Nie publikowany wywiad z ks. prof. Józefem Tischnerem

 

Bo ja jestem od filozofii...

 

Rozmawiała ANNA KAROŃ-OSTROWSKA

 



ANNA KAROŃ-OSTROWSKA: – Kiedy otrzymywał Ksiądz święcenia w czerwcu 1955 roku, był to już schyłek, a właściwie koniec stalinizmu... 
KS. JÓZEF TISCHNER: – Ale my jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Każdy biskup, każdy proboszcz przed objęciem probostwa składał władzy ludowej przyrzeczenie lojalności. Nawet my, księża tuż po święceniach, byliśmy zapraszani do Wydziału ds. Wyznań na rozmowy. Dla mnie było to bezbolesne, bo okazało się, że dyrektorem wydziału jest mój kolega, z którym byłem na jednym roku na prawie. Rozmowa była zupełnie nieurzędowa – mówiliśmy o wspólnych znajomych. 
– Musieliście podpisywać jakieś zobowiązania? 
– Już teraz nie pamiętam, ale wiem na pewno, że koledzy z wcześniejszego rocznika musieli.
– Z jaką formacją duchowo-intelektualną wyszedł Ksiądz z seminarium?
– Pamiętajmy, że to wszystko działo się przed Soborem. Formacja duchowa była dosyć naiwna. Wzorem był św. Jan Vianney, który książek nie czytał, a robił cuda – czyli prosty, dobry człowiek, szanujący maluczkich, wierny w małych rzeczach. To może dziś brzmi śmiesznie, ale po takiej formacji z seminarium wychodzili ludzie pełni poświęcenia, którzy robili wiele dobrego. 
Przełożyć na ludzki język
– A formacja teologiczna, intelektualna?
– Formację dogmatyczną mieliśmy niezłą, taką, po której nie powinno się robić błędów teologicznych ani etycznych. Problem był tylko w tym, żeby tę wiedzę przełożyć na ludzki język. Trzeba było praktycznie uczyć się zupełnie od nowa, przynajmniej ja czułem taką potrzebę. Ponieważ byłem zakorzeniony w literaturze, próbowałem, ucząc religii, trochę nią „sztukować”. Nigdy nie zapomnę ciszy, jaka panowała w czwartej klasie szkoły podstawowej, gdy czytałem „Kamienie na szaniec”. To był rok 1957. 
– Pracował Ksiądz na parafii, a jednocześnie studiował filozofię?
– Tak. Podobnie funkcjonowało wielu moich kolegów. To nie było łatwe, rzadko kto potrafił łączyć jedno z drugim. Kończyło się na ogół tak, że ktoś wybierał pracę duszpasterską, a ktoś inny pracę naukową. Studiował ze mną – jeszcze na ATK – jeden znakomity człowiek o ogromnej kulturze, szerokich horyzontach, dla którego literatura teologiczna w zasadzie nie miała tajemnic; a jednocześnie był on kapelanem w domu poprawczym dla dziewcząt (mowa o ks. Herbercie Hlubku – przyp. red.). Przez zajęcia duszpasterskie nie zrobił doktoratu. Trudno tu mówić o zmarnowanym talencie, bo wspaniale wykorzystał go i dalej wykorzystuje w praktyce, ale może gdyby mu bardziej pomagano, dano więcej wolnego czasu na studia – więcej by jeszcze osiągnął. Wiele mi wtedy opowiadał o tym poprawczaku, który był takim odpryskiem totalitarnego świata. Zatopiony jeszcze w tomistach i neotomistach, nie miałem pojęcia o istnieniu takiej rzeczywistości. Wykładając na ambonie teorię tomistyczną, z pomocą której próbowałem wyjaśniać psalmy, z pogardą patrzyłem na ludzi, którzy mają chore dziecko i nie rozumieją tego, co mówię... 
– A co się wtedy czytało z literatury tomistycznej?
– Błędem ówczesnych studiów było przede wszystkim to, że program nauczania nie wychodził poza autorów jednej, wybranej, najbardziej prawomyślnej szkoły tomistycznej. Zbyt mało czytaliśmy samego Tomasza i innych klasyków. Zamiast nich były lepsze czy gorsze opracowania. Pokarm intelektualny, jaki podawano klerykom, był treściwy, ale mocno przetrawiony.
– Z czego to wynikało?
– W czasach stalinowskich pewne zamknięcie wynikało, po pierwsze, z lęku przed wszelkimi „nowinkami”, a po drugie – z syndromu oblężonej twierdzy. Sytuacja Kościoła w Polsce była bardzo trudna i uważano, że trzeba się obwarować, a nie jeszcze dodatkowo wystawiać na coś nowego, innego, a przez to niepokojącego, z czym nie wiadomo co zrobić. Klerycy powinni mieć w głowach porządnie poukładane, to dawało wielu siłę i spokój, bo wiadomo było, „czego się trzymać”. Na Zachodzie sytuacja była zupełnie inna. Kościół przedsoborowy próbował łapać kontakt ze współczesnym światem, z filozofią, z nowymi próbami teologicznymi. Ale w polskich seminariach – i nie tylko w polskich – w połowie lat 50. królował tomizm. Jedyne, co można było wtedy zrobić, to odświeżyć go nowymi komentarzami – i tego byliśmy spragnieni. Odświeżony tomizm, ale nic więcej; o żadnych filozofiach dialogu czy o hermeneutyce nie było nawet mowy.


Październikowa euforia


– Podobnie było na Akademii Teologii Katolickiej, gdzie Ksiądz trafił po święceniach.
– Tak, ale wtedy mało zajmowaliśmy się studiowaniem. Chodziliśmy na wiece, na manifestacje. To było dla mnie wielkie doświadczenie, które już nigdy później z taką siłą się nie powtórzyło: zobaczyłem wtedy, jak szybko sypał się totalitaryzm, a jednocześnie – jak potrafi się zręcznie odbudowywać, jaki ma instynkt regeneracji.
– Czy środowisko ATK brało czynny udział w Październiku 1956 roku?
– ATK była uczelnią głęboko paxowską, prawie wszystkie stanowiska w administracji były obsadzone przez ludzi PAX-u, co powodowało, że była to uczelnia dobrze widziana przez państwo. Część studiujących tam księży przyszła na ATK z miłości do nauki, ale było wielu takich, którzy mieli problemy z władzą i dzięki studiom na ATK uzyskiwali „legalizację” swego istnienia.
W czasie Października w „Słowie Powszechnym” ukazał się artykuł Bolesława Piaseckiego, który nosił piękny tytuł: „Instynkt państwowy”. Główną tezą tego tekstu był pogląd, że grozi nam zniszczenie szczątków polskiej państwowości i dlatego należy jak najszybciej zahamować liberalne zapędy. Ten artykuł wywołał w prasie ogromną falę ataków na PAX i na samego Piaseckiego, w obronie których stanęło kilku intelektualistów katolickich. Wśród nich rektor ATK ks. prof. Iwanicki, który podpisał jakieś oświadczenie. Rzuciło to straszny cień na Akademię. Wywiesiliśmy więc ten podpis rektora na tablicy ogłoszeń, a pod nim ogromnymi literami cytat z Ewangelii: „Pozwólcie umarłym grzebać ich umarłych”. Niestety, napis wisiał niedługo, bo przerażona administracja szybko go zwinęła. Był to jedyny w 1956 roku gest rozpaczy studentów ATK. 
Wszystko, co ważne, działo się gdzie indziej. Chodziliśmy na manifestacje na Uniwersytet i na Akademię Medyczną, na dyskusje polityczne, podczas których mówiono, że socjalizm oczywiście tak, ale inny, nowy, lepszy, bardziej narodowy i liberalny. Brałem udział w tym wielkim wiecu na placu przed Pałacem Kultury, na którym Gomułka wygłosił – jak na niego, krótkie – chyba 20-minutowe przemówienie, po którym, jak się wtedy wydawało, narodziła się nowa Polska. Już nigdy potem nie przeżywałem wydarzeń politycznych tak emocjonalnie, jak wtedy.
– Nawet strajków na Wybrzeżu i powstania „Solidarności”?
– Nie. Byłem już dużo starszy, reagowałem mniej emocjonalnie, byłem też chyba jakoś przygotowany na taki rozwój zdarzeń, sam w ich „przygotowywaniu” uczestniczyłem. A Październik był dla mnie czymś zupełnie nieoczekiwanym. Wydawało się, że naród jest tak zniewolony i przeżarty komunizmem, iż nigdy na nic podobnego się nie odważy. Sądziliśmy, że władza kontroluje każdy ruch i wyjście na ulice jest absolutnie niemożliwe. Okazało się, że jest inaczej: władza częściowo tylko kontrolowała sytuację, próbując kanalizować pewne wydarzenia, ale nie panowała już nad treścią referatów wygłaszanych na nielegalnych zebraniach. 
Sądziłem wtedy, iż system jest dość giętki, że jest reformowalny, jeżeli z takimi wydarzeniami – które są dla niego jak śmiertelne ciosy – potrafi sobie jednak poradzić. Tak uważałem, ale nie miałem wtedy żadnej wiedzy historycznej ani o tym, jak przebiega rewolucja, ani o metodach manipulacji władzy.


Lekcja mówienia „nie”


– Kościół zachował ostrożność wobec powszechnej euforii po Październiku 1956.
– Myślę, że prymas Wyszyński doskonale zdawał sobie sprawę z istniejących układów. Układ z dużej litery, czyli Układ Warszawski, trwał bardzo mocno. Nikt też nie spodziewał się erozji tak dużej, żeby system mógł zniknąć, liczono raczej, że „pójdzie po obrzeżach”. I tak się stało. Dlatego Kościół na Październik reagował z dystansem, chociaż i z oczywistą sympatią dla wszelkich akcji niepodległościowych.
Natomiast muszę przyznać, że po raz pierwszy w życiu z twardym mówieniem „nie” komunizmowi spotkałem się nie w Kościele, ale na uniwersytecie. Zdumiało mnie, kiedy po 1956 roku profesor Izydora Dąmbska napisała do rektora UJ protest przeciwko ustawie o szkolnictwie wyższym. Pierwsze zdanie tej ustawy mówiło, że należy wychowywać młodzież w duchu socjalizmu, a prof. Dąmbska powiedziała, że nie będzie tego respektować, bo ona wychowuje w duchu obiektywności naukowej. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z taką postawą, że słowo jest słowo … 
– ...a nazwisko jest nazwisko.
– Właśnie tak. Później jeszcze mocniej swoją niezgodę na komunistyczne wybiegi akcentował Ingarden. Ogromnie mi takie postawy imponowały: miały w sobie odwagę i jeszcze przedwojenną klasę. „Nie” Ingardena wiązało się zresztą z moją skromną osobą.
Skończyłem filozofię na UJ dwa lata wcześniej niż moi koledzy z roku, bo kilka egzaminów zaliczono mi z seminarium i z ATK. Byłem już po egzaminie magisterskim, kiedy pojawił się problem z dyplomem dla mnie. Powiedziano mi w dziekanacie, że nie skończyłem V roku studiów i muszę na dyplom poczekać jeszcze dwa lata. Czekanie wiązało się z ryzykiem, że mi tego dyplomu nigdy nie dadzą, zwłaszcza że byłem wtedy jedynym księdzem w Polsce, który jawnie, w sutannie, studiował na świeckim uniwersytecie. Prof. Roman Ingarden w tym czasie był dziekanem Wydziału Filozofii i postawił się ostro. Powiedział, że jeżeli nie wydadzą mi dyplomu, on rezygnuje z funkcji dziekana. Bo kto ma prawo wydawania dyplomów: wydział administracyjny czy pion naukowy? Dyplom bez słowa wydali. 
Kiedy w wiele lat potem ja też kilka razy podpisywałem razem z polskimi intelektualistami różne listy protestacyjne do władz, Kościół miał mi to trochę za złe. Nigdy kardynał Wojtyła, ale bywało, że moi koledzy księża wypominali mi: „Po co się z cnotą pchosz na afisz!”. Jakby nie rozumieli, że publicznie formułowane protesty są początkami opozycji jawnej, już nie tylko podziemnej. 


Pietraszko – teolog spotkania


– Mistrzem Księdza w tych latach był ks. Jan Pietraszko, późniejszy biskup. Nie znałam go osobiście i nigdy nie słyszałam jego homilii ani konferencji. Przygotowując się do naszej rozmowy, przeczytałam za to jego książki.
– I jakie ma Pani wrażenia? Czy w tekstach bpa Pietraszki można dziś odczytać jakąś inną niż obiegowa, dość powszechnie panująca w Kościele, interpretację chrześcijaństwa?
– Jest tam bardzo mocno zaakcentowane i bardzo przejrzyście opisane spotkanie człowieka z Bogiem, które jest, według Pietraszki, fundamentem wiary. Jest to podstawowy horyzont, bez którego trudno w ogóle mówić o chrześcijaństwie. To spotkanie jest w jego tekstach bardzo konkretne, tak jakby Ewangelia działa się dziś. Zdumiała mnie jego książka pt. „Spotkania”. Pietraszko pisze we wstępie: „Spotkanie dwojga ludzi może przybrać różną postać. Niekiedy dokonuje się jakby na dwóch bliskich, lecz równolegle biegnących do siebie ścieżkach… Zdarza się jednak, że spotkanie przybiera zupełnie inną postać, kiedy dokonuje się nie na dwóch równoległych, lecz na przecinających się drogach”. To brzmi zupełnie tak, jakby było wyjęte z Księdza „Fenomenologii spotkania”!
– Pisząc moją teorię spotkania całkiem zapomniałem o Pietraszce, a przecież doskonale znałem ten tekst! Ale jest też druga kluczowa sprawa w jego myśli: pojęcie godności człowieka. To bardzo mocno zaważyło na moim własnym myśleniu. W ogóle można powiedzieć, że cała moja filozofia kręci się wokół idei religii, którą zaproponował Pietraszko.
– Różnica polega jedynie na tym, że on wychodzi od idei Boga, a Ksiądz jeszcze do niej nie doszedł.
– Bo ja jestem od filozofii... Ale zawsze doceniałem język i analizy Pietraszki, które były prawie jak opis fenomenologiczny – bardzo mocno przesiąknięte doświadczeniem wiary. Tego nie sposób nie zauważyć, to wciąż w tych tekstach dźwięczy.
Niektóre z nich zostały zresztą bardzo zniszczone przez cenzurę. Na przykład komentarze do Mszy świętej, jeszcze przedsoborowej. Cenzura kreśliła te teksty, bo Pietraszko podkreślał w nich rolę wspólnoty. Ile razy padało słowo „wspólnota” – cenzura to cięła. W tym ujawniał się konflikt między PRL a Kościołem, że władze mogły w ostateczności zaakceptować religię jako prywatną relację Boga i człowieka, natomiast nie były w stanie zaakceptować rozszerzenia tej relacji na wspólnotę. Tymczasem bp Pietraszko szedł w głąb polskiej religijności. Nie widział potrzeby angażowania się w politykę i był bardzo dużym pesymistą w stosunku do tych wszystkich rewolucyjnych ruchów. Ale był też lekko sceptyczny w stosunku do prymasa Wyszyńskiego, bo uważał że jego koncepcja nie jest wystarczająco pogłębiona religijnie.
– Dziś widać, jak płytka jest na przykład formacja religijna tzw. działaczy katolickich.
– Myślę, że to konsekwentne niezwracanie uwagi na głos Pietraszki było znakiem pewnych procesów, które dziś są już nie do odwrócenia. Głos bpa Pietraszki został zagubiony, a nikt tak jak on nie doceniał i nie akcentował ewangelicznej głębi Kościoła.
– To jest właśnie jeden z podstawowych zarzutów kierowanych wobec Księdza: że za dużo zajmuje się Ksiądz polityką, a za mało Ewangelią!
– Ja nie umiem mówić o wierze tak, jak Pietraszko. I wiem, że nie będę umiał robić tego tak dobrze, jak on. Robię to, co umiem najlepiej, czyli filozofię. I odsyłam do Pietraszki tam, gdzie jest moja granica.
Może takie osobowości jak bp Pietraszko muszą pozostać same, gdzieś w cieniu, bo się nie mieszczą w strukturach i są trochę „poza czasem”?
– Nie można powiedzieć, że Pietraszko był w cieniu. On był akceptowany, ale teoretycznie… W tej chwili jestem w zasadzie jedynym, który o nim mówi, do niego wraca. Swoja drogą, trzeba przyznać, że pisał niewiele. Staszek Grygiel ciągle do niego chodził i prosił o teksty dla „Tygodnika” i „Znaku”, ale ciężko było coś z Pietraszki wydusić. Był perfekcjonistą: ciągle poprawiał, pisał na nowo. Myślę, że to normalne, tak musi być, bo każda myśl musi przyjść w porę. Trzeba poczekać, aż ludzie porozbijają sobie nosy na religijności, którą im się teraz proponuje, na całym tym tryumfalizmie. Trzeba poczekać, aż kościoły opustoszeją – wtedy ludzie zaczną szukać gdzie indziej, inaczej.
– Uważa Ksiądz, że czas biskupa Pietraszki jeszcze nie nadszedł?
– Jeszcze nie nadszedł. Jesteśmy zbyt tryumfujący, żeby zrozumieć tę myśl, która nie chce tryumfować.
– Gdzie jest, zdaniem Księdza, źródło tego tryumfalizmu? 
– Wygraliśmy z komunizmem! Ściślej mówiąc, komunizm sam zdechł, ale nam się wydaje, że to my go wykończyliśmy. No i wychowaliśmy polskiego Papieża! A to, że marnujemy wszystko, co on próbuje zrobić przez cały swój pontyfikat, to już inna sprawa – na razie nikt nie ma ochoty się tym zajmować. Ale czas opamiętania kiedyś przyjdzie i oby nie było za późno.


Przykład Wojtyły 


– Z ks. Karolem Wojtyłą spotkał się Ksiądz w seminarium?
– Na piątym roku, więc stosunkowo późno, kiedy zaczął wykładać etykę społeczną. Pamiętam szczególnie jeden wykład, który odbył się w dzień św. Franciszka z Asyżu; Wojtyła mówił o problemie ubóstwa i o duchu franciszkańskim – zrobiło to wtedy na nas duże wrażenie. Żeby zrozumieć fenomen Wojtyły, trzeba zobaczyć tło: czas, w którym dorastał, Kościół w tamtym czasie, proponowany i kreowany styl bycia księdzem, sposób uprawiania filozofii. To wszystko jest ważne, żeby zrozumieć, jak bardzo różnił się od proponowanych wzorców, jak bardzo wyprzedzał swój czas. 
Jako klerycy spotykaliśmy się przede wszystkim z jego tekstami pisanymi do „Tygodnika Powszechnego”. Rzadko kiedy mogliśmy go usłyszeć, bo był to czas, kiedy kleryków trzymało się, jak Pan Bóg przykazał, pod kloszem, z daleka od groźnego świata. Słuchaczami Wojtyły byli przede wszystkim studenci, którzy przychodzili do św. Floriana. Wygłaszał tam konferencje, które potem przetworzył w książkę „Miłość i odpowiedzialność”. Uderzał nas humanistyczny język jego prac: analizował świat wartości bez odwoływania się do formalnych norm. W każdym tekście pojawiał się autor, który rozmawiał z czytelnikiem. Na ogół teksty „klerykalne” są tekstami, w których się mówi d o czytelnika. Ktoś, kto jest „w polu Objawienia”, przekazuje to Objawienie dalej, mówiąc „do”. Natomiast Wojtyła mówił „z”, wchodził w rozmowę. Był to pierwszy w tamtych czasach dialog robiony na wielką skalę.
– Jak Ksiądz przyjął „Miłość i odpowiedzialność”?
– Książka pojawiła się później, najpierw były teksty pisane na przełomie lat 50. i 60. To było wtedy bulwersujące: nowy sposób mówienia o miłości i seksie. Niektóre analizy były świetnie robioną fenomenologią, na przykład znakomity opis doświadczenia wstydu – to robiło wrażenie. Po raz pierwszy też, co było niemożliwe przed Wojtyłą, dobrze się tam mówiło o Kancie: imperatyw kategoryczny, jakim jest miłość i odpowiedzialność, został zastosowany do personalizmu. Jednak proszę mnie dobrze zrozumieć: Wojtyła nigdy nie był nowinkarzem, on miał dar syntezy bez polemiki. Tym się chyba przede wszystkim różniliśmy, bo – moim zdaniem – nie można robić filozofii bez wchodzenia w polemikę z innymi poglądami (ja przynajmniej tego nie umiem), natomiast on usiłował tworzyć nowoczesną myśl religijną, nie wchodząc w spory.
– A jaki miała związek „Miłość i odpowiedzialność” z... żubrami w Łopusznej?
– Ponosiło mnie wtedy nieco przesadne poczucie humoru. W Łopusznej po wojnie pojawiły się żubry i ja, chwaląc moim kolegom klerykom teksty Wojtyły, opowiadałem, że jeden z jego artykułów zabrałem na żubrowisko. Kiedy go przeczytałem żubrom, one tak się nim przejęły, że... postanowiły złożyć ślub czystości. Dopiero musieli przyjechać ważni urzędnicy z ministerstwa i długo przekonywać żubry, żeby się przerzuciły na pokorę – ze względu na potrzebę podtrzymania gatunku. Sens tej mojej przypowiastki był taki, że nawet żubr, gdyby przeczytał fragmenty „Miłości i odpowiedzialności”, to by zrozumiał i poddał się urokom proponowanych przez Wojtyłę rozwiązań. Czy klerycy się poddali, to już zupełnie inna para kaloszy. Ale istnieje w końcu różnica między żubrowiskiem a seminarium, prawda?
– Jaki był ks. Karol Wojtyła w Krakowie lat 50.?
– On fascynował niekonwencjonalnym duszpasterstwem. Trzeba pamiętać, że mówimy o okresie, w którym ksiądz to przede wszystkim sutanna i odpowiedni sposób bycia. Można wtedy było zobaczyć księdza wspinającego się w sutannie na Rysy... Była to szkoła twarda i wymagająca. Okres komunizmu spowodował zwarcie w kręgach kościelnych, bo czuliśmy się obserwowani. W związku z czym o wiele lepiej było być obserwowanym w sutannie niż w cywilu, bo to ułatwiało sprawę obserwatorom. Duszpasterstwo młodzieżowe też było tak robione, żeby między księdzem a młodzieżą istniał duży dystans. Ksiądz miał był wzorem, punktem odniesienia, ale miał być tez niedostępny.
Wojtyła zrobił ogromny wyłom, bo „na cywila” poszedł ze studentami w Bieszczady, potem pojechał na kajaki. Tak niekonwencjonalnym sposobem zachowania budził niepokój. Pamiętam rozmowę z pewną panią, zresztą zaprzyjaźnioną z Wojtyłą, która zastanawiała się, czy to aby wypada, żeby ksiądz się tak zachowywał. W życiu Kościoła jest bardzo wiele takich momentów, które ocenia się z punktu widzenia „wypada – nie wypada”. Istniała wtedy taka klasyfikacja błędów teologicznych: herezja, bardzo blisko herezji, blisko herezji, a na samym dole tej drabiny było to, co obraża dusze pobożne.
– Czyli gorszenie maluczkich.
– Ciekawe, że wśród tego, co mogło obrazić dusze pobożne, była też teza, że należy wprowadzać język ojczysty do liturgii. Owszem, można to było robić, bo nie jest to sprzeczne z żadnym dogmatem, ale – po cichu i powoli. Myślę, że w pewnym sensie zachowanie Wojtyły było trochę w tym stylu. Był przekonany do tego, co robi, i robił to w sposób niezwykle naturalny, prosty, subtelny. Nie było w tym nic z wyzywającej pozy. Zdarzały się wypadki, że niektórzy duchowni traktowali zdjęcie sutanny i pójście gdzieś po cywilnemu jako akt odwagi rzucony światu – i wtedy bywało to nawet humorystyczne. Natomiast Wojtyła po prostu chciał być z ludźmi, wśród których duszpasterzował, chciał wejść w ich środowisko. I wchodził – bardzo głęboko i naturalnie. Kiedyś jeden ze studentów zasugerował mu, żeby przerobił podręcznik do matematyki, tak aby wiedzieć, czego uczą na studiach. I Wojtyła zmierzył się z tym, mimo że przecież nigdy sam matematyką się nie zajmował. 
To właśnie był styl jego duszpasterzowania i jednocześnie, jak powiedziałem, styl jego pisarstwa: nie mówić „do”, ale być „z”. 



Są to fragmenty rozmów z ks. Tischnerem przeprowadzonych na początku lat 90. przez jego doktorantkę, Annę Karoń-Ostrowską. Całość ukaże się w przyszłym roku nakładem Wydawnictwa Znak.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl