieracjonalności. Dopiero na koniec dostaniemy głowę z powrotem, jak Żorż Bengalski, nieszczęsny konferansjer moskiewskich Variétés. Wtedy pojmiemy, czym naprawdę jest śmierć. A może nie, nadal nic nie będzie wiadomo na pewno, ale wywołane spektaklem przeczucie będzie tak silne, że głowa nie będzie w stanie zamącić jego kryształowego brzmienia i czystości.
„Masowy widz domaga się wyjaśnień. Bez zdemaskowania występ pozostawi przykre wrażenie.” Żądanie widzów Variétés zostaje spełnione. W przedstawieniu Lupy dokonuje się całkowite zdemaskowanie (zapowiedziane na afiszu) konwencji literackiej i teatralnej. Pełny demontaż iluzji spektaklu i zarozumiałej wiedzy narratora, bardzo zresztą w powieści Bułhakowa tajemniczego, złośliwego, czasem cynicznego. Cała ta operacja zostaje przeprowadzona wyłącznie po to, by przywrócić pełną wiarę w teatr jako instrument dający możliwość dociekania prawdy i w przesłanie powieści Bułhakowa. Jedyny warunek – teatr, który powstaje, nie może być głupim popisem, którego domaga się publiczność, ale takiego teatru Lupa nie tworzy, choć dla zabawy udowadnia, że potrafiłby. 
Swoim spektaklem doprowadza publiczność do stanu całkowitej bezradności wobec głównych tajemnic istnienia, wobec dziwnie wykrzywionego porządku wartości w Bułhakowowskim świecie. Bezradność dotyczy także wiary lub niewiary w ewangeliczną historię Chrystusa. Stajemy u wrót prawdy, w samym środku labiryntu. Do tego miejsca doprowadza nas Krystian Lupa. Dalej musimy podążyć sami.


ZAWIĄZANIE


Trwający dwa wieczory, nieomal dziewięciogodzinny spektakl zaczyna się w pełnej zgodzie z literą powieści. Na Patriarszych Prudach, w okolicy budki z piwem wałęsają się leniwie Berlioz (Zbigniew Kosowski) i Iwan Bezdomny (Bogdan Brzyski). Kiedy Berlioz usiądzie na ławeczce na proscenium, z przeciwnej strony, ze szczeliny kulis wychynie groteskowa, złośliwa głowa Korowiowa (Piotr Skiba). Korowiow od razu pokazuje minę, jaką za chwilę zrobi Berlioz w ciężkim przerażeniu opadając na ławkę. 
Świta Wolanda, nazywana przez Lupę w programie sektą, wdziera się do Moskwy używając cyrkowych metod. Jakieś dziwne stukoty, nieopanowane błyskanie kolorowych świateł, nic groźnego, jakby drobne usterki w rzeczywistości. Czerwonobrody Woland (Roman Gancarczyk) też na początku zdaje się zabawny. Piekielnie szarmancki i diablo błyskotliwy, popycha koło fortuny Berlioza. A właśnie, czy na pewno? Zdaje się, że władza Wolanda nie jest aż tak wielka. On tylko odczytuje los Berlioza bacznie go obserwując, ale to nie on jest autorem serii przypadków, które doprowadziły Berlioza na ścięcie pod tramwaj. Wiedźmy w „Makbecie” też nie znają całej tajemnicy, tylko jej mały fragment, ale wiedźmy są tylko posłańcami. Kim jest Woland? To pytanie będzie jednym z głównych pytań spektaklu. 
Na rozmowę trzech mężczyzn brawurowo i zabawnie nakłada się monolog sprzedawczyni piwa (Urszula Kiebzak), pomstującej na swego nieudanego kochanka. Jej akcja staje się coraz bardziej gwałtowna, lekko histeryczna. Spadają jakieś przedmioty. W tym czasie Iwan i Berlioz zaczynają kombinować, jak oddać Wolanda w ręce milicji. Puentą sceny jest arcyzabawna piosenka swingująca wokół jednego zdania „Bo da nogę”.
W drugiej scenie trzech rozmawiających mężczyzn zastąpią kukły będące ich podobiznami, a akcja przeniesie się do pałacu Piłata (Jan Frycz). Będziemy świadkami przesłuchania Jeszui (Andrzej Hudziak). Kolejna scena ma miejsce w szpitalu wariatów. To przesłuchanie Bezdomnego. Akcja została zawiązana na wszystkich trzech poziomach.


SHOWBIZNES I MISTERIUM


Pierwszy wieczór, w którym sporo arcykomicznej rodzajowości, pieczołowicie oddaje kolejne diabelskie (?) intrygi i kulminuje teatrem w teatrze, czyli sławnym pokazem czarnej magii w Variétés. Najpierw podglądamy ekipę Wolanda za kulisami. Pogrążeni w zwykłej dla siebie katatonii, śmiertelnym znużeniu niekończącej się wędrówki, siedzą nieporuszeni. W głębi Żorż Bengalski (Zygmunt Józefczak), nieszczęsny konferansjer, nadaktywnie przygotowuje się do występu. Zaraz się zacznie tandetny seans. Bengalski, jakby połknął najgorszy blichtr całego showbiznesu, rozkręca wieczór. 
Pora na Wolanda. Najpierw fotel, którego zażąda, spadnie z nieba (?) na scenę z lekkim błyskiem przypalonych rac. Okaże się zresztą ohydnym metalowym krzesłem. Potem na widownię (mocno uzupełnioną aktorami) sypną się banknoty dziesięciorublowe i deszcz złotych płatków. Siedzące w małej loży, z hiszpańską elegancją odziane damy, są coraz bardziej zgorszone. A tu gra całkowicie wymyka się spod kontroli. Kiedy ktoś zażąda głowy Bengalskiego, sytuacja jest przesądzona. Seans czarnej magii nabiera trybu frenetycznego. Odcięta na naszych oczach głowa Bengalskiego leży na stole w głębi sceny, a jego zakrwawiony kadłub w lśniącym czerwonym fraku przepycha się wśród widzów. Czas na sukienki, pończochy, buciki i perfumy dla obywatelek Moskwy. Histeria narasta. Zrozpaczone dziecko usiłuje powstrzymać matkę wbijającą się w złotawą suknię (Agnieszka Mandat). Krzyczy: „Mamo! Mamo! Nie ośmieszaj się!!!” Teatr zaczyna wibrować. Tylko ekipa Wolanda zachowuje pełną kontrolę nad zdarzeniami.
Niebywały humor osiągnął też reżyser w scenach „telefonicznych”. Jak wiadomo, w „Mistrzu i Małgorzacie” telefon jest podstawowym narzędziem kontaktu z milicją, zwykle zabronionym (dlaczego?) przez ludzi Wolanda. Telefony same gadają, szepcą, chichoczą, doprowadzają dzwoniących do rozpaczy. Zwłaszcza Rimskiego (Zbigniew Ruciński), miotającego się pod czerwoną kotarą dyrektorskiego gabinetu Variétés. Woland pracuje. Nie tylko w telefonie, także w telegrafie. Depeszę z Jałty przynosi Korowiow w kobiecym, a raczej babskim stroju. Nerwowość potęguje jeszcze opryskliwa i wścibska sekretarka (Sonia Bohosiewicz), która nie może podjąć decyzji, co jest ciekawsze: teatralna awantura czy jej nienaganne paznokcie.
Drugiego dnia rodzajowość schodzi zdecydowanie na plan dalszy, właściwie tylko scena pogrzebu Berlioza nosi jeszcze jej ślady. Potem bal u Wolanda, rozmowy Piłata z Jeszuą, kolejne epizody z Mistrzem (Zbigniew W. Kaleta) i Małgorzatą (Sandra Korzeniak) zapadają w ciszę i ekstatyczne odrętwienie. Najlepszym przykładem bal właśnie, którego w spektaklu właściwie nie ma. Dookoła sceny w złowieszczej ciszy stoją umarli. Małgorzata w wannie przechodzi przygotowania w asyście Helli (Iwona Budner). Żadnej feerii, żadnych napojów, strojów, powitań. Żadnej muzyki! Balem zarządza Korowiow. W śmiertelnej ciszy w szklanej gablocie pojawi się głupawa skradziona głowa Berlioza, z którą przyodziany we wschodnią szatę Woland odbędzie krótką rozmowę o prawdziwym końcu życia. Pojawi się pełna desperackiej rozpaczy Frieda (Agnieszka Mandat) i półnagi, z zasłoniętą kirem głową „tragarz największej winy”. 
W zakończeniu tej krótkiej sceny, gdzieś daleko, na horyzoncie, w półmroku, w ogólnym zamieszaniu, przez chwilę mignie taszczona przez tłum drabina z rozpiętym na niej ciałem Jeszui. Bal przechodzi natychmiast w dopełniającą go scenę rozmowy Piłata ze zmartwychwstałym Jeszuą. Rozmowa jest czuła, nieomal intymna. Piłat chciałby usłyszeć, że kaźń się nie odbyła. Scenę wieńczy radosna wizja zmartwychwstania całej ludzkości. Oto marzenie Piłata przeciwstawione mrocznej wizji balu u Wolanda. Wszyscy uczestnicy balu wybiegają na scenę i rzucają się sobie w ramiona z radosnym okrzykiem „Żyję!”. Misterium dopełnia się.


KIM JEST MAŁGORZATA?


Małgorzata zjawia się w szpitalnej celi Bezdomnego przywołana opowieściami Mistrza. Sposób prowadzenia tej postaci to jedna z największych zagadek i niespodzianek spektaklu. Małgorzata, o delikatnym, przebarwionym głosie, przyrodzoną lekkość rysów kojarzy z przepełniającą ją złością i goryczą. Tekst Bułhakowa, odpowiednio przycięty, nabiera nowych znaczeń. Znika cała historia płomiennej miłości. Idylliczne szczęście zdaje się istnieć jedynie w powieści, a nie w spektaklu. 
Małgorzata nie jest „wieczną kobiecością”, która ratuje swojego Mistrza. Dzieło jest ważniejsze od twórcy, jeśli bowiem powstanie, dopełni się mit, a mit z kolei może uratować miłość. Może. Małgorzata nie kocha Mistrza. Kocha książkę, którą Mistrz pisze. 
Kiedy wreszcie dojdzie do wymarzonego spotkania Małgorzaty z Mistrzem, trudno dopatrzyć się w nim radości. Woland i jego drużyna zachłannie przyglądają się tej scenie, z której zionie chłód. Również sielskie przebudzenie w upragnionej izbie Mistrza nie ma w sobie nic radosnego. Mistrz w białoszarym szlafroku pali papierosa pogrążony w medytacji. Małgorzata najpierw szczebioce radośnie, potem zarzuca Mistrza pretensjami, żalami coraz głębszymi: że posiwiał, że dał się złamać, że jego oczy są puste. Grozi, że odejdzie, choć u Bułhakowa tekst ten jest prośbą o to, by mogła pozostać! Wreszcie Małgorzata prawdziwie cieszy się na przyjście Asasella (Jacek Romanowski). Bo choć konsekwentnie Lupa usunął tekst mówiący o tym, że Małgorzata została wiedźmą, usunął też scenę przemiany w wiedźmę przy pomocy czarodziejskich kremów i scenę lotu na bal, Małgorzata woli towarzystwo sekty Wolanda niż Mistrza. Zwłaszcza że to Woland przywraca jej nie tylko Mistrza, ale również jego dzieło. Kim więc jest Małgorzata?


DEMONTAŻ OPOWIEŚCI


Po scenie otrucia napojem przyniesionym przez Asasella, w której Mistrz i Małgorzata padają jak rażeni gromem, bez żadnych operowych ozdobników, następuje scena, w której Lupa po raz kolejny radykalnie złamie tryb opowieści i zdemontuje (zdekonstruuje?) własny teatr.
Oto na scenie dom literatów, do którego przychodzą Korowiow i Behemot (Adam Nawojczyk), by posilić się przed podróżą. Arogancka Zofia Pawłowna (Alicja Bienicewicz) nie chce wpuścić podejrzanych typów bez legitymacji. Toczy się absurdalny dialog o tym, czy Dostojewski miał legitymację. W powieści nakaz wpuszczenia typów do restauracji wydaje szef, który skojarzył wszystkie moskiewskie wypadki i wiedząc, co się święci, spokojnie zajął się ewakuowaniem cennych jesiotrów z chłodni. W spektaklu na scenę wkracza Krystian Lupa. W „cywilnym” ubraniu. Przechodzi gładko, komplementując czerwone pazury Zofii Pawłownej. Siada w głębi sceny, wypija podany przez kelnera napój i gwałtowną gestykulacją wspartą potężnym głosem nakazuje wpuścić Korowiowa i Behemota. Po czym znika, nie wiem, czy pakować jesiotry, bo już za chwilę siedzi w ostatnim rzędzie, z którego cały czas animuje rytm spektaklu. Pojawienie się reżysera na scenie definitywnie zrywa iluzyjność.
Dystans do powieści Bułhakowa sygnalizowany był już wcześniej. Po raz pierwszy w mieszkaniu na Sadowej, przez Korowiowa, który penetrując szafę kredensową w poszukiwaniu książek rzuca ostre zdanie: „Nikt tu, k..., nic nie czyta” i znika w korytarzu, by powrócić z książką. To „Mistrz i Małgorzata”, wydanie Czytelnika z roku 1987, takie z okiem na okładce. Korowiow czyta opis mieszkania przy Sadowej opanowanego przez nieczyste siły. Buduje komiczny dystans do tego, co dzieje się na scenie. Skończywszy lekturę, nonszalancko i ze zniechęceniem odrzuca książkę za siebie. Kładzie się na stole i mówi: „nie chce mi się w to włazić”. Delikatne sygnały dystansu błyskają jak lampki ostrzegawcze w tkance spektaklu. Scena w domu literatów jest zapowiedzianym na afiszu „całkowitym zdemaskowaniem”. Lupa wykorzystuje pretekst, jaki daje miejsce akcji: dom literatów, przynajmniej z pozoru miejsce, w którym powstają fikcje, rodzą się opowieści. To przecież idealna przestrzeń, żeby opowieść rozmontować, zanegować jej możliwości.
Dzieło Mistrza nie było dokończone, bo żadna prawdziwa historia zmierzająca do przeniknięcia tajemnicy nie może być dokończona. Opowiadanie nie prowadzi do niczego. Tworzy iluzję, bezwartościową pożywkę dla wyobraźni odbiorcy. U Bułhakowa opowieść jest wybitnie sprawna, dlatego trzeba ją odrzucić, by dotrzeć do tajemnicy powieści. W domu literatów Behemot i Korowiow biorą sprawy w swoje ręce. Korowiow znów wymachuje egzemplarzem „Mistrza i Małgorzaty”. Wertując kartki czyta i wywołuje kolejne epizody. Pojawia się Annuszka pełna roszczeń za rozlany olej („Do tej pory jej nie było i było dobrze”). Oglądamy finał przygód dyrektora Variétés, który wbity w kąt rozpadającej się hotelowej szafy wyznaje swą niechęć do teatru („Mam dosyć teatru, chcę hodować grzyby.”) Korowiow zaczyna zwracać się wprost do widowni, przestrzegając reguł narracji. Nazywa widzów „drogimi czytelnikami”. Za chwilę zdemaskowany będzie też teatr. Lot służącej Małgorzaty (Lidia Duda) na zwieprzonym Mikołaju Iwanowiczu (Andrzej Buszewicz) odbędzie się na umocowanych do sztankietów deskach. Cała machina teatru odsłonięta. I skąd nagle tyle tych postaci domagających się swoich racji, kontynuacji losów, opowieści, zrozumienia, rozgrzeszenia? Korowiow i Behemot są coraz bardziej bezradni. Teatr rozprzęga się. Lupa dystansuje się od zgrabnej literatury i dobrze skrojonych przedstawień. Drwi ze zręczności, która prowadzi na manowce. Opowieść stoi i nie posuwa się, zaszpuntowana przez reżysera, nowego Wolanda w tym przedstawieniu. Jego diabelski trik może rozplątać tylko milicja, która w końcu pojawi się w domu literatów i wszystkich zastrzeli. 
Pora na kolejną woltę. Przez chwilę nastąpił powrót do błazenady, przez chwilę rozprzęgła się forma, przez chwilę znaleźliśmy się w chaosie, przypominającym dawne „Miasto snu”. Czas wrócić do maksymalnie oszczędnego języka i uruchomić najwyższe wzruszenia. Czas na pożegnanie Mistrza z Bezdomnym i dokończenie powieści przez Wolanda. Znów jesteśmy w czarnej przestrzeni sceny. Unoszą się zastawki ścian domu wariatów i mieszkania na Sadowej. W głębi wszystkie postacie. Na samej górze, na galeryjce, widać Piłata, który siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach, otoczony innymi bohaterami widowiska. Z lewej, niżej, na szczycie szafy Jeszua. Dziwnie sztywny, z wyciągniętą przed siebie ręką. Hasłem do odsłonięcia jest zdanie Wolanda: „Powieść twoja została przeczytana. I powiedziano tylko jedno – że nie jest ona, niestety, zakończona.” 
Czujemy się autorami tego odczytania i wiemy już, że tylko niedokończone powieści mają prawdziwą wartość. Mimo to oczekujemy zakończenia, pointy, ostatniego słowa, które pozwoli zinterpretować cały spektakl. Wskrzeszenie przez Wolanda bohatera powieści Mistrza znowu myli tropy. „Prawie od dwóch tysięcy lat siedzi on na tym szczycie i śpi.” W powieści to zdanie odnosi się do Piłata. Woland wskazuje Jeszuę, w tle rozbrzmiewa Pasja. Trwa noc dokonywania rozrachunków. Lupa swym ciepłym, miękkim głosem czyta fragment powieści opisujący przeistoczenie świty Wolanda w rycerzy ciemności. Mistrz pyta: „Mam iść tam, za nim?” Za Jeszuą czy za Piłatem? Odpowiedź potęguje zwątpienie: „Nie. Po cóż iść za tropem tego, co się skończyło”. Mistrz krzyczy „Jesteś wolny!”, znów nie wiadomo do kogo adresowane. W zupełnej ciemności Małgorzata zaprasza do odpoczynku: „Posłuchaj, jak cicho. Słuchaj i napawaj się tym, czego nie dane ci było zaznać w życiu.” Jej łagodny głos wywołuje najgłębsze wzruszenie. Słowa nabierają substancjalnej mocy.

ZNISZCZYĆ, ŻEBY OCALIĆ


Wróćmy jednak, drogi czytelniku, do pytania, kim jest Woland i jego świta. W sposób, by tak rzec, funkcjonalny, są oni katalizatorami zadań mających na celu kompromitację mieszkańców Moskwy, gdziekolwiek i kiedykolwiek ta Moskwa się znajduje. Ale do czego Wolandowi potrzebny jest pobyt w Moskwie? Czy jest skazany na tułaczkę? Jeśli tak, to przez kogo? 
Można sądzić, że Mistrz i Małgorzata mają pomóc mu w osiągnięciu kresu i ukojenia. Potrzebna jest powieść Mistrza tworząca nowy mit. Trzeba odciąć (nie obciąć) parę głów, by uruchomić lawinę zdarzeń i napełnić puchar Wolanda. Czy Woland jest zły? Jego zło musiałoby posiadać swoją opozycję, czyli dobro. A gdzie go szukać? Tylko w historii opowiadanej przez Mistrza, w nawróceniu Piłata, okupionym zresztą zabiciem Judy. A tu i teraz? Moskwa jest uosobieniem zła, Małgorzata została wiedźmą, Mistrz stracił wiarę i odwagę. Porządek wartości został wywrócony, znaki zamienione albo wręcz zlikwidowane. Nawet w finale nie dokonuje się odkupienie. Najwyższym dobrem okazuje się śmierć. 
Tajemnica spektaklu zbiega się tu z tajemnicą książki Bułhakowa. Owo niedokończenie pozostaje najważniejszym elementem „Mistrza i Małgorzaty”. I tak, całkowicie zdemaskowany teatr i literatura (odkłamywanie było jednym z obsesyjnych tematów „Wymazywania”!) odkryły genialny teatr i literaturę. Trzeba było zniszczyć, żeby ocalić.
Choć słowo jeszcze o aktorach! Grają z najwyższym poświęceniem, nawet najmniejsze role. Są fantastyczni! Kwitną pod ręką Lupy. Szczególnie należy pochwalić jednak Wolanda i jego świtę. Roman Gancarczyk nadaje chłodny i intelektualny ton. Z drugiej strony Piotr Skiba wcielony w Korowiowa, przez cały czas precyzyjnie dawkuje swobodną dezynwolturę gry, obdzielając cały spektakl ironicznym dystansem i diabelską mądrością. 
Czy po obejrzeniu tak emocjonującego przedstawienia, które rozbudza wszystkie struny wrażliwości, można spokojnie zaufać Małgorzacie, która mówi: „Sen cię wzmocni, przyjdą ci po nim do głowy mądre myśli”? Spróbujcie, ale pamiętajcie, że teraz każdy podejmuje decyzję na własną rękę. I niech się potem nie pcha z pretensjami, że jego opowieść nie ma końca.



Michaił Bułhakow, „Mistrz i Małgorzata”, adaptacja, apokryfy, reżyseria i scenografia Krystian Lupa, muzyka Jacek Ostaszewski, muzyka na syntezator Jakub Ostaszewski, premiera w Starym Teatrze w Krakowie, na Scenie Kameralnej 9 i 10 maja 2002.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl