Między Dunajem a Sekwaną

Janusz A. Majcherek



Co dla Polski i dla Europy wynika z niedawnych wyborów parlamentarnych na Węgrzech oraz prezydenckich we Francji?



Kiedyś na Węgrzech mówiono o „pospiesznym z Warszawy”, co oznaczało docieranie do Madziarów trendów, które wcześniej pojawiły się w Polsce: Okrągłego Stołu, przejęcia rządów przez antykomunistyczną opozycję, powrotu do władzy postkomunistycznej lewicy, jej przegranej w kolejnych wyborach, potem zwycięstwa prawicy – i znowu lewicy (pod wodzą Leszka Millera). Prawicowy premier Viktor Orban, rządzący nad Dunajem od 1998 r., postanowił za wszelką cenę przerwać tę prawidłowość i – na przekór polskim wyborom sprzed pół roku – utrzymać się u władzy przez drugą kadencję. 
Określenie „za wszelką cenę” to nie tylko zwrot retoryczny. Orban, niegdysiejszy liberał, jako premier dążył do przekształcenia swojej partii (Fidesz) w reprezentację całej węgierskiej prawicy. Strategię tę realizował, przejmując hasła konkurentów, zwłaszcza tych radykalnych, a także mobilizując opinię publiczną retoryką patriotyczno-narodową, upowszechnianą przez podporządkowane sobie media. W rezultacie wyeliminował rywali, skupił elektorat prawicowy i omal nie wygrał ponownie wyborów: koalicja Fidesz i Forum Demokratycznego (MDF) zdobyła więcej głosów od socjalistów, lecz nie dość do sprawowania władzy, a innych potencjalnych koalicjantów brakło, bo Orban ich wyeliminował. Rządzić będzie więc dotychczasowa opozycja: socjaliści i liberałowie. 
Węgierska polityka po tych wyborach może się wydawać spełnieniem marzeń Polaków: dwa silne bloki (prawica i lewica) oraz liberalne centrum jako „języczek u wagi”, skrajna prawica zmarginalizowana, spore zaangażowanie obywateli (frekwencja ponad 70 proc.). 
Wszystko to ma jednak stronę odwrotną, mniej atrakcyjną. Aby przechwycić i skonsolidować cały elektorat prawicy, w tym także radykalny, Orban odwołał się do nacjonalizmu: ogłosił się „premierem wszystkich Węgrów” i przeforsował „Kartę Węgra”, udzielającą szereg przywilejów obywatelom innych państw narodowości węgierskiej. Doprowadziło to do konfliktów ze wszystkimi krajami sąsiednimi, w których mieszkają Węgrzy. Orban poparł też głosy z Niemiec i Austrii, domagające się anulowania tzw. dekretów Benesza (m.in. na ich mocy po 1945 r. z Czechosłowacji wysiedlono Niemców – red.), czym spowodował napięcie w stosunkach z Czechami i Słowacją, rozbicie Grupy Wyszehradzkiej i ożywienie narodowych animozji w regionie. A przywłaszczeniem patriotyczno-narodowej symboliki wywołał pęknięcie i wewnętrzne zantagonizowanie społeczeństwa węgierskiego. Ostatecznie i tak oddał władzę.
W 1997 r. to polska prawica, wówczas pod szyldem AWS, dała przykład Węgrom, jak w jedności zwyciężać. Czy dziś przykład ma iść od bratanków? Czy wyjść na przywitanie „pospiesznego z Budapesztu”? Jeśli wziąć pod uwagę, że polska prawica się rozpadła i przegrała wybory, a część miejsca po niej przejęli nacjonalistyczni radykałowie (LPR), to model węgierski może się wydać atrakcyjny. Wedle takiej logiki Platforma Obywatelska powinna ostro skręcić w prawo, wymanewrować PiS i przechwycić wyborców LPR. W taki model wpisałoby się forsowanie „Karty Polaka”, żądanie od wschodnich sąsiadów odszkodowań dla wysiedlonych zza Buga, podniesienie wątpliwości co do statusu czeskiego Zaolzia. Skutki byłyby trudne – a może łatwe – do wyobrażenia.
Jednak obecny rozpad polskiej prawicy sprawia, że rosnące niezadowolenie z rządów lewicowej koalicji przynosi wzrost poparcia dla radykałów i populistów – w istocie antysystemowych. Ideologiczne rozdarcie, organizacyjny niedowład i rozproszone przywództwo powodują, że Platforma nie jest w stanie stworzyć antylewicowej alternatywy politycznej, na miarę własnych zapowiedzi. W tej sytuacji na siłę polityczną wyrasta „Samoobrona”.
Z kolei doświadczenia AWS zniechęcają: ciągłe uleganie przez władze AWS presji różnych frakcji i środowisk „narodowo-patriotycznych” doprowadziło w latach 1997-2001 do zdestabilizowania i zdekomponowania, a potem rozpadu obozu prawicowego, który 5 lat temu wyglądał na uformowany. I problem nie tylko w tym, że Marian Krzaklewski pod względem umiejętności politycznych nie umywał się do Orbana. Przyjęty przez Krzaklewskiego model jednoczenia postsolidarnościowej prawicy (tzw. parytety, czyli rozdawanie różnym środowiskom w AWS rozmaitych sektorów władzy i życia publicznego, np. poczty i resortu łączności w gestię ZChN) okazał się zabójczy. Wariant węgierski jest jednak autodestrukcyjny – i niebezpieczny. Polska opozycja musi wypracować sposób na skorzystanie z zalet ich obu, bez płacenia takich kosztów. Sprawdzianem będą jesienne wybory samorządowe. 
Inaczej rzecz wygląda w przypadku Francji: francuski model polityczny jest bowiem bezdyskusyjnie anachroniczny i kompromitujący. Nie chodzi jedynie o sukces Le Pena, ale o układ sił i społecznych preferencji, ujawniony w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Jeśli zestaw polskich kandydatów do prezydentury wydawać się mógł dziwaczny, to lista francuskich pretendentów była kuriozalna – i to począwszy od zwycięskiego Chiraca-gaullisty (co to dziś takiego: gaullista?), przez rozmaitych trockistów i maoistów, na anarchistach kończąc. To istne pandemonium, obrazujące zaburzenia politycznej mentalności francuskiego społeczeństwa.
To dlatego Francja, owładnięta żałosną manią wielkości, pogrążona w strachu przed imigrantami oraz naporem Ameryki i globalizacją, skompromitowała się na oczach świata. Od 1989 r. z tego kraju, będącego filarem UE, nie wypłynęła żadna konstruktywna idea dla Europy. Francuzi czynią raczej wszystko, by nic nie zmieniać. Im bardziej zaś Francja pogrąża się w swych frustracjach, tym większa rola przypada w Unii Niemcom. Niemcy mają dla Europy ideę: jest nią federalizm. A jeśli Europa ją odrzuci i postanowi umacniać państwa narodowe, Niemcy też wyjdą na tym dobrze, bo są największym narodem w Europie.
Właśnie w cieniu wyborów na Węgrzech i we Francji, w Niemczech, w landzie Saksonia-Anhalt, odbywały się wybory do parlamentu krajowego (landowego), ostatnie przed jesiennym głosowaniem do Bundestagu. Zwyciężyła chadecja, która będzie rządzić z liberałami; obie partie odnotowały spory sukces w tym najbiedniejszym regionie Niemiec. Rządzący dotąd socjaldemokraci stracili 40 proc. poparcia, postkomuniści utrzymali swą pozycję, prawicowi radykałowie zostali wyeliminowani. Władzę przejmują więc partie tradycyjnej prawicy i centrum. Demokracja niemiecka wygląda na zdrową – i w niej powinniśmy dostrzegać pozytywny przykład i sprzymierzeńca. Na Francję nie ma co liczyć, współpracę w Europie Środkowej sparaliżował Orban, inni sojusznicy są daleko.
W Polsce federalizm jest odrzucany, bo Polacy są przywiązani do państwa narodowego. Jeśli wybory do Bundestagu wygra prawica chadecka i kanclerzem zostanie Edmund Stoiber, Niemcy raczej nie będą forsować federalizmu. To Polsce nie wróży nic dobrego: nie chodzi oczywiście o jakieś zagrożenie. Niemcy nie będą po prostu wspierać, a zwłaszcza finansować kandydatów do UE i jej nowych członków.
Polsce grozi popełnienie po raz kolejny w historii błędu, polegającego na niedostrzeganiu, że dominacja w Europie interesów narodowych jest niekorzystna dla polskich interesów. W sfederalizowanej Europie pozycja Polski byłaby w istocie silniejsza (a polskie regiony mogłyby liczyć na więcej) niż w Europie podporządkowanej narodowym interesom i egoizmom. Idee federalistyczne mają w Polsce wspaniałe tradycje, o ich urzeczywistnienie walczył Piłsudski, ale nawet on nie był w stanie ich obronić. Czy teraz będzie podobnie?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl