Co przyniósł Kubie kres „zimnej wojny”


„Hasta la victoria!”

Marcin Żurek z Miasta Meksyk



Od dawna już nie było w Ameryce Łacińskiej podobnego skandalu: Fidel Castro zagroził meksykańskiemu prezydentowi Vicente Foxowi zerwaniem stosunków dyplomatycznych, obrażając następnie kilku prezydentów regionu, co skłoniło Urugwaj do zerwania stosunków z Kubą. Czy to kolejny wybryk comandante? Czy może raczej odsłona gry wokół Kuby, w której punktem odniesienia dla jej uczestników są zawsze Stany Zjednoczone?



Powodem gniewu Castro było złożenie przez Urugwaj – jego prezydenta Jorge Battle kubański przywódca nazwał „gównianym Judaszem” i „lokajem USA” – na forum komisji ONZ w Genewie projektu rezolucji, przyjętej następnie przez komisję i potępiającej brak wolności na Kubie. Z kolei stosunki Meksyku z Hawaną zaczęły się psuć po objęciu władzy przez Foxa, który jako pierwszy meksykański prezydent mówi o łamaniu praw człowieka na Kubie. 
Dyplomatycznie skrywane dotąd irytacje Castro ustąpiły otwarcie wyrażanej wściekłości po tym, co wydarzyło się kilka tygodni temu w Monterrey, na konferencji ONZ poświęconej ubóstwu w świecie. Doszło tam do skandalu dyplomatycznego, którego Castro był bohaterem, a który pokazuje złożoność stosunków kubańsko-amerykańskich w rzeczywistości „post-zimnowojennej” – i pośrednio zwraca uwagę na zmiany w polityce Kuby w ostatnim czasie.
Tuż przed pojawieniem się w Monterrey prezydenta Busha, przybyły tam wcześniej Castro w kilkuminutowym zaledwie przemówieniu zakwestionował ideę konferencji, twierdząc, że próbuje rozwiązać problem nędzy przez „upokarzającą jałmużnę”. Następnie ogłosił, że „szczególna sytuacja, wynikająca z jego nieobecności”, zmusza go do powrotu do Hawany – i ku powszechnej konsternacji wyszedł z sali (odnosząc się do perspektywy spotkania z Bushem z lekceważeniem, silnie podkreślonym mimiką i intonacją).
Ten nagły wyjazd mógł się brać z nacisków Waszyngtonu: niedawno Castro ogłosił – rzecz w dyplomacji niespotykana – zapis swej poufnej rozmowy telefonicznej z Foxem, w której Fox prosił go o wcześniejsze niż planowano opuszczenie Monterrey. W rozmowie Castro przystał na propozycję, dodając, że jest ona „elegancka”, i że pozostają z Foxem „przyjaciółmi”; teraz twierdzi, że został brutalnie wyproszony. Pozwala to sądzić, że cały skandal wynika po części z osobliwych kalkulacji Hawany i jej pokrętnej taktyki tak wobec Meksyku, jak i USA. Castro nie opuszcza bowiem żadnej okazji, by zwrócić uwagę świata na represje amerykańskie wobec Kuby. A poza tym ujawnienie rozmowy z Foxem było bez wątpienia reakcją na poparcie Meksyku dla Urugwaju na genewskim forum ONZ. 

REWOLUCJA NA EKSPORT 

Przed rokiem 1989 głównymi produktami eksportowymi Kuby były cukier – i rewolucja. W czasach „zimnej wojny” Hawana zaangażowana była w konflikty w Afryce, na Karaibach i w Ameryce Łacińskiej. Idea „rewolucji na eksport”, wsparta o polityczny mesjanizm i eschatologię socjalizmu, zniknęła w latach 90. Wówczas też skończył się długi okres dyplomatycznej izolacji Hawany w Ameryce Łacińskiej – przedtem jedynym krajem, który utrzymywał nieprzerwanie stosunki z rewolucyjną Kubą, był Meksyk. W polityczno-historycznym paradoksie kryzys nastąpił w chwili, gdy Kuba na nowo zaczyna funkcjonować w polityce latynoamerykańskiej.
Kontekst geopolityczny, a nawet ideologiczny, w jakim funkcjonuje Kuba, jest dziś inny niż przed 1989 r. Rozkład dawnej struktury geopolitycznej zmienił politykę zagraniczną Kuby. W świecie nie ma już kubańskich guerrilleros i wojskowych „doradców”, a budżet armii zredukowano dziesięciokrotnie. Castro porzucił ideę panamerykańskiej rewolucji i starał się budować przyjazne relacje z regionem. Jako że Kuba nie ma szans na przetrwanie w politycznej próżni, po upadku ZSRR musiała zwrócić się ku Ameryce Łacińskiej, wznawiając stosunki dyplomatyczne i gospodarcze, zerwane w niektórych przypadkach jeszcze w 1959 r. 
Dzisiaj Hawana działa w Asociación de Estados del Caribe (Zrzeszeniu Państw Karaibskich, AEC), które ekonomicznie i strategicznie związane jest z Grupo de los Tres (Meksyk, Wenezuela i Kolumbia). Uczestnictwo w AEC pozwoliło Kubie na zbliżenie z państwami Ameryki Środkowej, np. z Nikaraguą, z którą stosunki ochłodziły się po upadku sandinistów w końcu lat 80. 
Akceptacja dla ponownego zaangażowania Kuby w regionie była w Ameryce Łacińskiej do niedawna tak silna, że milczeniem pomijano brak swobód obywatelskich na wyspie i konieczność demokratyzacji jej struktur politycznych, oraz zamiłowanie comandante do międzynarodowych skandali. Dziś Ameryka Łacińska traci z wolna cierpliwość: coraz częściej mówi się o ponownej izolacji wyspy. 

RETORYKA I WSPÓŁPRACA

Włączanie Kuby w struktury polityczne kontynentu wiąże się często z opozycją wobec dominującej pozycji USA. Takie było tło zbliżenia Kuby i Wenezueli, po objęciu władzy w Caracas przez Hugo Chaveza. Jego manifest („boliwaryzm”) wsparty jest o idee narodowej suwerenności i regionalnej autarkii, a dążenie do niezależności od wpływów USA i międzynarodowych instytucji finansowych czynią z niego naturalnego partnera Castro. Obaj, Castro i Chavez, mówią o stworzeniu politycznego bloku jako alternatywy wobec „proamerykańskich rządów neoliberalnych”.
W ostatnich latach zmieniła się też polityka gospodarcza Kuby. W 1995 r. uchwalono ustawę, dopuszczającą inwestycje zagraniczne we wszystkich sektorach z wyjątkiem edukacji, szkolnictwa i obronności. Ustawa zezwala inwestorom zagranicznym na stuprocentową kontrolę nad firmami, co nie jest możliwe np. w liberalnym Meksyku. 
Wiele zmieniło się również w stosunkach Kuby z USA – po to tylko jednak, by wszystko zostało po staremu. Można wręcz odnieść wrażenie, że obie strony cierpią na polityczne rozdwojenie jaźni. Incydent z Monterrey na pozór tylko mieści się bowiem w logice 40-letniego konfliktu. W istocie jednak powinien budzić zaskoczenie, bo stosunki kubańsko-amerykańskie nie są dziś takie, do jakich świat przez lata przywykł. Wrogość obu rządów to anachroniczny refleks odległego już porządku świata. Jednak mimo jej „muzealności” nie jest ona zaledwie historyczną abstrakcją, lecz tym elementem wzajemnych stosunków, który najsilniej kształtuje ich obraz. Jest to obraz powierzchowny, ale podtrzymywany przez obie strony, w zastanawiającej trosce o stereotyp.
Rządy Kuby i USA łączą bowiem kontakty bliższe i bardziej rzeczowe niż się zazwyczaj sądzi – choć obie strony czynią wszystko, by zataić je przed opinią publiczną. Zmiany nastąpiły jeszcze za Busha-ojca i Clintona, kiedy zaczęto przedkładać pragmatyczne korzyści ze współpracy nad manifesty nienawiści. Załagodzono konflikt o amerykańską bazę w Guantánamo; jej dowódcy spotykają się regularnie z oficerami kubańskimi, wymieniając np. informacje o manewrach, by uniknąć incydentów. Amerykanie usunęli miny otaczające bazę, zastępując je elektronicznymi detektorami, mającymi nie tyle chronić przed atakiem, co uniemożliwić dostęp „osobom nieupoważnionym”. Podjęto wspólne wysiłki dla uregulowania kwestii migracyjnych i ograniczenia handlu narkotykami. Ponadto amerykańskie prawo nie zabrania już tak bezwarunkowo jak kiedyś prowadzenia interesów na wyspie.
Pragmatyczna wola współpracy jest silniejsza niż prawo. W 1996 r. USA uchwaliły wymierzoną w Castro tzw. ustawę Helmsa-Burtona. Wkrótce jednak zawieszono dwa z jej artykułów. Dwa kolejne nie mają ze swej natury mocy praktycznej i wyrażają raczej polityczne pragnienia niż rzeczywistość legislacyjną (odnoszą się do sytuacji po odejściu Castro). Ustawa jest więc głównie manifestem dezaprobaty wobec kubańskiego reżimu.

KOMU SŁUŻY „ZIMNA WOJNA”

Jakie są zatem przyczyny tej (częściowo pozorowanej) niechęci, z którą kojarzą się relacje USA-Kuba? Może w granicach rozsądku jest ona obu stronom potrzebna? 
Wyrazy wrogości nie są jedynie płynącym z historycznej inercji refleksem minionej epoki. Castro wie, że otwarte starcie z USA to samobójstwo, nie leży więc w jego interesie prowokowanie Stanów. Jednak sprawnie wykorzystuje on dialektykę kontrolowanej nienawiści, bo wrogość tak ze strony jak i wobec USA zapewnia mu poparcie społeczne. W końcu jego reżim zawsze opierał się na umiejętnie podsycanej fobii przed „imperialistyczną i brudną polityką USA”. 
Owa fobia także jest reliktem – ale nadal politycznie funkcjonalnym. Długowieczność kubańskiej dyktatury płynie w dużej mierze z impulsu patriotycznego, z nacjonalistycznie nacechowanej dumy Kubańczyków. One to niegdyś doprowadziły do zwycięstwa rewolucji – i do dziś skłaniają społeczeństwo do wyrzeczeń „w imię ojczyzny”. W jaki sposób mógłby Castro utrzymać poparcie sporej części rodaków, gdyby nie wierzyli oni, że ojczyzna jest zagrożona imperialistycznymi ambicjami USA? Także kryzys gospodarczy łatwiej jest tłumaczyć amerykańskimi sankcjami, które „zwalniają” reżim od odpowiedzialności za biedę. Jeśli słuszna jest logika tego argumentu, uznać można, że to USA są najważniejszym „sojusznikiem” Castro – i że to polityka Waszyngtonu przyczynia się dziś do jego przetrwania tak, jak kiedyś wsparcie ze strony Moskwy. 
Z kolei George Bush musi liczyć się z najbardziej nieprzejednanymi kołami waszyngtońskiej polityki i społecznością kubańskich imigrantów, której poparcie straciłby z chwilą podjęcia otwartej współpracy z Castro. Nie wzbrania się zatem przed nią, ale nie może zasiąść z comandante przy jednym stole, by nie odebrano tego jako pojednawczego gestu. 
Tak więc napięte – czasem tylko na pokaz – stosunki nie biorą się jedynie z realnych konfliktów, ale są w znacznej mierze funkcją polityki wewnętrznej obu stron. Współpraca jest często na rękę i Hawanie, i Waszyngtonowi – ale w ich interesie leży także maskowanie jej pozorami nienawiści. Bush i Castro potrzebują „zimnej wojny”: pierwszy w obawie przed irytacją pewnych kręgów społecznych, drugi dla legitymizacji swych rządów.

FIDEL DO ŚMIERCI 

W obu przypadkach ofiarą tej cynicznej pragmatyki jest społeczeństwo Kuby, bo to ono ponosi koszty amerykańskiego ostracyzmu wobec Castro i płaci za jego niewzruszoną wiarę w rewolucyjny slogan: „Hasta la victoria – siempre!” (do zwycięstwa – aż po kres). O ile ze wszech miar słuszna jest więc opozycja wobec opresyjnej dyktatury Castro, to – z punktu widzenia praw człowieka – w równym stopniu wzbudzać powinna sprzeciw amerykańska blokada wyspy. Oficjalną politykę USA wobec Kuby cechuje bowiem nadzwyczajna sztywność i brak świadomości, że przynosi ona skutki przeciwne jej założeniom, jest taktycznie bezużyteczna i etycznie wątpliwa. A wszystko w imię przekonania, że to USA są ostateczną instancją, która decyduje o losach światowej polityki i gospodarki – nawet jeśli skutki takiej postawy są, jak w tym przypadku, fatalne. 
Szkoda więc, że gdy genewska komisja praw człowieka ONZ po raz kolejny potępiła jedynie łamanie praw człowieka na Kubie, ani słowem nie odniosła się do skutków polityki USA. Łamania zasadniczych praw ludzkich nie usprawiedliwia nic. Ale też nie sposób uzasadnić dziś politycznie i etycznie blokady wyspy, której koszty ponosi nie reżim, ale społeczeństwo, któremu owa blokada ma jakoby służyć.
Kuba jest dziś inna niż przed 10 laty, ale próżno byłoby liczyć na przełom. Castro nie odżegna się od idei socjalistycznej rewolucji – także dlatego, że przekreśliłoby to całą jego biografię. Wyrazem – i to aż nazbyt stanowczym – jego oporu wobec głębszych przemian były choćby wyroki śmierci, wydane w 1989 r. na kilku wysokich oficerów i funkcjonariuszy kubańskiego MSW, którzy wierzyli, że reformy Gorbaczowa stworzyły korzystny kontekst dla demokratyzacji. 
Fidel będzie zapewne rządzić do śmierci. Nikt nie wie, czy i jak zmieni się potem Kuba, czy i jak szybko odrzuci tradycje partyzancko-rewolucyjne, mentalność antyimperialnych koalicji i „zimnej wojny”. Ale odejście Castro jest warunkiem prawdziwych reform – oraz pełnoprawnego uczestnictwa Kuby w polityce światowej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl