Początki końca demokracji, jaką znamy?

MARCIN KRÓL

 

Chirac wygrał, Le Pen przegrał. Wszyscy są zachwyceni, ale coraz częściej słychać głosy, że coś się dzieje złego, bo Haider, Le Pen, Lepper itd. Wśród kilku przyczyn (nigdy nie ma jednej przyczyny) wymienia się swoiste skostnienie demokracji, zdominowanie demokracji przez administrację i nudę demokracji. Wszystko to racja, ale warto zdać sobie sprawę, że taki stan był celem wielu zwolenników demokracji, z wyjątkiem takich, których można łatwo zidentyfikować przywołując nazwisko Hannah Arendt, czyli tych, którzy uważali, że sens ma tylko demokracja republikańska, czyli taka, w której ludzie, a co najmniej duża część społeczeństwa chętnie bierze udział w polityce demokratycznej. Chociaż sympatyzuję z tym poglądem, to przecież każdy obserwator sceny politycznej w starych (i nowych) demokracjach uzna, iż demokracja republikańska nie ma żadnych realnych szans. Zostaje tylko demokracja taka, jaką mamy, czyli „administracyjna”. 
Wielu myślicieli, którzy stopniowo kształtowali intelektualne podstawy demokracji,v w istocie było za taką demokracją, jaką mamy. Przytoczmy tu tylko jeden, ale za to bardzo ważny przykład. Monteskiusz apelował o „zdepersonalizowanie” państwa i władzy (wówczas jeszcze nie demokratycznej). Chodziło mu naturalnie o to, by rządziło prawo, a nie kapryśni, sfrustrowani, mądrzy lub głupi ludzie, którzy nieuchronnie mają psychikę, czyli nie są nigdy w pełni obiektywni. Wizja ta spełniła się. Dzisiaj rządzą nami (z rzadka i przypadkiem zdarzają się wyjątki) miernoty, które są tak spętane regułami prawnymi, że wiele złego, ani wiele dobrego uczynić nie są w stanie. Przypominam: z punktu widzenia teorii demokracji to jest w najwyższym porządku. 
Okazuje się jednak, że nam – ludziom – jakoś to nie wystarcza, że zaczynamy się nudzić, że nie chcemy, żeby było praktycznie wszystko jedno, kto nami rządzi, bo rzeczywiście różnice między Chirakiem a Jospinem są minimalne, podobnie jak różnice między tradycyjnie rządzącymi wielkimi partiami w Niemczech, Austrii czy nawet w Stanach Zjednoczonych. Czyżby to oznaczało, że chcemy silniejszej „personalizacji” demokracji?
Nie jestem przekonany. Jeżeli bowiem zastanowimy się przez moment, to zdamy sobie sprawę, że nawet tak demokratyczni, ale obdarzeni silną osobowością politycy, jak Konrad Adenauer, nie zostaliby dzisiaj wybrani. Ponadto demokracja nie dysponuje regułami, które pozwoliłyby na bezpieczne jej „spersonalizowanie”. Powrót do monarchii konstytucyjnej jest – niestety – niewyobrażalny. A zatem demokratyczna nuda, albo będzie trwała jeszcze czas dłuższy i będą jej towarzyszyły coraz poważniejsze zjawiska z marginesu, który będzie stawał w centrum uwagi, albo zostanie podjęta próba ewolucyjnej, ale bardzo poważnej reformy demokracji – jednak w kierunku republikańskim.
Polegałoby to przede wszystkim na możliwie daleko idącej decentralizacji państw demokratycznych. Ani Francja, ani – tym bardziej – Polska pod aktualnymi rządami nie są państwami zdecentralizowanymi. Nadzieja na rzeczywiste zaangażowanie się ludzi i „spersonalizowanie” demokracji ma sens tylko na poziomie lokalnym. Zaś na poziomie państwowym bądź ponadpaństwowym powinny pozostać jedynie decyzje mające wpływ na bieg świata, a nie na bieg mojej gminy czy powiatu. Byłaby to jednak radykalna zmiana dotychczasowego ustroju demokratycznego, gdyż – nie wchodząc w szczegóły – polityka zeszłaby na dół, a administracja pozostałaby jedynie tam, gdzie bez niej się nie poradzi. 
Teoretycznie zmiana taka jest możliwa, praktycznie jednak niestety mało prawdopodobna, bo klasa administratorów nie chce i nie będzie chciała oddać władzy, a nam – czyli społeczeństwom – zabraknie woli zmiany. Jesteśmy więc skazani na czekanie na moment, kiedy wszyscy będą mieli już dość, strach jednak nawet myśleć, co się w tym momencie zdarzy. Ludzkość (Zachód) – jak się okazuje – nie umie zmieniać swoich form rządzenia bez rewolucji lub wojny, czy też obu naraz.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl