Nowa integracja w czasach chaosu

 

KLAUS BACHMANN z Rotterdamu

 

 

Polityków typu Francuza Le Pena, Austriaka Haidera czy zamordowanego właśnie Holendra Pima Fortuyna zwykło się określać dwoma wspólnymi epitetami: „skrajna prawica” i „populizm”. Ta klasyfikacja niewiele jednak wyjaśnia, świadcząc o bezradności analityków wobec zjawisk nowych i poważniejszych niż to się na pozór wydaje.


 

 

Maleńki plac w pobliżu dworca kolejowego w Rotterdamie przypomina kościół św. Stanisława Kostki w Warszawie po zamordowaniu ks. Popiełuszki: zalany kwiatami i plakatami, wywieszonymi na płotach ogródków, przybitymi do drzew, naklejonymi na kosze na śmieci. Tłum składający kondolencje jest tak wielki, że musi nim kierować policja. A ludzie przychodzą ciągle, w milczeniu, z pustką w twarzach. Składają wiązanki róż i tulipanów na chodniku przed domem Wilhelmusa Petrusa Simona Fortuyna, znanego jako Pim Fortuyn. Holenderskiego polityka, zastrzelonego przez (najprawdopodobniej) radykalnego działacza ruchu ochrony środowiska.
„Niech pan idzie dalej, skoro pan z prasy – mówi policjant, stojący przy stoliku campingowym, na którym można złożyć kondolencje. – Przed domem jest czerwony plakat. Piękny. Musi pan zobaczyć”. Plakat wisi na płocie sąsiedniej willi. „Ministrze Kok – tak anonimowy autor zwraca się do urzędującego premiera – jak mam wytłumaczyć moim dzieciom, że Pim Fortuyn został zamordowany, bo mówił prawdę?”. Wśród setek listów pożegnalnych, przeważnie pisanych ręcznie i wierszem, nie ma akcentów ksenofobicznych. Są smutek, złość i desperacja. Czasem aluzje do krążących płotek o lewackiej konspiracji w celu zamordowania Fortuyna – albo o „winie polityków i mediów”, które miały zaszczuć znanego polityka, nazywając go „faszystą”.



PARADOKSALNA POPRAWNOŚĆ 


Ostatnie tygodnie były podwójnym szokiem dla Holandii, jej establishmentu i systemu politycznego, uważanego za jeden z najstabilniejszych w Europie. Jeszcze w ubiegłym roku, gdy premier Wim Kok – socjaldemokratyczny szef rządzącej od 8 lat koalicji liberalno-socjalistycznej – ogłosił rezygnację z ubiegania się o kolejny mandat w wyborach, wydawało się, że to koniec epoki. Epoka ta zaczęła się od wielkich reform systemu socjalnego i rynku pracy, które dały Holandii najniższe w Europie bezrobocie, nadwyżkę budżetową, kwitnącą gospodarkę i z politycznego karła uczyniły gospodarczego giganta. W innych krajach reformy takie prowadziły do protestów. W Holandii zostały przeprowadzone po cichu, po żmudnych pertraktacjach z każdym zainteresowanym i niekończących się debatach, których celem było osiągnięcie konsensu. 
Konsens, czyli powszechna zgoda: to pojęcie w Holandii urosło do rangi niemal konstytucyjnej. W ten sposób integrowano niemal każdą opozycję, kryminalizując zarazem tendencje, które nie dały się integrować. Granica przebiegała między stwierdzeniem, że Holandia jest „pełna” (pewien polityk chadecki odpowiadał za to sądownie, za „podjudzanie do nienawiści etnicznej”) a niekaralnym już zdaniem, iż „w Holandii jest ciasno”. Latami nie można było otwarcie dyskutować o związkach między imigracją a przestępczością, nie narażając się na bojkot publiczny, a nawet sankcje karne.
„System polityczny Holandii i tutejsza »polityczna poprawność« były zjawiskami paternalistycznymi – twierdzi amsterdamski politolog Meindert Fennema – i jako takie nie miały już racji bytu w społeczeństwie, które się coraz bardziej indywidualizuje. Istnieje przepaść między życiem codziennym ludzi, którzy ponoszą coraz większą odpowiedzialność za swe decyzje, a establishmentem politycznym, który próbuje za nich decydować, a swe decyzje opiera na opinii jakichś gremiów i podejmuje je w zaciszu gabinetów. Fortuyn miał tę zasługę, że spowodował, iż ludzie zaczęli znów dyskutować w tramwajach o polityce. To pozytywne. Nasza political correctness miała w istocie coś bardzo paternalistycznego, ubezwłasnowolniającego”. Mówi to politolog, który nie kryje sympatii dla zwalczających Fortuyna holenderskich Zielonych.
W tej sytuacji popularność Fortuyna – który z niczego założył partię i wygrał wybory komunalne w Rotterdamie, tworząc największą frakcję w radzie miasta – była szokiem dla establishmentu. Nigdy wcześniej polityk odwołujący się do lęków przed imigrantami i przestępczością nie odniósł takiego sukcesu. Holendrzy przyzwyczaili się do podobnych zjawisk w RFN, Francji czy Austrii – ale tu wydawały się one wykluczone. Ten kraj uchodził za oazę tolerancji. 
Drugi szok, to pierwszy od 300 lat w Holandii mord polityczny. Porównać to można z zamachem na prezydenta Narutowicza, choć przed tym mordem atmosfera w Holandii była znacznie spokojniejsza niż w Polsce roku 1922. Fortuynowi nikt nie zarzucał zdrady stanu. Mimo że był on dandysem, obnoszącym się ze swym homoseksualizmem, uwielbiał prowokacje i kreował się na outsidera – to jednak był zjawiskiem bardzo holenderskim. 


WSPÓLNY MIANOWNIK?


W tym sensie Fortuyna można porównać do Austriaka Haidera: u źródeł ich sukcesów leżały hermetyczne, paternalistyczne systemy polityczne, oparte na zawieraniu zakulisowych kompromisów, na dążeniu do konsensu w gronie establishmentu, co obywateli pozbawiało wglądu w mechanizmy decyzyjne. Sukces obu polityków wynikał ze słabości lewicy – zbiurokratyzowanej, stającej się coraz bardziej lobby „sfery budżetowej”, zostawiającej potencjalne i rzeczywiste ofiary rynku, globalizacji czy modernizacji partiom zwanym populistycznymi. W ostatnich wyborach w Austrii (1999 r.) więcej robotników głosowało na Haidera niż na socjaldemokratów. Haiderowi pomogła złość na skorumpowane elity lewicowe. 
W Holandii na sukces Fortuyna pracowała ignorancja rządu wobec rosnącej frustracji obywateli, wynikającej z niesprawności państwa opiekuńczego: w Holandii na operację w szpitalu czeka się tak długo jak w Polsce, do tego dochodzą olbrzymie korki na autostradach, ciągłe spóźnienia rozrywanych przez różne układy kolei państwowych, rachityczny system edukacji itd. Rząd Koka zlekceważył też wpływ wydarzeń z 11 września ub.r. na społeczeństwo. Gdy władze Niemiec zalały Bundestag projektami ustaw, których celem jest poprawa bezpieczeństwa wewnętrznego, a lewicowy szef niemieckiego MSW Otto Schily awansował na mistera security, rząd Koka bronił swego ministra sprawiedliwości – polityka nieudolnego i śmiesznego, który narkotykowych kurierów, aresztowanych na lotnisku, kazał zwalniać z powodu... braku miejsc w więzieniach. Po 11 września nie było w Holandii nikogo, kto „obsadziłby” temat bezpieczeństwa obywateli równie przekonująco jak Schily w Niemczech. 
Na tym jednak wyczerpują się podobieństwa między Fortuynem a politykami, określanymi jako skrajnie prawicowi lub populistyczni. Le Pena, Haidera, Filipa Dewintera (szefa flamandzkiego Vlaams Blok) z enfant terrible holenderskiej polityki łączyło to, że wykorzystali ignorancję swych przeciwników w tematach „bezpieczeństwo i imigracja”. Haiderowi i Fortuynowi pomógł też przestarzały system polityczny, konserwujący mechanizmy, które stały się zbędne i są sprzeczne z otwarciem rynku – w Austrii na skutek wstąpienia do UE, a w Holandii przez globalizację i rygory Unii Monetarnej (poprzedzającej wejście euro – red.). 
Powtórzmy: tu podobieństwa się kończą. Używany dziś chętnie epitet „skrajna prawica” lub „populizm” dla określenia zjawiska Le Pena, Fortuyna czy Haidera bardziej świadczy o bezradności analityków niż o cechach tych polityków – oraz o motywach ich wyborców. 


BUNT BOGATYCH 


Próby rehabilitacji ponurej przeszłości, związanej z niemieckim nazizmem, były obecne w kampaniach wyborczych i Haidera (jego wizyty u weteranów SS, niegdysiejsze aluzje do idei wielkoniemieckich, pochwały dla hitlerowskiej polityki zatrudnienia) i Le Pena (odwołania do symboliki kolaborującej z Hitlerem Francji Vichy, bagatelizowanie zagłady Żydów), i Vlaams Blok (który do dziś walczy o... amnestię dla kolaborantów z czasów II wojny światowej). Odwołań takich brakuje natomiast kompletnie wśród zwolenników Fortuyna. To samo dotyczy haseł antyrynkowych lub antykapitalistycznych, które w Holandii – gdzie antyglobalistów można szukać ze świecą – nie miałyby żadnych szans. 
Typowy wyborca Fortuyna to nie zdezorientowany i zagrożony utratą pracy wielkomiejski robotnik (jak w przypadku Haidera i Le Pena), lecz mieszkaniec podmiejskiego domu jednorodzinnego z zachodniej, bogatej części Holandii. Sukces Fortuyna i jego dawnych zwolenników z ruchu Leefbaar Nederland („Holandia nadająca się do życia”) ktoś określił jako „bunt mieszkańców podmiejskich willi” – tu nie ma żadnego porównania z bazą wyborczą Le Pena i Haidera. 
Nowa prawica – powstająca lub rosnąca poza obrębem prawicy tradycyjnej, przeważnie chadeckiej – bardziej korzysta na niepowodzeniach i błędach lewicy, niż na słabości tradycyjnej prawicy. Pokazał to przykład Austrii, gdzie chadecja (Partia Ludowa, ÖVP) mniej więcej utrzymała stan posiadania. Potwierdza to też Holandia, gdzie chadecy mają dość stabilne poparcie, mimo sukcesów Fortuyna. Sukces Le Pena, który dostał się do drugiej tury wyborów prezydenckich – wywołując szok republikańskiej opinii publicznej nad Sekwaną – także wynikał bardziej z fatalnej strategii lewicy, która wystawiła kilku zwalczających się kandydatów; sam przyrost poparcia dla Le Pena nie był wcale oszałamiający. 
W Holandii system zakulisowych kompromisów odizolował elitę polityczną od realnych zmian społecznych. Jeśli wkrótce w holenderskim parlamencie znajdzie się spora grupa nowych i niedoświadczonych posłów, wybranych na znak protestu po śmierci Fortuyna, to nastąpi nieco żywiołowe „przewietrzenie” elity politycznej, dotąd blokowane przez istniejący system władzy.


NOWA PRAWICA – I INTEGRACJA 


Jak dotąd wszystkie próby neutralizowania tej nowej prawicy zawiodły. W Belgii partie tradycyjne otaczają Vlaams Blok kordonem sanitarnym, odmawiając współpracy z nim nawet w radach gmin. Jego popularności to nie zapobiegło: według sondaży Vlaams Blok dostałby dziś w Flandrii 2 procent więcej niż w 1999 r. Mniej rygorystyczny „kordon” na szczeblu ogólnokrajowym nie zatrzymał też Le Pena. 
Socjolog z Antwerpii i specjalista od zjawiska „alienacji politycznej” Peter Thijssen mówi, że taki kordon może być kontrproduktywny: „Izolacja Vlaams Blok często utwierdza jego jednorazowych wyborców, że nie mają wpływu na politykę, po czym stają się stałymi wyborcami Bloku”. 
Prawdopodobnie ta nowa prawica – mniej lub bardziej radykalna, demagogiczna i ksenofobiczna – nie jest w Europie zjawiskiem przejściowym. Najlepszy na razie sposób na jej neutralizację to jej integracja: tak jak AWS integrował (do pewnego momentu) środowisko Radia Maryja, LPR i część sympatyków Leppera, niemiecka chadecja neutralizowała skrajną prawicę (za pomocą swego „skrzydła narodowego”), a hiszpańska Partido Popular starych frankistów. Z kolei partia Haidera na uczestnictwie we władzy także traciła. 
Zasadne jest jednak pytanie, czy integrowane w taki sposób partie są jeszcze w stanie kanalizować protest przeciw establishmentowi – i czy nie oddają pola innym, bardziej groźnym ruchom. Nieprzypadkowo w ostatniej dekadzie akty przemocy wobec „obcych” (obcokrajowców, mniejszości, imigrantów) pojawiały się głównie tam, gdzie tendencje ksenofobiczne nie mogły znaleźć ujścia w obrębie partii legalnych. Tak było na początku lat 90. w Niemczech (gdzie skrajna prawica jest rozbita). Z kolei przez Holandię – gdzie skrajnej prawicy w ogóle nie było, a tendencje ksenofobiczne zwalczano niejako „urzędowo” – zaraz po 11 września przetoczyła się fala podpaleń meczetów i ataków na instytucje islamskie. Zaś we Francji i Belgii, gdzie partie reprezentujące ksenofobiczne odłamy społeczeństwa istnieją, było spokojnie.
Socjolog Thijssen ostrzega przed poglądem, że rozwój nowej prawicy da się łatwo zastopować. Jego zdaniem nie wystarczy, by lewica przestała popełniać błędy i „zagospodarowała” takie tematy jak bezpieczeństwo i imigracja. „Za sukcesem tych partii leżą głębokie zmiany hierarchii wartości w społeczeństwie, rozpad tradycyjnej wielopokoleniowej rodziny, sekularyzacja, utrata dawnych autorytetów oraz orientacji, wreszcie indywidualizacja społeczeństwa – podkreśla Thijssen. – Ten proces trwa od dziesięcioleci, tak samo jak wzrost poparcia dla ruchów, które oferują ludziom taką właśnie polityczną integrację, w miejsce ich dawnej integracji społecznej”.


Dr Klaus Bachmann, historyk i politolog, był w latach 1988–2001 korespondentem prasy niemieckiej w Polsce. Ostatnio wydał: „Ein Herd der Feindschaft gegen Rußland” (o roli Galicji przed 1914 r.) i „Polens Uhren gehen anders. Warschau vor der Osterweiterung der EU” (o integracji Polski z UE).

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl