A mój syn

Będzie dobrze

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn, jak wiecie, będzie robakologiem. Gdyby jednak co zaszło, wyraża również chęć zostania taksówkarzem lub strażakiem. Zwrot „Gdyby jednak co zaszło” zapamiętałem z testamentu, ale nie pamiętam już czyjego. W każdym razie zaczynał się słowami: „Będzie dobrze. Gdyby jednak co zaszło, rozporządzam swoim majątkiem jak następuje...”.
A Andrzej Dwojnych jeszcze nie wie, kim będzie. Mówi o tym szczegółowo jego list: Mam 26 lat i w czwartek kończę studia (...). Potem czeka mnie Narodowy Spis Powszechny, bowiem zostałem rachmistrzem. Zarobię więc parę złotych. A potem?
Wariant I. Nic nie będę robił, a rodzice będą mnie dalej utrzymywali z rent i ze swojego sklepiku spożywczego, bo jestem jedynakiem. Tyle, że jak nasz przydomowy sklepik okradną jeszcze ze dwa razy (z soboty na niedzielę w nocy go obrobili), to będę musiał chodzić w dziurawych skarpetkach i butach bez zelówek. Żeby chociaż nie kradli wina i papierosów, bo z tego w moim Bądkowie Jeziornym jest największy zarobek, ale „oni” najbardziej upierają się właśnie na wino, papierosy i podróbki „Pokemonów” (zapewne mają dzieci).
Wariant II. Wyjadę do roboty do Hameryki, ale kto zostanie w domu? Trochę szkoda mi opuszczać i rodziców i tych wokół mieszkających ludzi (...).
Wariant III. Dajmy na to kariera Nikodema Dyzmy – każdemu wolno pomarzyć...
Wariant IV. Wystartuję w wyborach. Jako działacz przez duże „D” czuję, że nie byłbym bez szans. Jest jednak pewne ale. Na radnego gminy – z tego się nie utrzymam, jeżeli mam na uwadze np. założenie i utrzymanie rodziny. Na radnego powiatowego – tu już lepiej płacą, ale trzeba się zapisać do partii. (...)
Otóż jeszcze dwa, trzy miesiące temu takie rozważania wydawały mi się niezłym żartem, ale dzisiaj już nim być przestają. Kolega ze studiów (wierny czytelnik Pana artykułów) powiedział, że on mógłby się zapisać właściwie do każdej z naszych sześciu „czołowych partii”, byleby tylko go chcieli. I widzi Pan, to jest bardzo smutne, ale ja się zacząłem nad tym, co on powiedział, zastanawiać, choć jeszcze nie tak dawno bardzo denerwowali mnie tacy „dwulicowcy”. Wieczorami sobie myślę, że przecież taki „działaczyk” jak ja może się np. takiej Samoobronie przydać, no nie? I co, byle krzykacz będzie chodził w garniturze i będzie grał wielkiego radnego, a ja będę chodził w dziurawych skarpetkach i jeździł całe życie trzydziestojednoletnim (na razie) Wartburgiem z odlatującymi błotnikami tylko dlatego, że jestem uczciwy w stosunku do siebie i swoich poglądów? Skoro ludzie w większości wolą być cieleśnie wykorzystywani przez różnych polityków, którzy chcą dla nich „dobrze”, to czemu ja miałbym nie dać ciała takiej Samoobronie czy może LPR, jeżeli coś za to dostanę? Potem zaś wykorzystywać cieleśnie innych i robić dla nich „dobrze”? 
Najpierw pozwólcie, że załatwię dwie sprawki osobiste. Po pierwsze, wszystkich rachmistrzów z Herodem na czele informuję, że rozumiem trudną sytuację większości z nich, ale w dniach Narodowego Spisu nie ma mnie w domu (a tym samym chyba i w narodzie?). Jadę na wycieczkę do Egiptu, więc mnie sobie odpuśćcie, bo tylko odcisku się możecie nabawić od naciskania dzwonka. Po drugie, kolegę pana Andrzeja ze studiów proszę o zaniechanie lektury moich tekstów, skoro to nic nie pomaga.
Jakoś tak czuję się upoważniony do wskazania dużo młodszemu życiowej drogi. Jak na dłoni widać, że jedyny wart uwagi wariant to ten trzeci. Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia – wino, papierosy i pokemony nie przestaną być Bądkowianom Jeziornym niezbędne do istnienia. Wariant hamerykański omówili Łemkowie w piosence emigrantów: „Dobry w Hameryci, jak ide robota. Kraśni sia pryberesz, jak pryjde subota”. A jak robota „ne ide”? Stacza się człowiek pomiędzy Murzyny i wyjada popkorn ze śmietników star-spangled, stanowczo odradzam emigrację za chlebem. Hańbę wariantu radnego sam pan Andrzej dobrze rozumie, ale żeby go w tym utwierdzić, przypomnę zalety dziurawych skarpetek i wartburgów sprzed dziesięcioleci. Nie sądzę, żeby mój korespondent w takim image’u stał się wyrzutem sumienia tych, co sumienie przehandlowali, ale błagam, póki ma 26 lat i własne sumienie, niech strzeże tego skarbu. W dziurawych skarpetkach i z urwanym błotnikiem wygląda się i tak lepiej niż „statystyczny” radny z fałszywiejącymi z dnia na dzień oczkami i w źle leżącym garniturze (radni strasznie tyją od tych diet, a na grubasie każdy garnitur źle leży). W dziurawej skarpetce fajnie się kiwa dużym palcem. Buty bez zelówek są dobre na ślizgawkę zimą. Mając wartburga można spać spokojnie, nie ukradną go. Jak Pan teraz da ciała, nie zapomni Pan o tym do końca życia. Jak Pan wytrzyma jeszcze z 10 lat, będzie Pan z tego do końca życia czerpał. Wiem, łatwo mówić. Ubóstwo może być dobre, lecz nędza zawsze jest straszna. Ale może uda się, jak dziewięciu dziesiątym tego dość zdradzonego narodu (czy Spis Narodowy policzy dokładnie rozczarowanych i skrzywdzonych?), niczego się nie dorobić, ale cudem nie umrzeć z głodu? Niech Pan spojrzy na Stefana Niesiołowskiego: wspaniały robakolog, a jako polityk – cienizna. Niech Pan pomyśli o, daj Boże, dzieciach. Niżej podpisany, cudem wyhodowany na chlebie maczanym we wodzie i cukrze, jakże jest wdzięczny swemu ojcu, że nie jest synem radnego, ormowca albo członka rady nadzorczej.
I wreszcie istnieje ta szansa Dyzmy. Nie jest to ideał człowieka, ale jego kariera uczy, że można robić rzeczy niemożliwe. Wleźć na nie byle jaki szczyt o własnych siłach. „Naprawdę zdarza się tylko cud”, jak napisał mój znajomy w wierszu, zresztą młodzieńczym. Lepiej liczyć na cud niż na matematykę, liczbę popleczników, wielkość elektoratu i własną małość. Lepiej być marzycielem niż ciemiężycielem. Głodnym, ale swobodnym. Po epizodzie rachmistrza proszę porzucić rachowanie i próbować czystego mistrzostwa. Należne mi trzysta tynfów proszę włożyć w remont wartburga.


Jacek Podsiadło


 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl