MUZYKA

 

Huun Huur Tu w Krakowie

 

Szum tajgi i rżenie koni

 

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI

 

 

 

for Grandpa Silver Fox

O tym, że koncert sławnego kwartetu z Tuwy odbędzie się w Krakowie, dowiedziałem się niemal w tym samym czasie z Drugiego Programu PR oraz „Radiostacji”. Fakt, że tak różne środowiska zgodnie zarekomendowały występ egzotycznych artystów, odczytałem jako sygnał nader budujący. Słyszałem już parokrotnie Huun Huur Tu w radio, ale okazja zobaczenia takiej legendy na żywo, w dodatku w Centrum Kultury Japońskiej Manggha – była pokusą nie do odparcia. Kwartet bowiem od dawna cieszy się wielką estymą wśród koneserów oryginalnych brzmień, a o współpracę z nim dobijali się najwięksi. Świadczą o tym nagrania i koncerty z takimi mistrzami, jak ś.p. Frank Zappa (requiem in pace), Ry Cooder, The Chieftains czy Kronos Quartet.
O zasłużonej sławie Huun Huur Tu – oraz innych muzyków z Tuwy – zadecydowała niewątpliwie niecodzienna technika śpiewu gardłowo-krtaniowego, za pomocą której wprawny artysta może równocześnie wydobyć nawet i cztery dźwięki równocześnie – co samo w sobie działa na wyobraźnię, a słyszane po raz pierwszy budzi coś na kształt fascynacji pomieszanej z trwogą. Kiedy słuchałem pierwszego utworu wykonanego przez muzyków a capella właśnie ową techniką, puściłem wodze fantazji i pomyślałem, że być może mamy tu do czynienia z jakimiś zachowanymi po dziś dzień pierwocinami lamaizmu, bo przecież powstał on właśnie w ten sposób, że indyjski z genezy buddyzm zderzył się z szamanistycznymi wierzeniami koczowniczych plemion azjatyckich stepów i gór. A zatem budzące grozę śpiewy lamów tybetańskich gdzieś w tych gardłowych zawodzeniach nomadów muszą mieć początek. 
Jak trudno zakwalifikować twórczość tego rodzaju – dobitnie pokazują etykiety przypinane na Zachodzie muzyce Huun Huur Tu, wśród których najbardziej zaskakuje określenie eastern heavy metal. Sugeruje ono, iż podobnie jak w przypadku ciężkiego rocka mamy do czynienia z muzyką, co tu dużo mówić, ekstremalną. Inną ważną cechą twórczości Huun Huur Tu jest jej specyficzna korzenność. Aktualnie na rynku muzyki folkowej, czy tzw. muzyki świata (world beat), można spotkać całkiem pokaźną liczbę zespołów i solistów z Tuwy, posługujących się gardłowo-krtaniowym śpiewem, jednak często pełni on funkcję li tylko egzotycznego ornamentu dodanego do typowo dyskotekowych fraz, podpartych sieczką automatycznej perkusji i „plastikowymi” brzmieniami syntezatorów. Na tym tle akustyczna, raczej surowa i dość minimalistyczna twórczość Huun Huur Tu zachowuje walor niepodważalnego autentyzmu.
Zaopatrzony w taką wiedzę, niecierpliwie wypatrywałem momentu rozpoczęcia misterium. Na scenę wyszło czterech mężczyzn, ubranych w stroje nasuwające skojarzenia z opisami czambułów tatarskich z trylogii Sienkiewicza, jednak zamiast broni i buńczuków przynieśli ze sobą delikatne w konstrukcji i wymagające nieustannego dostrajania instrumenty strunowe (na których gra się smyczkami przypominającymi łuki), jeden sporej wielkości bęben, dzban pełniący funkcje perkusyjne oraz zestaw służący do werystycznego naśladowania odgłosów końskich kopyt. Całości dopełniała z rzadka używana gitara akustyczna. 
Muzycy grali przez półtorej godziny i był to czas niezapomniany. Tematykę ich pieśni ktoś nadmiernie wyrafinowany mógłby uznać za monotonną: większość z zapowiadanych gardłową angielszczyzną opowieści stanowiły bowiem pełne uwielbienia portrety koni. Widać, że koczownicza krew nadal buzuje w żyłach mieszkańców tego graniczącego z Mongolią kraju, a konie są ich największą miłością. To – jak wierzę – odwzajemnione uczucie przejawiało się także i w sposobie grania: instrumenty smyczkowe pod wprawnymi rękami muzyków co chwila rżały, parskały i prychały, a wspaniale prezentujący się perkusista grał na bębnie w taki sposób, jakby łagodnie zachęcał do biegu umiłowaną klacz pełnej krwi.
Mnie osobiście jednak najbardziej przypadły do gustu te utwory Huun Huur Tu, które ujawniały szamanistyczne korzenie ich sztuki, a odnosiły się do natury oraz jej sił. Celem tej bardziej rytualnie brzmiącej muzyki jest przede wszystkim nawiązanie kontaktu z Ojcem Niebem, Matką Ziemią, zwierzętami, drzewami, minerałami. W pieśniach o górze (na głos solo), niepokojących wichrach (na trzy drumle plus bęben) czy tajdze – skupieni muzycy pokazywali, że są z naturą połączeni silnymi i pradawnymi więziami, nie tylko estetycznymi, lecz przede wszystkim egzystencjalnymi i duchowymi. Szczególne wrażenie wywarł na wszystkich utwór o tajdze, który ze zwykłego dziełka muzycznego przerodził się w hipnotyczny obrzęd zaklinania rzeczywistości, a odwieczny las uobecnił się na scenie wraz ze świętymi drzewami, ptakami, zwierzętami i opiekuńczymi duchami. Słychać było pohukiwania, kląskania, zawodzenia i skowyt wiatru, trzaski łamanych gałęzi i szum liści. Ba, niemal czuć było zapach żywicy, igliwia i wilgotnych mchów.
Sami muzycy okazali się bezpretensjonalnymi i otwartymi ludźmi, a gdy na końcu oznajmiono, iż dwóch z nich obchodzi w tym dniu urodziny – cała sala spontanicznie odśpiewała im „sto lat”. Bardzo dobrze się stało, że w czasach, gdy na rynku dominuje muzyka anglosaska, wcale spora publiczność w Krakowie, Poznaniu i Warszawie miała okazję zapoznać się z niesłychanie żywotną, a przy tym atrakcyjną tradycją wywodzącą się z zupełnie innej strefy kulturowej. Na szczęście istnieją jeszcze zapaleńcy, którzy potrafią zdecydować się na ryzyko – i zaprosić na koncerty kogoś tak niekonwencjonalnego jak zespół Huun Huur Tu. Chwała im za to. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl