Spory–polemiki: o polskim feminizmie


Na co liczą dziewczynki?

Kazimiera Szczuka



Cel tekstu Ernesta Skalskiego „Chłopcy wcale na to nie liczą” („TP” nr 17/2002) z pozoru jest szlachetny – chodzi o podjęcie „rozmowy” o dyskryminacji kobiet. Dawno jednak nie czytałam rzeczy równie jałowej i przygnębiającej. 



Zdaniem autora, warunkiem poważnej dyskusji musi być uciszenie feministycznych radykałek, które przeszkadzają osobom jak on poważnym we wskazaniu realnych problemów, a także w rozwiązaniu ich. Skalski skądinąd nie bardzo wierzy w istnienie dyskryminacji, skoro przecież Polki mogą chodzić z odsłoniętymi twarzami, a także „usiąść za kierownicą”. Problem pojawił się teraz, kiedy to „Komisja Europejska wytyka nam, że mamy jeszcze wiele do nadrobienia, by sprostać unijnym standardom”. 
Skalski zaczyna od koniecznego uporządkowania publicznej debaty. Po jednej stronie mamy więc rozkrzyczane, szkodzące sprawie ekstremistki, które „się eksponują”, po drugiej – tradycjonalistów „z prawa”, pouczających o posłannictwie Matek Polek. W środku – wolny rynek, który sam wkrótce wszystkich zrówna. „Globalizm sprzyja rozpowszechnianiu cywilizowanych stosunków między płciami”, toteż publicystki i działaczki niesłusznie wskazują na seksizm wielu reklam – czytamy. Nie słuchajcie feministek, praca w kapitalizmie was wyzwoli – oto przesłanie autora do Polek. Skalski jest bowiem liberałem-wolnorynkowcem, wierzącym w pozytywistyczną pracę u podstaw.
Nie przypadkiem pojawia się więc u niego bohaterski Stefan Bratkowski i jego „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”. Oto w jednej ze scen serialu występuje ojciec organicznik w rozmowie z synem socjaldemokratą-ideologiem, który nic konkretnego nie czyni, aby polepszyć los ubogich. I takie są właśnie polskie feministki. Zamiast robić coś dla kobiet, one, jak szewcy Witkacego, gadają niepotrzebne rzeczy. Kinga Dunin obraża mężczyzn w swoich felietonach nazywając ich „miśkami”, za to Joanna Szczęsna, choć nie bierze udziału w spotkaniach i dyskusjach, „znalazła pracę pewnej wartościowej pani”. 
Gdy przełożymy styl wywodów Skalskiego na znajomą metaforę rodzinną, objawi się scena z życia mieszczańskiego: syn (w tym wypadku córka) próbuje dyskutować z ojcem o polityce i obyczajach, a ten obrusza się, że tak to on rozmawiał nie będzie. Bo rozmowa polega na tym, że mówię ja! I nikt mi tu nie będzie ubliżał od miśków. A ty byś lepiej pomogła matce, zamiast latać po ulicach i krzyczeć o dyskryminacji. A w ogóle to ja tu zarabiam pieniądze na nas wszystkich. 
Pozostaje mi zatem zrekonstruować głos nieznośnej córki. Otóż „fanzin »Vacula«” cytowany w pierwszym akapicie artykułu Skalskiego, z którego autor zaczerpnął tytuł, to parustronicowy zin sprzed bodaj sześciu lat, odbity na ksero w kilku czy kilkudziesięciu kopiach przez nastoletnie dziewczęta z grupy anarchofeministycznej. Autor tak skonstruował swój pierwszy akapit, że można powziąć przekonanie, iż przyczyną osławionej wypowiedzi biskupa Pieronka o betonie feministycznym i kwasie solnym było zdenerwowanie, jakiemu uległ „znany z życzliwego podejścia do ludzi” biskup, przeczytawszy brzydkie słowo używane przez radykalne dziewczynki. Zostało ono wykropkowane przez redakcję, nie ulega jednak wątpliwości, że było czasownikiem i zaczynało się na „p”. Natomiast w rzeczywistości słowo, które zdenerwowało biskupa, było rzeczownikiem, zaczynało się na „a” i nie ma wiele wspólnego z anarchofeministycznym pisemkiem. Niegrzeczne dziewczynki, owszem, wkroczyły znowu do akcji, ale dopiero później, już po kwasie solnym. 
Skalski, choć znalazł w internecie 323 organizacje kobiece, nie zająknął się w swym obszernym wywodzie ani o „Zadrze”, aktualnie wydawanym kwartalniku krakowskiej fundacji kobiecej efKa, ani o poważnym „Biuletynie OŚKA” warszawskiego Ośrodka Środowisk Kobiecych, ani o akademickiej „Katedrze” warszawskich Gender Studies, ani o cenionych i nagradzanych książkach z dziedziny humanistyki, prawa czy socjologii, pisanych przez polskie feministki. Nie wspomniał o raportach i publikacjach ani też o konkretnej – prawnej, medycznej, psychologicznej, zdrowotnej i socjalnej – pomocy, jakiej udzielają kobietom takie organizacje pozarządowe, jak Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Centrum Praw Kobiet, Towarzystwo Interwencji Kryzysowej, La Strada (zwalczająca handel kobietami), a także wspomniane już eFKa i Ośka, służące informacjami, organizujące szkolenia, warsztaty i spotkania dotyczące rynku pracy, polityki, nie mówiąc już o ośrodkach akademickich, grupach wsparcia etc. etc. Również „Wysokie Obcasy”, a także, niekiedy, kolorowe miesięczniki dla kobiet, coraz częściej poruszają poważniejsze tematy społeczne i polityczne. 
W kontekście standardów Unii Europejskiej może, zamiast starego zinu, uczciwiej byłoby zacytować na przykład coś z grubego numeru „Biuletynu Ośki” (nr 3/2001), poświęconego w całości sprawom integracji? Znajdują się w nim artykuły profesorek socjologii, politologii, działaczek organizacji pozarządowych, tłumaczenia tekstów europejskich, amerykańskich, prezentacja instytucji unijnych i wiele innych wartościowych rzeczy, wśród nich również głos anarchofeministki. Bo na szczęście polskie feministki dobrze wiedzą, że nie mogą dać się podzielić na słuszne – liberalne i niesłuszne – radykalne, choć niewątpliwie feminizmów jest wiele, a różnice między nimi bardzo piękne. Dlaczego jednak podziałów miałby dokonywać paternalistyczny głos Ernesta Skalskiego, który uważa, iż kompromitujące dla feministek są ich sympatie dla ekologów czy – o zgrozo! – ludzi walczących o prawa mniejszości seksualnych? Te dwie domeny, przypominam, też są traktowane w Unii Europejskiej z o wiele większą powagą. 
Kinga Dunin, na przykład, uważa się za liberalną uniwersalistkę i wierzy w „bezpłciowość” sfery publicznej. Jej liberalizm jednak – w przeciwieństwie do wolnorynkowego „zbydlęcenia”, aby znów posłużyć się witkacowskim słówkiem – jest rzeczywistą troską o neutralność owej sfery publicznej, w której nikt nie powinien przemawiać z pozycji siły. Zapewne Skalski mało się interesuje feminizmem i feminizmami w Polsce, skoro dla niego Dunin jest jedynie twórczynią terminu „misiek”. 
Ernest Skalski postanowił w obliczu konieczności dziejowej (Unia!) przemówić poważnie i rozpoczął od tak zwanego cięcia po skrzydłach. Podkreśla w swym tekście symetrię ekstremizmów z „prawa i z lewa”. Tymczasem taka symetria po prostu nie istnieje! Po pierwsze, polski ruch kobiecy tak by się miał do zinu „Vacula”, jak całość „Gazety Wyborczej” do „Gazety na Plażę”, gdyby „Gazeta na Plażę” ukazała się tylko raz i to sześć lat temu. Szkoda, że radykalny, młodzieżowy feminizm występuje u nas w tak niewielkich ilościach, bo jest wspaniałą szkołą myślenia i działania dla dziewcząt, które może za 10 lat będą kandydowały w wyborach albo budowały autonomiczne społeczeństwo obywatelskie, ale taka jest prawda. Istnieją, owszem, publikacje radykalniejsze od „Wysokich Obcasów” i działają niewielkie radykalne grupy nieformalne. Gdyby jednak, jak pisze autor, rzeczywiście tak „się eksponowały”, zapewne łatwiej by mu było cytować coś bardziej aktualnego.
Po drugie, wizja symetrii pomiędzy radykalnym feminizmem a Ligą Polskich Rodzin jest absurdalna, gdyż feministki, w przeciwieństwie do polskiej radykalnej prawicy, nie dysponują ani dziennikiem, ani radiem, ani – last but not least – dużą reprezentacją w parlamencie. Niegrzeczne dziewczynki, które tak drażnią Ernesta Skalskiego, nie miałyby tych wszystkich przyjemnych rzeczy, nawet gdyby połączyły swe siły z Ligą Kobiet, związkiem zawodowym pielęgniarek, a także ekologami, antyrasistami, antyfaszystami czy, tak zabawnymi dla autora, obrońcami praw zwierząt. Dlaczego? Czyżbym musiała pytać wolnorynkowca? Odpowiedź znajdę w jego tekście w postaci cytatu z klasyka: „Do wygrania wojny – mawiał Eugeniusz Sabaudzki – potrzebne są pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze”. A w naszym domu kasę trzyma tata. Więc jak będziemy niegrzeczne, to tata nie da nam kasy. 
To może lepiej jednak pozostaniemy niegrzeczne? W końcu, jak pisała Juliet Mitchel w latach 70., kobiety tworzą „najdłuższą rewolucję”. „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” ma bowiem swój feministyczny odpowiednik w słynnym tytule Mitchel „Woman. The Longest Revolution”. Zdaniem autorki, kobiety wolały zawsze rozpraszać swoją siłę polityczną i odwlekać w nieskończoność podział władzy niż rezygnować z radykalnych postulatów i „wycinać ekstremę”. Dzięki temu przyczyniły się do powstania modelu społeczeństw otwartych, obywatelskich, próbujących tworzyć oddolne systemy reprezentacji politycznej. 
Na zakończenie jeszcze słówko o ekstremizmach. Zabawne jest, że ikoną polskiego radykalnego feminizmu stała się uczestniczka zeszłorocznej marcowej demonstracji Porozumienia Kobiet w Warszawie. Na zdjęciu drukowanym w „Tygodniku Powszechnym” widnieje młoda blondynka z kwiatem we włosach. Czyżby to ona reprezentowała ów „prymitywizm i agresję”, tak przykre dla Ernesta Skalskiego? Akurat mieliśmy za sobą i przed sobą demonstracje dzielnych związkowców, którzy palą zdjęcia polityków, obrzucają ich obelgami, przebierają w maski świń i odpalają beczkę petard pod Urzędem Rady Ministrów... 
Przypomnę, że tematem demonstracji 8 marca 2001 roku był udział kobiet w wyborach parlamentarnych, jako że zbliżały się wybory. Akcję uliczną poprzedziło spotkanie „W kierunku demokracji parytetowej”, zorganizowane na Uniwersytecie Warszawskim. Na panel przybyli dyplomaci zachodni, zachwyceni, że młode Polki zainteresowane są polityką równościową, którą chlubią się takie państwa, jak Francja, Szwecja, Holandia, Norwegia, Kanada. Nie przypominam sobie, abym widziała tam Ernesta Skalskiego. Zapewne był zajęty czytaniem „Vaculi”. 

 

KAZIMIERA SZCZUKA – polonistka, pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN, wykłada na Gender Studies w Uniwersytecie Warszawskim, współprowadzi magazyn „Dobre książki” w I Programie TVP. Członkini grupy nieformalnej „Porozumienie kobiet 8 marca”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl