LISTY



Wciąż te same zarzuty

W artykule „Chłopcy wcale na to nie liczą” Ernest Skalski posłużył się moim przykładem dla udowodnienia pewnej tezy. Co prawda zasady logiki podpowiadają nam, że z fałszywych przesłanek można wyciągać prawdziwe wnioski, najpierw jednak pragnę sprostować fakty. Otóż, zdaniem autora, upomniałam się niegdyś o prawa konkretnej kobiety, która z racji płci nie mogła dostać pracy. Zostało to przeciwstawione skuteczniejszym działaniom Joanny Szczęsnej, która tejże kobiecie pomogła znaleźć zatrudnienie. Zamiast tylko gadać, coś zrobiła. Pozwoliło to Skalskiemu zrozumieć, czemu nie przepada za feminizmem. 
Prawda jest inna. Wspominając moje przyjaciółki z czasów działalności opozycyjnej napisałam, że jedna z nich przez wiele lat nie mogła doczekać się przywrócenia do pracy utraconej w stanie wojennym. Jak wynikało z mego felietonu, sprawa znalazła szczęśliwe zakończenie. Sąd pracy przywrócił jej dawne stanowisko. Nic mi nie wiadomo, aby miała w tym jakikolwiek udział Joanna Szczęsna, choć mogę się mylić. Naiwnie chciałabym wierzyć, że sądy są niezawisłe. Ponadto nie rozumiem, czemu optymizmem miałby napawać nas fakt, iż drogą do zdobycia przez kogokolwiek pracy mogły być charytatywne działania Joanny Szczęsnej. Wolałabym, aby w Polsce pracę otrzymywało się ze względu na kompetencje. Nie mówiąc już o absurdzie, jakim jest porównywanie moich publicznych wypowiedzi z czyjąś prywatną dobrocią. Czy gdyby okazało się, że istnieje taka kobieta, której kiedyś ja pomogłam, Ernest Skalski polubiłby feminizm?
Wniosek o wyższości konkretnego pomagania nad pisaniem wydaje się wątpliwy również w swojej najogólniejszej formie: feministki za dużo mówią, a za mało robią. Sądząc z poziomu argumentów prezentowanych przez Ernesta Skalskiego, w dziedzinie świadomości społecznej jest nie mniej do zrobienia niż w praktyce. Z tekstem Skalskiego nie zamierzam polemizować z prostego powodu: z wszystkim tezami zawartymi w artykule już wielokrotnie polemizowałam. Polemizowały też inne kobiety i mężczyźni. Wzywając feministki do rozmowy Ernest Skalski sam jest do niej zupełnie nieprzygotowany, gdyż każda rozmowa wymaga słuchania. A czasem spotkania. Powołując się również na mój felieton, Skalski bez przygany przyjmuje odrzucenie przez Szczęsną zaproszenia na rozmowę z feministkami o kobietach „Solidarności”. Feministkami, które, jak wiadomo, nie chcą rozmawiać.
Powiem szczerze, mam dość sytuacji, gdy od lat padają wobec feminizmu wciąż te same zarzuty, wciąż się na nie odpowiada, lecz rozmowa nie rozwija się, żadne nowe argumenty nie są uwzględniane. Chociażby dziesiątki argumentów w sprawie parytetu na listach wyborczych. Nie twierdzę, że zamykają one dyskusję, ale nieustanne sprowadzanie problemu do lamentu: ja tam nie będę głosował na niekompetentne baby, uważam, delikatnie mówiąc, za nazbyt banalne.
KINGA DUNIN



Dziecko rodzi się nam wszystkim

Jestem matką trójki dzieci i mieszkam w Japonii. O problemie poruszonym przez panią Józefę Hennelową w tekście „Złe urodzenie” („TP” nr 16/2002) nigdy nie dość mówić.
W mojej dzielnicy mieszka wyjątkowo dużo rodzin z dziećmi upośledzonymi. Widzę, jak codziennie rano te dzieci podwozi się na wózkach i wózkach-łóżkach na przystanek. Stamtąd specjalnymi autobusami rozwożone są do ośrodków rehabilitacyjnych lub szkół specjalnych. Instytucji, którym można zaufać. Matki nie mają ich przez pół dnia. Niektóre w tym czasie pracują. Z tych ośrodków korzystają tu wszystkie upośledzone dzieci. Na prowincji, gdzie o takie miejsca trudniej, dziecko ma przystosowany do jego potrzeb pokój i zapewnione regularne wizyty lekarza i pielęgniarki. Koszt tego, tak jak i szkoły, nie obciąża rodziny.
Gdyby w Polsce, po badaniach prenatalnych, lekarz mógł powiedzieć matce, że to dziecko urodzi się nie tylko jej, ale nam wszystkim i w związku z wysokim stopniem upośledzenia może oczekiwać, zatwierdzonej ustawą, wysokiej pomocy. Nie tylko w postaci miesięcznego zasiłku w wysokości... Gdyby urodziły się pięcioraczki, matka dostałaby przecież odpowiednią pomoc. I słusznie. Nie mam nic przeciwko pięcioraczkom i pomocy udzielonej ich matce. Mam dużo przeciwko izolowaniu matki z dzieckiem upośledzonym, bo taka sytuacja przerasta ją fizycznie i psychicznie.
Moja sąsiadka ma kalekiego syna. Mówię do niej: „Pani jest taka pogodna”. „Bo wtedy ludzie przyjdą” – odpowiada. To tylko psychologiczny aspekt sprawy. Dzieci ciężko upośledzonych jest więcej niż pięcioraczków. Czy ich liczba przekracza jednak możliwości finansowe np. miasta? To właśnie matce z takim dzieckiem należy się pomoc i staranie władz (wilczyca zagryza swoje małe ze strachu o nie...).
Może matka odważniej przyjęłaby upośledzone dziecko, gdyby wiedziała, że jest dla niego miejsce w społeczeństwie i są warunki do rehabilitacji. A przy paragrafie o zakazie aborcji figuruje nie groźba poniesienia odpowiedzialności karnej za jej dokonanie, ale lista przysługujących kobiecie i dziecku świadczeń. Nowa ustawa powinna być do tej listy przyszyta, stwarzając warunki do pielęgnacji dziecka upośledzonego. Mam nadzieję, że wygrany proces łomżyński umożliwi państwu W. stworzenie takich warunków swoim dzieciom na własny koszt.
ELŻBIETA SATO
(Tokio)


Praca do wykonania

Z przykrością przeczytałem rzeczowy artykuł Józefy Hennelowej o „źle urodzonych”. Okazuje się, że i na tym polu jesteśmy „do tyłu”. Hipochondroplazja i achondroplazja to wady wrodzone, dominujące (synonim zespołu Parrota). Obie podobne w skutkach: wzrost poniżej 1 m, kończyny bardzo krótkie, ale inteligencja dobra. W USA tacy ludzie występują w proporcji 1:30 tys., w Europie około 1:10 tys. Potrzebna jest organizacja społeczna, jak np. dla niewidomych, która pomogłaby tym ludziom znaleźć miejsce w społeczeństwie. Aborcja to w naszym poziomie uświadomienia odpowiednik wiader z wodą, które funkcjonowały w NRD. Tam rodziły się tylko „dobrze urodzone” dzieci. Musimy wreszcie rozpocząć pracę na tym polu, bo przypadek z Łomży na pewno nie jest pierwszy. 
JÓZEF NIWELIŃSKI
Zakład Cytobiologii i Histochemii CM UJ
(Kraków)


Moja parafia w Miednikach

Miedniki to prastara miejscowość (kiedyś Miedniki Królewskie) położona 28 km od Wilna. Wielu mieszkańcom Litwy kojarzy się z malowniczymi ruinami królewskiego zamku oraz położoną niedaleko Górą Józefową – najwyższym punktem państwa (292 m n.p.m.). 
Kościół miednicki jest jednym z pierwszych siedmiu kościołów parafialnych, założonych przez króla Władysława Jagiełłę tuż po chrzcie Litwy w 1387 r. Przywilejem Jagiełły w Miednikach osadzono zakon augustianów, który pracował tu przez ponad cztery wieki. W obecnym kształcie kościół zatwierdzono w 1928 r. i parę lat później poświęcono pw. św. Kazimierza Królewicza. Od lat 60. parafią opiekują się franciszkanie. Od 1990 r. przybywają tu zakonnicy z Polski, założono postulat i nowicjat dla zgłaszających się chłopców. W tym roku dwóch z nich otrzyma święcenia kapłańskie.
Parafia miednicka liczy ok. 1350 mieszkańców w 27 wioskach. Trudno znaleźć pracę, ludzie żyją biednie. Z młodzieży jednostki dostają się na studia w Wilnie czy Polsce, a większość nie ma co robić. Pomimo tych utrapień ludzie potrafią zaoszczędzić i pomóc w remoncie kościoła parafialnego. Przy wydatnej pomocy z Polski i Niemiec założono ogrzewanie w kościele. W miarę zdobywania funduszy obijany jest wewnątrz drewnianą szalówką. Szukamy funduszy na nowe podwójne okna i obicie kościoła na zewnątrz szalówką.
Wielu parafian czasy sprzed 1990 r. wspomina z nutką zawiedzenia, że były dobre i szkoda, że nie powrócą...
O. Andrzej Cyrański
OFMConv.
(Miedniki, Litwa)




Pominięte fakty

Agnieszka Sabor w cyklu artykułów „Żydzi i Arabowie: dzieje konfliktu” („TP” nr 15-17/2002) starała się bardzo obiektywnie przedstawić historię. Jednak w odcinku 2. nie wyjaśniła, w jakiej sytuacji doszło do wojny rozpoczętej 5 czerwca 1967 r. Nie chodziło bowiem tylko o propagandę państw ościennych. Egipt w maju 1967 r. skierował na Synaj, w pobliże granicy z Izraelem, dużą liczbę oddziałów wojskowych, nakazał siłom pokojowym ONZ opuszczenie terenu i nałożył blokadę na Cieśninę Tyrańską oraz Zatokę Akaba zamykając statkom izraelskim dostęp do Morza Czerwonego (typowy casus belli). Rząd Izraela lękając się zmasowanego ataku ze strony Egiptu, Syrii i Jordanii, których połączone siły znacznie przewyższały jego, w atmosferze rosnącego niepokoju o losy narodu, zdecydował się na atak prewencyjny.
Mój sprzeciw budzi natomiast tekst Wojciecha Pięciaka „Błędna i niesprawiedliwa” („TP” nr 17/2002), pomijający pewne fakty. Uchwała Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 29 listopada 1947 r. przewidywała utworzenie na terenach na zachód od Jordanu dwóch państw: żydowskiego i arabskiego. Społeczność żydowska zgodziła się na plan podziału, chociaż był on dla niej niekorzystny. Arabowie, w odpowiedzi na proklamowanie państwa Izrael, odrzucili plan. Pięć państw arabskich, 14 maja 1948 r., rozpoczęło wojnę z Izraelem obliczoną na jego całkowite zniszczenie. Izrael obronił się za cenę 6 tys. ofiar.
W ostatniej dekadzie po kolejno zawieranych porozumieniach z Palestyńczykami, a nawet po każdym postępie w rokowaniach, następowały zamachy terrorystyczne niweczące szansę na pokój. To właśnie z powodu zamachów obywatele Izraela odwrócili się od tych przywódców, którzy próbowali na drodze ustępstw doprowadzić do pokoju. Dlatego Benjamin Netaniahu wygrał z Szimonem Peresem, a Ariel Szaron pokonał Ehuda Baraka. Niestety ze strony palestyńskiej nie było nigdy żadnych aktów dobrej woli, a Jasir Arafat na każde ustępstwo odpowiadał nowymi żądaniami. Rację ma Sergiusz Kowalski pisząc o jednej twarzy terroryzmu („TP” nr 16/2002). 
ZOFIA RADZIKOWSKA
(Kraków)


Opłata za nagrobek

Po raz pierwszy stawiam nagrobek zmarłej w mojej rodzinie osobie. Po pięciu latach ciułania grosza do grosza uznałam, że za zaoszczędzone pieniądze będę w stanie postawić skromny, ale schludny pomnik mojemu zmarłemu 5 lat temu Ojcu. Zamawiając nagrobek w zakładzie kamieniarskim dowiedziałam się, że muszę jeszcze zapłacić w parafii 10 proc. jego wartości. Zaszokowała mnie ta informacja. Pierwszy raz o tym usłyszałam. Dlaczego Kościół pobiera opłaty za postawienie nagrobka? Przecież już przy pochówku płaci się za miejsce na cmentarzu. Gdybym zostawiła skromny, z ziemi usypany grób zaoszczędziłabym sporo pieniędzy. Zachowując jednak tradycję stawiania porządnych nagrobków oraz wyrażając szacunek pamięci zmarłego i ponosząc, jak każdy spore koszty, muszę jeszcze płacić drugi raz na rzecz tego samego miejsca na parafialnym cmentarzu. Stawiając pomniki dbamy przecież o estetykę cmentarza: myjemy groby, przynosimy kwiaty, zapalamy znicze. Dajemy ofiary na tacę, na naprawę ogrodzenia cmentarza i za wywóz śmieci. Dlatego ciągle nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego parafie pobierają tak wysokie kwoty od nas parafian.
(czytelniczka z Mikołowa, woj. śląskie
nazwisko i adres do wiadomości redakcji)

*

Cmentarze zarządzane przez parafie najczęściej są ich własnością. Daje to możliwość czerpania zysków przeznaczanych na różne cele, ale obliguje też do odpowiedniego utrzymania tych obiektów. Parafie są zobowiązane do wywozu śmieci, naprawy ogrodzenia, utrzymania alejek, inwestycji (kaplica cmentarna, lodówki itp.). W związku z tym, pobieranie opłat jest nie tylko legalne (parafie płacą zryczałtowany podatek dochodowy), ale także uzasadnione. 
Niedawno w Radiu Zet dyskutowano na temat opłat uiszczanych przy okazji stawiania nagrobków na cmentarzu. Redaktor prowadzący posłużył się analogią zbliżoną do Pani rozumowania: jeśli ktoś wynajmuje mieszkanie i za to płaci, jak można uzasadnić pobieranie opłat za modernizację czy inną inwestycję dokonaną i w całości opłaconą przez wynajmującego, skoro cała inwestycja służy także właścicielowi? Dzięki niej parcela jest przecież piękniejsza. Można posłużyć się inną analogią. Jeśli ktoś zapłaci za wykorzystanie na czyimś terenie metra kwadratowego ziemi, to jeszcze nie znaczy, że nie należy renegocjować postawienia w tym miejscu pomnika. Taka sytuacja zachodzi w przypadku cmentarzy. Pochówek jest jednym, a budowa pomnika drugim. To nowa jakość, często odległa nawet w czasie. Trzeba dodać, że w przeciwieństwie do wynajmu mieszkań, gdzie czynsz pobiera się co miesiąc, w przypadku cmentarzy, także wymagających utrzymania, są tylko dwie okazje pobrania opłat: pochówek i związana z nim rezerwacja miejsca oraz budowa pomnika, która jest odrębnym zagadnieniem i nie dotyczy wszystkich osób. 
Można zastanawiać się nad przyzwoitością takiego rozwiązania. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie można ludzi zaskakiwać wymaganiem nawet uzasadnionych, ale niespodziewanych, dodatkowych opłat. Byłoby najprościej już przy załatwianiu formalności związanych z pogrzebem informować rodzinę zmarłego o finansowych zasadach funkcjonowania cmentarza. Chrześcijanie mają obowiązek pochować po chrześcijańsku, to znaczy z uwzględnieniem modlitwy czy godnego miejsca. Na pewno nie można tu mówić o nagrobku, który zawsze jest pewnym luksusem. W niektórych środowiskach sąsiedzi i członkowie rodziny wywierają presję i tam nie wypada nie stawiać pomników swoim bliskim. Warto chyba w takich sytuacjach, po zbadaniu sprawy, zastosować w parafialnych kancelariach indywidualne rozwiązania i dostosować je do warunków. Często będziemy mieli do czynienia w takich sytuacjach z ludźmi ubogimi. Zawsze jednak 10 proc. opłata zapewnia, że suma składana w kancelarii będzie wprost proporcjonalna do zamożności wiernych.
Ks. MAREK ŁUCZAK


Powrót do cen umownych

Fakt, że w obronie drobnych sklepikarzy parlament zamierza wprowadzić sztywne, wyższe ceny na artykuły detaliczne, napawa mnie zdumieniem. Wzrosną przecież koszty utrzymania ludzi biednych, starszych, bezrobotnych, których jedyną szansą na korzystne zakupy była wyprawa do supermarketu (wielokrotnie widziałem osoby mające w wielkich wózkach tylko parę rzeczy z promocji). Gdybym był udziałowcem sieci dużych sklepów, śmiałbym się do rozpuku z głupoty parlamentarzystów, którzy pragną, żebym czerpał dodatkowe zyski z wprowadzenia sztywnych cen.
Od 1985 r. mieszkam w Niemczech, gdzie także można było zauważyć upadek małych sklepików (tzw. tante Emma laden) spowodowanych upowszechnieniem się zakupów w supermarketach gwarantujących niższe ceny i kuszących promocjami. To tendencja globalna i nie ma sensu tworzyć z Polski skansenu, w którym na każdym rogu egzystuje (wg projektu „dobrze prosperuje”) mały sklepik. Mały sklepik nie jest partnerem dla producenta. Pamiętam historię z czasów transformacji systemowej w Polsce, gdy znajomy chciał kupić u producenta w Hamburgu orzeszki i był zdziwiony, że producent oferował mu cenę znacznie wyż-
szą, niż cena detaliczna orzeszków w sieci sklepów Aldi. Tylko, że Aldi kupuje ich rocznie 80 tys. ton, a znajomy chciał tylko 1 kontener, czyli parę ton. W Niemczech gwarantami stabilności cen są: konkurencja między sieciami sklepów oraz pozycja supermarketów, które mogą wynegocjować od producentów tak niskie ceny, jakich nigdy nie uzyskaliby właściciele małych tante Emma laden. Sieć supermarketów kupuje roczną produkcję u producenta, więc może dyktować mu ceny. Takiej pozycji przetargowej nigdzie nie będzie posiadał pan Kowalski, kupujący jedną albo dwie palety towaru. 
Znamy mankamenty polityki sterowania cenami z nie tak dawnej przeszłości. Dodatkowym złem obecnej ingerencji będzie zorganizowanie biurokracji kontrolującej przestrzeganie nowych przepisów oraz ryzyko, że może ona rodzić korupcję. 
MAREK LEWANDOWSKI 
(Hamburg, Niemcy
pracownik przedsiębiorstwa żeglugowego)


Co nam daje integracja

Od kilkunastu lat, w szkołach i na kursach, uczę języka angielskiego. W tym roku podjęłam pracę, jako nauczyciel wspomagający, w gimnazjum integracyjnym nr 28 we Wrocławiu. Na lekcjach, prócz nauczyciela przedmiotowego, jest drugi nauczyciel wspierający uczniów z różnymi dysfunkcjami: nadpobudliwością emocjonalną (zespół ADH), dysgrafią, dysleksją, zaburzeniami pojawiającymi się przy porażeniu mózgowym. Poznałam wielu wspaniałych nauczycieli i uzmysłowiłam sobie, jak nieodzowna jest taka forma pracy, jeśli pragniemy objąć dobrą edukacją wszystkie dzieci. Nauczyciele tej szkoły, jako jedni z pierwszych we Wrocławiu, od dziewięciu lat wypracowują metody integrowania uczniów i prowadzenia zajęć dydaktycznych w takich klasach. Aby zwiększyć liczbę nauczycieli wspomagających potrzebna jest większa dotacja z budżetu miasta, a tam oczywiście są inne priorytety...
Uczestnicząc w warsztatach poświęconych roli nauczyciela wspomagającego dowiedziałam się, że w przedszkolach i szkołach zaledwie 3 proc. dzieci potrzebujących takiej opieki uczestniczy w zajęciach edukacyjnych na różnych etapach kształcenia. Procent ten dotyczy jedynie dzieci zdiagnozowanych przez poradnie, można domyślić się jak ogromne rzesze takiej pomocy potrzebują! Stan faktyczny można byłoby sprawdzić przy okazji krajowego spisu ludności. Władze resortów oświaty, zdrowia i pracy winny dążyć do zmiany tej sytuacji. Zdrowsze psychicznie i efektywniej kształcone dzieci to przecież mniejsze wydatki na ich leczenie, lepszy start w dojrzałe życie, przyjaźniejsza atmosfera w domach, mniej zwolnień w pracy rodziców.
Sądzę, że łatwiej nam będzie integrować się z Unią Europejską, gdy będziemy zintegrowanym społeczeństwem i wspierającym się w różnych sytuacjach. Spróbujmy w mediach mocniej uzmysłowić ludziom na odpowiedzialnych stanowiskach etos sierpniowej „Solidarności”, aby przypomnieli sobie słowa cytowane przez ks. Józefa Tischnera „jeden drugiego ciężary nosić będziecie” i podźwignęli ciężar odpowiedzialności za tych, którzy dali im władzę. Nie są potrzebne miliardy złotych! Nie trzeba opłacać zagranicznych konsultantów ani zagranicznych delegacji. Wystarczą cykliczne, merytoryczne warsztaty połączone z intuicją doświadczonych i chętnych do takiej pracy nauczycieli, którzy zamiast wypowiedzeń powinni otrzymać możliwość dokształcania się w zakresie pedagogiki specjalnej. Kształcenie integracyjne obejmuje również oddziaływanie na rodziców. Przecież poza informacjami od lekarza czy z poradni nie mogą liczyć na zbyt wiele. Media, w tym telewizja publiczna, powinny przygotowywać programy przybliżające tematykę różnych dysfunkcji wieku przedszkolnego i szkolnego. Odchodząc od sensacyjno-kronikarskiego stylu kształtowałyby charaktery odbiorców, jak to robi „TP”, „Charaktery” i wiele czasopism katolickich. Świadectwo borykania się z chorobą lub pokonywania trudnych problemów może przynieść pozytywniejsze nastawienie do tych kwestii dzieci i rodziców. Mniej będziemy wówczas słyszeć o wyścigu szczurów czy mobbingu. 
HALINA CACH
(Wrocław)



„Dzieła zebrane” Witkacego 

Dla czytelników pamiętających mój artykuł „Czy koniec »Dzieł zebranych« Witkacego?” („TP” nr 33/2001), w którym omawiałem kłopoty z kontynuacją tej edycji, mam dobrą wiadomość. Nowa dyrekcja Państwowego Instytutu Wydawniczego powzięła śmiałą decyzję wydania własnym sumptem, bez oglądania się na dotację Ministerstwa Kultury, gotowego od dawna tomu, zawierającego dwie książki Witkiewicza: „Nowe formy w malarstwie” (1919) i „Szkice estetyczne” (1922). Tom ukaże się w połowie maja i będzie w sprzedaży na targach książki w Warszawie.
Trudno jednak dziś przewidzieć, kiedy wyjdą następne tomy. Niestety nie spełniły się nadzieje, że nowy minister kultury zmieni absurdalną i szkodliwą decyzję swego poprzednika, który odmówił PIW-owi wszelkich dotacji. Co prawda z pomocą pośpieszył Komitet Badań Naukowych, który udzielił wsparcia finansowego na przygotowanie do druku dwóch tomów pism filozoficznych, ale wydanie zarówno ich, jak i tomów następnych, zależy od tego, czy się uda znaleźć sponsorów gotowych pokryć koszty opracowania i druku. Dyrekcja PIW-u czyni w tej sprawie energiczne starania. Miejmy nadzieję, że przyniosą one konkretne rezultaty, dzięki czemu to ważne dla naszej kultury przedsięwzięcie edytorskie zostanie ukończone. 
Prof. dr hab. JANUSZ DEGLER
Przewodniczący Komitetu Redakcyjnego „Dzieł zebranych” S. I. Witkiewicza




Pomoc dla Teresy

Teresa jest młodą żoną i mamą, u której ponad rok temu stwierdzono nowotwór szpiku kostnego. Choroba okazała się na tyle zaawansowana, że jedyną drogą powrotu do zdrowia jest przeszczep szpiku. Koszt zabiegu wynosi jednak 100 tys. zł, co przekracza możliwości finansowe jej rodziny. Sumy nie może też wyasygnować budżet państwa. Dlatego prosimy wszystkich, którzy chcieliby pomóc nam zebrać potrzebną kwotę, o wpłaty na konto:
Fundacja Transplantacji Szpiku
i Leczenia Chorób Krwi
(ul. Reymonta 8, Katowice 40-029)
Bank Śląski SA VII oddział
w Katowicach 10501214-0700018484
z dopiskiem „dla Teresy Morkisz”.
Nie liczymy na wysokie sumy, ale każda, nawet najmniejsza wpłata, przybliży nas do przeprowadzenia operacji ratującej Teresie życie. Za każde wsparcie składamy ofiarodawcom serdeczne podziękowania.
RODZINA TERESY
(Jankowice Pszczyńskie, woj. śląskie)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl