Nagrody im. Księdza Józefa Tischnera

 

Bogda

 

WOJCIECH BONOWICZ

 

 

 

 

Pierwsze wspomnienie jest takie: pod blok pani Bogdy na krakowskim osiedlu Widok biegało się oglądać ubeków. Była połowa lat 80., ubecy wcale się nie kryli: przechadzali się pod oknami w dzień i w nocy, zaglądali do wnętrz zaparkowanych samochodów (zwłaszcza tych, które miały zachodnie rejestracje), stawali na trawniku pod balkonem i zadzierali głowy. Mieli poważne, obojętne twarze – prawdziwi „smutni panowie”. Nigdy jednak nie wchodzili do środka.
A gdyby weszli, co by zobaczyli? Któregoś dnia proboszcz poprosił mnie, żebym zaniósł pani Bogdzie list. Drzwi otwarł mąż, nieśmiało uśmiechnięty pan Jan. Buchnęła mieszanina zapachów: lekarstw, papierosów i kotów. Rzut oka wystarczył, żeby się zorientować, że to mieszkanie nie należy już do gospodarzy. We wszystkich pomieszczeniach stały sterty paczek: leki, ubrania, żywność. Paczki z konkretnym adresem i takie, które dopiero miały znaleźć adresata. Na pozostałej wolnej przestrzeni rządziły koty. Było ich wówczas kilkanaście.


OŚWIETLONE OKNO


Dary na adres Bogdany Pilichowskiej zaczęły przychodzić już w lutym 1982. Znała języki, miała przyjaciół we Francji i we Włoszech, więc po wybuchu stanu wojennego jej mieszkanie stało się naturalnym punktem kontaktowym: magazynem, urzędem pocztowym i hotelem; wszystko na 48 metrach. Nocowali u niej ci, którzy przywozili dary, i ci, którzy akurat nie mieli się gdzie podziać. Między paczkami leżała „bibuła”: informacja była równie pożądana jak leki czy ubrania. Bogdana chodziła na wszystkie „solidarnościowe” Msze, brała udział w manifestacjach. Kiedy ks. proboszcz Jan Franczak zapraszał na występy aktorów – wielkim wydarzeniem był zwłaszcza przyjazd Haliny Mikołajskiej – wieczór kończył się przyjęciem u niej lub któregoś z sąsiadów.
Sąsiedzi – w większości z tytułami naukowymi, bo to blok „profesorski” – zostali zaangażowani w pomoc bardzo szybko. „Nas poznał stan wojenny – wspomina mieszkająca piętro wyżej Barbara Mękarska, filolog-orientalista. – 13 grudnia wyszliśmy zdezorientowani na korytarz i zaczęliśmy rozmawiać. I tak to już poszło... Bogda nie miała telefonu, podawała mój numer, zresztą nie tylko mój, także kilku innych sąsiadów. Mieliśmy umówiony sygnał: kiedy ktoś dzwonił do Janka, waliłam tłuczkiem z moździerza w podłogę dwa razy, kiedy do Bogdy – trzy”. Telefony dzwoniły o różnych porach, bo życie u pani Bogdy zaczynało się po 23.00, a kończyło nad ranem. Samochody z darami często przyjeżdżały w nocy. Kierowcy przekazywali sobie wiadomość: „Pierwsze oświetlone okno, które zobaczysz wjeżdżając do Krakowa, to będzie okno Bogdany”.
W 1984 roku skontaktował się z nią Alain Michel z Lyonu. „Krążyła o nim romantyczna opowieść – wspomina zaprzyjaźniona z Bogdaną Janina Ochojska – że kiedy stał przygnieciony smutkiem na pogrzebie swojego ojca, podszedł do niego ksiądz i zapytał, czy Alain nie pojechałby do Polski jako kierowca ciężarówki z darami. I Alain się zgodził. A kiedy był już w Polsce, zobaczył nasze szpitale i uświadomił sobie, że za równowartość jednego papierosa można tu kupić dwa wenflony, zaczął działać”. Michel nawiązał kontakt z ks. Kazimierzem Jancarzem z Mistrzejowic, założył organizację „Amitié Pologne”, która zbierała dary dla Polaków, przywoził je ciężarówkami do Krakowa (a potem do Krakowa i Torunia) kilkanaście razy w roku. „Ja byłam od logistyki – opowiada Bogdana Pilichowska. – Francuzi informowali, co mają, a moim zadaniem było znalezienie wiarygodnych odbiorców. Byłam pełna podziwu dla ludzi – reprezentujących różne stany i profesje – którzy wyruszali na poniewierkę do zupełnie nieznanego kraju, znosili upokarzające, kilkudziesięciogodzinne postoje na granicy, byle tylko przyjść nam z pomocą”.
Musiała się nauczyć nowego „zawodu” i nowego rytmu życia. Z wykształcenia etnograf, nigdy nie pracowała na etacie: przez lata prowadziła badania wraz z mężem Janem Bujakiem, również etnografem, wykładowcą na UJ, pisywała artykuły o przeszłości Krakowa i historii obyczajów. Wieczory i noce spędzała chętnie w Piwnicy pod Baranami (na czterdziestolecie kabaretu wygłosi referat podczas sesji naukowej). Kraków nie miał dla niej tajemnic. Mieszkanie – jeszcze zanim pojawiły się w nim paczki – zdążyło się zapełnić książkami, teczkami pełnymi wycinków, pamiątkami. Teraz praca naukowa i zainteresowania musiały zejść na drugi, a nawet trzeci plan. „Logistyka” to był full-time job, prawdziwa harówka. Trzeba było nie tylko umieć pozyskiwać współpracowników (z tym akurat nigdy nie miała kłopotów), ale też na przykład odbyć przyspieszony kurs farmacji, żeby tłumaczyć ulotki dołączane do lekarstw. „W czasie jednego z wieczorów u Bogdany założyłyśmy »Stowarzyszenie Męczennic Alaina Michela« i złożyliśmy podpisy członków-założycieli na... ścianie – śmieje się Janina Ochojska. – W tej pracy nieraz trzeba było podpierać się nosem”.



KOTY I LUDZIE


Dziś wstydzimy się mówić, że ktoś ma dobre serce; wolimy powiedzieć np., że ma „instynkt pomocowy”. „Instynkt” pani Bogdany objawia się w tym, że z równą skwapliwością co o ludzi, troszczy się o zwierzęta i rośliny. „To niesamowite – mówi inna jej przyjaciółka, Barbara Tischnerowa – skąd ona wie o wszystkich kotach i psach porzuconych na osiedlu! Zbiera je, dokarmia... Kiedy ktoś wyrzuca na śmietnik doniczkę z uschniętym kwiatkiem, Bogda zabiera go do domu, chucha na niego i kwiatek zaczyna żyć. Pamiętam, jak raz zawołała mnie, żeby mi pokazać kwitnący w doniczce... mlecz. Była nim zachwycona, chciała koniecznie, żeby Tomek [syn, artysta-fotografik – przyp. red.] sfotografował go, nim przekwitnie”.
Paczek było coraz więcej; zajmowały już nie tylko mieszkania Bogdany i najbliższych sąsiadów, ale i wspólną suszarnię. Nie było w Krakowie szpitala, który by w tym czasie nie korzystał z darów „Amitié Pologne”. Ale zgłaszali się też indywidualni odbiorcy. „Kiedy rozniosło się, że mam kontakty z Francuzami – wspomina Bogdana Pilichowska – szybko zaczęły napływać prywatne prośby o leki. Zwracały się do mnie np. matki dzieci, które miały problemy z celiakią i musiały być na diecie bezglutenowej. Wtedy jedzenia bezglutenowego nie było, a dziecko, które chorowało na celiakię i dostawało normalne jedzenie, źle się rozwijało. »Amitié Pologne« odpowiedziało bardzo szybko i w każdym transporcie była ogromna partia odżywek bezglutenowych. Podobnie z dziećmi chorymi na mukowiscydozę. To choroba genetyczna, śmiertelna, przy której ważna jest zarówno bezglutenowa dieta, jak i specyficzne leki, które nie tyle leczą, co osłabiają tempo rozwoju choroby i dają dziecku większy komfort krótkiego życia. To był jeden z najcięższych kontaktów: dzieci z mukowiscydozą rzadko dożywają 18 lat. Strasznie długo trwało, zanim się z tym uporałam”.
Alainowi bardzo zależało, żeby ludzie, którzy wspierali „Amitié Pologne” we Francji, zobaczyli, jak żyje się w Polsce. Transportom darów zaczęły więc towarzyszyć autobusy „świadków”. „Na początku ustaliliśmy, że ci ludzie nie będą przez nas lokowani na żadnych zbiorowych noclegach, np. w klasztorach, tylko że pójdą do rodzin i zobaczą normalne życie. Dostawałam listę osób wraz z informacjami o wieku, płci, profesji i zainteresowaniach i zaczynała się wielka łamigłówka, jak to podzielić, żeby np. lekarze trafili do lekarzy. To był wspaniały pomysł. Wielu z tych ludzi – pod wpływem tego, co zobaczyli – już na zawsze zostało w »Amitié« lub założyło w swoich miejscowościach podobne misje”.
Drzwi w mieszkaniu pani Bogdany prawie się nie zamykały. Spotykali się tu działacze podziemnej „Solidarności” i zachodni dziennikarze, polscy i francuscy przyjaciele, wolontariusze i ciekawscy. Coraz mniej było czasu na sen. „Od rana do nocy ludzie przychodzili, przepraszali, zostawiali receptę, ja wysyłałam zamówienie najbliższym transportem, leki przyjeżdżały, trzeba było pisać listy, żeby umówić się z odbiorcami”. Spiętrzenie pracy pani Bogdana przypłaciła w 1987 roku zawałem. Okres przymusowego odpoczynku trwał jednak zaledwie kilka miesięcy. „W 1988 pojechałam do Francji, żeby zobaczyć, jak to jest zorganizowane od tamtej strony. Przez trzy tygodnie robiłam to, co oni – uczyłam się zbierania, sortowania i pakowania leków – żeby móc ludziom powiedzieć, jakiej to pracy wymaga. Że to nie spadło z nieba”.



„KRZESNA MATKA”


Rok 1989 to przełom pod każdym względem – także przestrzeni. Mieszkanie wreszcie pustoszeje; to znaczy znikają paczki, bo pielgrzymki ludzi – szukających pomocy i pomagających – nie ustają. Wraz z Alainem Michelem, Janiną Ochojską i prof. Zbigniewem Chłapem pani Bogdana rejestruje polską Fundację EquiLibre, żeby robić to samo, ale już oficjalnie i na większą skalę. Nie potrafi jednak – jak sama mówi – „wyjść szerzej”, woli pozostać na własnym podwórku. Rok później pod auspicjami osiedlowego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” tworzy aptekę darów. Przychodnia oddaje do dyspozycji apteki swoje piwnice. Profesorowie i docenci zbijają regały, wolontariuszki z Komitetu rozkładają na nich lekarstwa: osobno „brzuchy”, osobno „moczopłciowe”, osobno „gęba/zęby” itd. „Komitet Obywatelski nie miał osobowości prawnej, myśmy się nigdy nie zarejestrowali. Ilekroć więc przychodziły transporty, musiał je nam ktoś odbierać. Było mnóstwo organizacji, które chętnie to robiły. W krakowskiej Caritas była siostra Felicyta, maleńka serafitka, która zawsze jechała z nami na cło. Kiedy brakowało jakichś papierów, niebieskie oczęta siostrzyczki mówiły: »Niemożliwe! Gdybym wiedziała, to bym nie dopuściła, żeby brakowało, ale mam nadzieję, że pan kierownik mnie przepuści«. Albo przychodziła do urzędu celnego z jakąś gardłową sprawą i mówiła do dyrektora: »Och, żeby pan dyrektor wiedział, jak ja się za panem stęskniłam!«. I jakoś szło”.
Nie można było jednak działać w ten sposób w nieskończoność: ludzie z osiedla założyli Stowarzyszenie Pomocy Obywatelskiej im. Anny Fiszerowej, które przejęło opiekę nad apteką (patronką została polska emigrantka, żołnierz AK, która wspierała działalność „Amitié Pologne” w Grenoble). Dziś stowarzyszenie nie tylko kontynuuje akcje zaczęte w latach 80., ale wysyła pomoc (leki, wózki, sprzęt medyczny) na Ukrainę. Żeby wesprzeć tę działalność, ks. Józef Tischner, który zawsze mówił do pani Bogdany z szacunkiem: „Krzesna matko”, przeznaczył dla Stowarzyszenia cały dochód ze swej ostatniej książeczki – „Pomoc w rachunku sumienia”.
Charakter apteki darów nie zmienił się przez dwanaście lat. Dary nadal płyną z Francji, od osób, które przed laty przeżyły „polską przygodę”. Kilkugodzinny dyżur, podczas którego realizuje się nawet do 500 recept, poprzedza żmudne sortowanie i opisywanie leków. Wszyscy – także zawodowi farmaceuci – pracują społecznie. „Bogda wymogła na nas, żeby nie było nikogo na etacie – opowiada Barbara Mękarska. – Myślę, że m.in. dzięki temu to istnieje”.
„Mamy dość stały zestaw klientów – opowiada pani Bogdana zapalając kolejnego papierosa. – To są najczęściej renciści albo emeryci. Dla nich właściwie nigdy nie było dobrego czasu. Najpierw apteki państwowe świeciły pustkami. Teraz leki się pokazały, ale są bardzo drogie. Myśmy robili kalkulacje kosztów leczenia osoby, która jest poważnie chora i musi zażywać regularnie trzy specyfiki. Wychodziło, że na życie zostawałoby jej coś naprawdę śmiesznego. Nie wszystkim możemy pomóc, bywa, że ktoś zdesperowany czeka na jakiś lek, a ten lek nie nadchodzi. Ale często zdarza się nam słyszeć: »Żyję tylko dzięki wam«”.
„Bogda jest ciepła i stanowcza, delikatna i uparta” – mówią jej przyjaciele. „Potrafi się pięknie wkurzyć” – dodają inni. „Ma w sobie coś takiego, że kiedy prosi, nie sposób odmówić”. Podczas tegorocznego „jajeczka” w aptece, jeden z kolegów, przedstawiając „szefową” biskupowi Kazimierzowi Nyczowi, nazwał ją „ojcem naszego stowarzyszenia”. Wszyscy się roześmieli, ale potem przyznali, że nie minął się z prawdą...
„Nie wystarczy chcieć pomóc, nie wystarczy wiedzieć jak, trzeba jeszcze nie bać się pomagać – pisała w 1994 roku na łamach „TP”. – Bywa przecież, iż rezygnujemy z pomocy w obawie, że nasz gest może dotknąć, że zostaniemy potraktowani jak natręci, albo że zaofiarowanie pomocy uwikła nas w trudną sytuację, pozbawi psychicznego komfortu, który daje życie w nieświadomości rozgrywających się obok tragedii. Każdy z nas jest stawiany przed takimi decyzjami wielokrotnie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a nierzadko już po fakcie nie może sobie wybaczyć, że nie zareagował. Pomoc drugiemu to umiejętność, której uczymy się całe życie”. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl