Polscy Niemcy, Litwini czy Białorusini obawiają się spisu powszechnego

 

Liczenie (także) mniejszości

 

TOMASZ POTKAJ

 

 

Za kilkanaście dni rozpocznie się największy w powojennej historii Polski spis powszechny. 180 tys. rachmistrzów wśród dziesiątek innych kwestii zada również pytanie o narodowość. Po raz ostatni pytanie takie padło w czasie spisu powszechnego w 1921 r. 

 

Według spisu z 1921 r. w II Rzeczypospolitej 69 proc. ludności stanowili Polacy, 14 proc. zadeklarowało się jako Ukraińcy, 8 proc. Żydzi, po 4 proc. Litwini i Niemcy, a na 1 proc. złożyli się Czesi, Słowacy, Rosjanie i inni. Jednak dane te określały tylko w przybliżeniu stosunki narodowościowe: spis nie objął wszystkich regionów, a poza tym mógł zawyżać liczebność Polaków. 
Na stosunkach narodowościowych w PRL cieniem położyły się powojenne weryfikacje narodowościowe na Śląsku i Mazurach i przesiedlenia ludności ukraińskiej. Mimo że w żadnym z powojennych spisów – ostatni w 1988 r. – nie pytano o narodowość, władze PRL przyglądały się obywatelom także pod tym kątem: analizowano dane z ankiet wypełnianych przy okazji wydawania dowodów osobistych i paszportów, dane urzędów stanu cywilnego. 
Dziś według MSWiA 2-3 proc. obywateli poczuwa się do przynależności narodowościowej innej niż polska; to 1-1,2 mln. Trudno to zweryfikować, a liczby podawane przez organizacje mniejszościowe różnią się od danych resortu (patrz ramka). Ze statystycznego punktu widzenia spis jest jedyną okazją do rzetelnego policzenia mniejszości. Wszelako rzetelność ta kwestionowana jest przez samych zainteresowanych jeszcze zanim zabrano się do liczenia.


ODPOWIEDŹ OBOWIĄZKOWA


„Boimy się pytania o narodowość – mówi Olgierd Wojciechowski, przewodniczący Stowarzyszenia Litwinów w Polsce, z siedzibą w Sejnach. – W Polsce wciąż trzeba mieć odwagę, aby deklarować się jako mniejszość narodowa i ludzie zdają sobie z tego sprawę. Obawiam się, że w wyniku spisu okaże się, że Litwinów na Suwalszczyźnie jest nie 12 tys., ale 5 tys. Kto będzie się liczyć z tak małą grupą?”. 
„Starsi ludzie podchodzą nieufnie do pytań o narodowość i wyznanie i trudno im się dziwić” – zaznacza Eugeniusz Czykwin, białostocki poseł (SLD) i redaktor naczelny „Przeglądu Prawosławnego”. Dwa lata temu komendant policji w Białymstoku zwolnił z pracy siedmiu policjantów. Traf chciał, że wszyscy byli prawosławni. W ich sprawie bezskutecznie interweniował metropolita Sawa. „Tu nawet posada sprzątaczki rozdzielana jest z klucza partyjnego, a w Białymstoku pokrywa się on często z kluczem wyznaniowo-narodowościowym – twierdzi Eugeniusz Wappa, przewodniczący Związku Białoruskiego i współtwórca nadającego po białorusku radia „Racja”. – Oczywiście dostrzegam te obawy. W radio staramy się informować o spisie i przekonywać, że zadeklarowanie się jako Białorusin jest kwestią zwykłej przyzwoitości”. 
Wappa opowiada, jak do rozgłośni zadzwonił starszy człowiek. Powiedział, że w spisie zadeklaruje się jako Białorusin. „Mam emeryturę, nie boję się, bo nie mam nic do stracenia. Ale syna namawiam, żeby zadeklarował się jako Polak” – powiedział. 
„Tak wygląda nasza rzeczywistość” – komentuje Wappa. 
Według MSWiA w Polsce jest 200-300 tys. Białorusinów. Działacze Związku Białoruskiego za sukces uznają, jeśli jako Białorusini zadeklaruje się 60 tys. osób.
Także inni działacze mniejszości narodowych obawiają się pytania o przynależność narodową. „Wyobraża pan sobie, co powie komendant policji, kiedy dowie się, że jego podwładny jest Niemcem, czyli że oprócz polskiego paszportu może mieć także niemiecki, co jest na Śląsku częste? – pyta Lidia Burdzik, przewodnicząca Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców Województwa Śląskiego. – A jak zareagują władze Niemiec, kiedy okaże się, że konsulat wydał 120 tys. niemieckich paszportów, a Niemców na Śląsku jest tylko 20 tys.”.
Swe obawy organizacje mniejszości wyrażały na spotkaniu z ministrem Krzysztofem Janikiem. „Nie lękajcie się przyznawać do swej narodowości podczas spisu powszechnego, bo to umocni większość w przekonaniu, że państwo obywatelskie oznacza także różnorodność” – apelował minister. 
Zgodnie z ustawą o spisie powszechnym odpowiedź na pytanie o narodowość (zawarte w punkcie 32, w III części kwestionariusza) jest obowiązkowa. 


USTAWA, CZYLI BRAK


Kiedy w marcu 1999 Jacek Kuroń jako przewodniczący sejmowej komisji mniejszości narodowych referował projekt ustawy o mniejszościach, powoływał się na odpowiedzialność za słabych i „czynienie silnych duchem Polaków”. Eugeniusz Czykwin, który jako poseł-sprawozdawca komisji obecnego Sejmu czytał ten sam projekt na początku tego roku, ostrzegał przed przyjmowaniem danych ze spisu przy podziale pieniędzy dla mniejszości. 
Ustawa o mniejszościach to chyba – obok ustawy o reprywatyzacji – najdłużej odkładany akt prawny III Rzeczypospolitej. „Przed 1989 r. uchwalenie ustawy o mniejszościach było niemożliwe. Potem okazało się, że albo nie ma odpowiedniej atmosfery, albo czasu, albo woli politycznej. Tak minęło 12 lat, a my wciąż nie dorobiliśmy się tej ustawy” – zauważa Czykwin. 
W sierpniu 1989 w Sejmie kontraktowym po raz pierwszy po wojnie powołano komisję ds. mniejszości narodowych. Jej zadaniem było opracowanie ustawy. W kolejnych Sejmach w komisji powstały trzy projekty, ale żadnego nie udało się uchwalić. Także teraz dyskusja nad obecnym projektem pokazuje, że niezrozumienie problemu jest spore. Pojawiły się nawet głosy, że dopuszczając dwujęzyczne nazwy miejscowości oraz używanie języka mniejszości w kontaktach z administracją publiczną, ustawa zdestabilizuje państwo polskie. Nic dziwnego, że i tym razem skierowany do laski marszałkowskiej projekt wrócił do podkomisji, co nie wróży dobrze. 
„Ta ustawa jest dla nas ważna i stało się niedobrze, że przez tyle lat nie może wyjść z komisji sejmowej – uważa Miron Sycz, działacz Związku Ukraińców w Polsce i marszałek sejmiku warmińsko-mazurskiego. – Dyskusja wokół ustawy idzie w niewłaściwym kierunku. Tak naprawdę problem dwujęzyczności w urzędach jest drugoplanowy. Nam nie chodzi o przywileje, ale o to, by traktowano nas tak, jak wszystkich innych obywateli Rzeczypospolitej. A z tym ciągle bywa różnie”.
Litwin Olgierd Wojciechowski podaje dwa przykłady: pierwszy z jesieni ub. roku, kiedy rodzice dzieci z sejneńskiego gimnazjum protestowali przeciw planowi połączenia klas polskich i litewskich, do czego w końcu nie doszło. Drugi, który dotyka go osobiście: „Kilkakrotnie zwrócono mi uwagę w sejneńskim szpitalu, bym mówił po polsku. Muszę powiedzieć, że dla mnie jako Litwina sytuacja taka jest upokarzająca”.
Czy przyjęcie ustawy sprawi, że sytuacja taka będzie niemożliwa? Trudno powiedzieć. Wprawdzie projekt stanowi, że „na terenie gminy zamieszkałej tradycyjnie lub w znaczącej ilości przez osoby należące do mniejszości język mniejszości może być używany w stosunkach między tymi osobami a organami władzy publicznej jako język pomocniczy”. Ale to samo gwarantuje już Konwencja Ramowa Rady Europy, ratyfikowana przez Polskę w listopadzie 2001. 
Jednak ani ustawa, ani konwencja nie załatwi sprawy strażnicy w Puńsku. Mieszkańcy miasteczka – w 80 proc. Litwini – fakt zamieszkania żołnierzy w budowanym przez nich przed laty ośrodku zdrowia odbierają jako zamach na prawa mniejszości. 
Z kolei w ministerstwie kultury rozmowy o problemach mniejszości ograniczają się głównie do pieniędzy: komu dać i ile. 
Jakby nie dzielić, pieniędzy jest zawsze za mało. Kilka miesięcy temu działacze mniejszości zgodnie protestowali przeciw ograniczeniu środków na dofinansowanie ich działalności kulturalnej. Protest przyniósł tyle, że do 1,7 mln zł, którymi dysponowało ministerstwo, Sejm dołożył kolejne cztery miliony. 
„Problemem mniejszości nie są pieniądze. Powiedziałbym, że są na ostatnim miejscu. Najważniejsza jest mentalność – mówi Miron Kertyczak, przewodniczący Związku Ukraińców w Polsce i uczestnik spotkań w ministerstwie. – Zarzuca się nam, że domagamy się przywilejów. Ale czy przywilejem jest korzystanie z własnych instytucji we własnym języku, do czego jak każdy obywatel RP mamy przecież prawo?”. 
Kertyczak zauważa, że w ostatnich latach pojęcie „Ukrainiec” normalnieje i stereotypy rodem z książki „Łuny w Bieszczadach” Jana Gerharda – opowiadającej o walkach z UPA i „reakcyjnym podziemiem”, i w PRL wielokrotnie wznawianej w dużych nakładach – są dziś mniej nośne niż przed laty. 
„Przyznaję, że wciąż zdarza się, że Ukraińcy w Polsce wstydzą się przyznać, że są Ukraińcami – dodaje Miron Sycz. – Jednak sytuacje takie zdarzają się rzadziej niż kiedyś. Stawiam na edukację. Im więcej wiemy o sobie, tym lepiej”.
Ale edukacja – to (także) pieniądze.


„MY, NARÓD ŚLĄSKI”


Jerzy Gorzelik, adiunkt Uniwersytetu Śląskiego, był jedną z osób, które w 1996 r. złożyły podpisy pod wnioskiem o rejestrację stowarzyszenia o nazwie Związek Ludności Narodowości Śląskiej. O tym, że naród śląski istnieje, Gorzelik jest przekonany do dziś, choć w grudniu ub.r. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekł, że odmowa rejestracji stowarzyszenia przez polskie sądy nie może być traktowana jako naruszenie praw człowieka. 
„Narodowość nie jest zapisana w genach – powtarza Gorzelik. – Ślązacy są mniejszością, bo mają odrębną kulturę, język i czują się wspólnotą”. Dziś Gorzelik pełni funkcję rzecznika Ruchu Autonomii Śląska. „Spis powszechny będzie pierwszą okazją do publicznego zadeklarowania się jako osoba narodowości śląskiej i zamierzam z tej możliwości skorzystać, i namawiam do tego innych – zaznacza. – Wierzę, że w czasie spisu przynależność tę zadeklaruje przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy osób”.
Jerzy Gorzelik czeka też na uchwalenie ustawy o mniejszościach. Podkreśla, że ten sam trybunał, który uznał prawo polskich sądów do odmowy rejestracji ZLNŚ, skierował pod adresem polskiego rządu słowa krytyki za zaleganie ustawy o mniejszościach w komisji sejmowej. 
Na ustawę czeka też Józef Gawęda z Kęt: kiedy sąd odmówił mu zarejestrowania Związku Narodowości Kęckiej, skierował sprawę do Strasburga. Czeka na rozstrzygnięcie... 


RACIBÓRZ I RATIBOR


Racibórz, w którym mieści się siedziba Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców woj. śląskiego, do 1945 r. nazywał Ratibor. Być może, jeśli ustawa w końcu wejdzie w życie, przy wjeździe do miasta staną tablice: „Racibórz/Ratibor”. 
Bo projekt ustawy o mniejszościach dopuszcza możliwość dwujęzycznych nazw – i głównie z tego powodu został oprotestowany przez posłów LPR. „Ale możliwość taką dopuszczał już protokół dodatkowy układu polsko-niemieckiego z 1991 r. – zauważa Lidia Burdzik. – Kiedy ostatnio poruszyłam tę kwestię w ministerstwie, usłyszałam, że 12 lat na realizację postulatu to wcale nie tak dużo”. 
Lidia Burdzik relacje Polaków i Niemców na Opolszczyźnie określa jako poprawne – mimo że ostatnio znowu odżyła sprawa pomników, stawianych żołnierzom Wehrmachtu z opolskich wsi i miasteczek, poległym z czasie II wojny światowej. 
I tylko czasem zdarzy się, że na tablicy przed siedzibą stowarzyszenia przy ulicy Wczasowej w Raciborzu ktoś w nocy nabazgrze: „Śląsk dla Ślązaków, Niemcy na Zachód”. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl