Na dorobku, ale z dyplomem

Anna Mateja



Trudno byłoby zaryzykować tezę, że Polacy są dobrze wykształceni. A okazuje się, że tak właśnie jest. 



Ile warta jest staranna edukacja, Polacy wiedzieli na długo przed rozpoczęciem reformy oświaty. Gdy w 1989 r. otwarto granice, a kilka miesięcy później rozpoczęto realizację reformy gospodarczej zmierzającej do ukształtowania w Polsce wolnego rynku, okazało się, że opłaca się być wykształconym. Jako, że na reformę systemu edukacji przyszło czekać do 1999 r., wyłącznie od zamożności rodziców zależało, w jakiej szkole znajdzie się dziecko (najlepiej w prywatnej, a jeśli publicznej, to najlepiej obecnej w lokalnym rankingu szkół), ilu języków obcych będzie uczyło się poza zajęciami i jakie zainteresowania rozwijało. Niektóre decyzje mógł motywować snobizm, wiele było jednak dokonywanych z precyzją inwestycji giełdowej. Poprzedzał je rachunek wydatków i spodziewanych zysków. Wykształcenie było inwestycją, która miała ułatwić studiowanie atrakcyjnych kierunków, później pomóc w znalezieniu pracy (ciekawej i dobrze płatnej), dać umiejętność szybkiego uczenia się i dostosowywania do zmieniających się wymagań rynku pracy.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Według raportu o wykształceniu Polaków, opracowanym przez naukowców z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (fundacja CASE), 11 proc. osób w wieku największej aktywności zawodowej (a więc nie emeryci i nie studenci) posiada wyższe wykształcenie. Wyprzedziliśmy nie tylko Portugalię, ale również Czechy i Austrię. Daleko nam jednak do Francji (ponad 20 proc.), Szwecji (28 proc.) czy nawet malutkiej Belgii (24 proc.), ale i tak wygląda to imponująco, jeśli przypomnieć, że jest to efekt polskiego pędu do nauki, wysokich aspiracji edukacyjnych społeczeństwa i wykładania prywatnych środków na naukę, a nie np. rozpoczętej u zarania transformacji ustrojowej reformy edukacji.
Zmiana podejścia do nauki uwidoczniła, chyba mocniej niż kiedykolwiek wcześniej, ograniczone możliwości dzieci spoza miast. Łatwo dostrzec w tym analogię z międzywojennym podziałem na rozwijającą się Polskę A i ubogą Polskę B, tyle że dawne różnice między regionami przeniosły się na przełomie wieków na miasto i wieś. Poza zamożnymi przedmieściami dużych miast, posiadającymi podobne do wielkomiejskich możliwości edukacyjne, wieś (ale też małe miasta i niektóre dzielnice robotnicze) jest zmarginalizowana i uboga. Bez pomocy państwa, kolejne pokolenia będą powielały znany scenariusz nauki: szkoła podstawowa, następnie zawodowa – zasadnicza lub średnia. I, coraz częściej niestety – bezrobocie. Trudno oszacować, ile czasu zabierze nam zmiana niekorzystnych danych, jeśli teraz jedynie 2 proc. mieszkańców wsi posiada wyższe wykształcenie, a miast już 10 proc. (dla porównania: 2 proc. Polaków posiadało dyplomy wyższych uczelni w 1970 r.). Ponad połowa mieszkańców na wsi ukończyła tylko szkołę podstawową, podczas gdy w miastach – 1/3 mieszkańców. Również absolwentów szkół średnich jest o wiele mniej na wsi. 
Jeśli odstajemy poziomem wykształcenia od krajów zachodnich, to właśnie z powodu jego struktury, czyli przewagi wykształcenia podstawowego i zasadniczego zawodowego nad wyższym i średnim. Nie może być inaczej, skoro większość zakładów pracy w poprzednim ustroju nie potrzebowała dobrze wyedukowanych pracowników. Błędem było jednak podtrzymywanie istnienia zbędnych szkół i zawodów przez 10 lat od rozpoczęcia zmian ustrojowych. Problemem do rozwiązania jest obecnie szkolnictwo zawodowe oraz zaistniałe kilka lat temu masowe kształcenie ogólnokształcące, które często było ucieczką od nauki zawodu i konieczności poszukiwania zatrudnienia na niepewnym rynku pracy. Nie wszyscy absolwenci liceów ogólnokształcących mogli kontynuować naukę, stąd masowe wśród nich bezrobocie. 
Zaskakujące mogą wydać się dane dotyczące wykształcenia kobiet i mężczyzn. W średnim pokoleniu więcej pań niż panów kończyło szkołę średnią, natomiast od 1998 r. kobiet z dyplomem uczelni, co prawda minimalnie, ale jest więcej niż mężczyzn. W latach 1994–1998 zauważono też, że kobiet studiujących jest trzy razy więcej niż mężczyzn. Na większe ambicje edukacyjne, ułatwiające później zdobycie pracy, złożyły się zarówno kłopoty z utrzymaniem rodziny z jednej pensji (niemałe znaczenie ma obawa utraty źródła dochodu, gdyby restrukturyzacja rynku pracy doprowadziła do zwolnienia jedynego żywiciela rodziny), jak z drugiej strony dążenie kobiet do pogodzenia realizacji zawodowej z posiadaniem rodziny. 
Dążenie do posiadania starannego wykształcenia jest jednak dowodem na szybkie przyswojenie dwóch lekcji: przychodzącej ze świata konieczności kształcenia się przez całe życie oraz dostosowywania się do wymagań rynku. Opinie o dobrym wykształceniu Polaków, poparte danymi z MEN, GUS, Rządowego Centrum Studiów Strategicznych oraz OECD, wynikają z poprawy struktury i poziomu kształcenia oraz przeświadczenia społeczeństwa, że edukacja jest cenną inwestycją nawet, jeśli bezrobocie nie omija osób z dyplomem wyższej uczelni. Raport nie dostarcza niestety danych jakościowych, które pokazywałyby, w jakim stopniu zdobyte kwalifikacje przełożyły się na wzrost efektywności i kompetencji zawodowych.

Dane pochodzą z raportu „Wykształcenie i przygotowanie zawodowe Polaków” przygotowanego przez fundację CASE na zlecenie Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych (Warszawa 2000). 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl