Komentarze

 


Wojciech Pięciak BSE w Polsce: to już było, ale...

Józefa Hennelowa Werdykt w Strasburgu

 

Jacek Kubiak Le Pen, Lepper, la peur

 

 

 




  
BSE w Polsce: to już było, ale...

Trudno w to uwierzyć, ale scenariusz powtarzał się wszędzie tam, gdzie w ostatnich latach pojawiała się „choroba szalonych krów” (BSE): politycy uspokajali, że wszystko w porządku, że „nasze” krowy są zdrowe. A potem okazywało się, że przypadki BSE są, i że albo nad zdrowie obywateli przedkładano interesy lobby rolnego, albo/i zabrakło wyobraźni. Podobnie jest teraz w Polsce... 
Tak zaczynał się komentarz, opublikowany w „TP” w grudniu 2000 r., gdy szok wywołany „chorobą szalonych krów” przetaczał się przez kolejne kraje – i tak może zaczynać się komentarz pisany dziś. Już pojawienie się jednej tylko (zapewne na razie) „szalonej krowy” – w województwie małopolskim – pokazuje, że Polska nadal nie jest przygotowana na walkę z chorobą, która na Zachodzie przyniosła wielkie straty – i doprowadziła do zmiany paradygmatów w myśleniu o rolnictwie. Symbolicznie pokazuje to traktowanie na Zachodzie (niegdysiejszego) resortu rolnictwa, który np. w Niemczech nazywa się teraz Ministerstwem Ochrony Konsumenta, Wyżywienia i Rolnictwa (kolejność oddaje hierarchię ważności) i kierowany jest przez polityka z partii Zielonych. Wcześniej, do wybuchu BSE, czymś naturalnym była nienormalność, że rolnictwem zarządzał zawsze polityk będący rolnikiem, czyli przedstawiciel lobby. To tak, jakby ministrem zdrowia z definicji był lekarz, transportu – kolejarz, przemysłu – hutnik itd. 
Polska szansę na zmianę przespała. W rządzie Buzka rolnictwem rządził lobbysta Artur Balazs, właściciel kilkusethektarowego gospodarstwa, który w 2000 r. zapewniał, że polska wołowina jest bezpieczna; tajemnicą Balazsa pozostanie, skąd czerpał taką wiedzę, bo krów jeszcze nie testowano. Dziś ministrem jest inny lobbysta, szef partii chłopskiej. I choć są już laboratoria, badające mózg każdej ubitej (dokładnie: ubitej legalnie) krowy, niewiele z tego wynika. Bo cóż z tego, że u krowy spod Tarnowa stwierdzono BSE, skoro decydujące jest nie stwierdzenie choroby, ale – podobnie jak podczas epidemii ospy – zdefiniowanie kontaktów zarażonego zwierzęcia. W krajach Unii „życiową drogę” każdej krowy można sprawdzić w kilka sekund w komputerze. W Polsce zmobilizowano do tego lokalną policję, a i tak zadanie jest niewykonalne. Resort lobbystów nie dorobił się bowiem systemu ewidencji zwierząt (on dopiero powstaje, za unijne pieniądze). Obywatelom pozostaje więc nadzieja, że stek, który kupują, pochodzi z legalnego uboju czy importu. I czekanie, aż – zgodnie ze scenariuszem z Zachodu – dopiero kolejne przypadki BSE wymuszą zmiany w myśleniu o rolnictwie.
 
 
Wojciech Pięciak

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 



Werdykt w Strasburgu

Decyzja Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, odmawiająca 43-letniej Brytyjce Diane Pretty gwarancji niekaralności dla jej męża za ewentualną pomoc w popełnieniu przez nią samobójstwa (praktycznie w wykonaniu go, gdyż jest całkowicie sparaliżowana) wywołała w świecie tyle komentarzy, że już one same zasługują na interpretację. Niektóre tytuły: „Diane musi żyć”, „Sąd każe żyć” zdają się traktować rozstrzygnięcie Trybunału jak okrutny wyrok. A przecież wystarczy uprzytomnić sobie, że w Strasburgu miano stworzyć precedens: systemowe zaakceptowanie rozróżnienia pomiędzy zabójstwem karalnym a niekaralnym, jak to podkreślił dr Dariusz Karłowicz w „Rzeczpospolitej”. Wszyscy popierający prośbę Diane Pretty optowali pośrednio za decyzją o niewyobrażalnych konsekwencjach, decyzją rozgrzeszającą z góry i w majestacie prawa działania najbardziej przeraźliwe. Dlatego orzeczenie strasburskie nie mogło być inne. Jest gigantycznym nadużyciem medialnym uczynienie z dramatu tych dwojga nieszczęśliwych ludzi światowej sensacji, odwołującej się do reakcji w nas tak przewrotnych, że zadawanie innym śmierci gotowi będziemy zacząć nazywać miłosierdziem, a nawet poszanowaniem praw człowieka. 


Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Le Pen, Lepper, la peur

W drugiej turze wyborów prezydenckich Francuzi wybierali między Jacquesem Chirakiem i Jean-Marie Le Penem, czyli między prawicą tradycyjną i skrajnym Frontem Narodowym. Prezydentem został Chirac, zbierając 82 proc. głosów. Od czasów de Gaulle’a prezydent wybierany jest większością 51–52 proc., wynik Chiraka mówi więc sam za siebie: głosowali na niego wszyscy poza zwolennikami Frontu. Dalszy ciąg za miesiąc, w wyborach parlamentarnych. Wynik Chiraka oznacza też, że 18 proc. wyborców popiera Le Pena, którego hasła to wpisanie do konstytucji tzw. priorytetów narodowych (praca, zasiłki i mieszkania najpierw dla rdzennych Francuzów) i wydalenie imigrantów. Le Pen mówi: „Socjalnie jestem na lewicy, ekonomicznie na prawicy, a narodowo Francuzem”.
W pierwszomajowym pochodzie sympatyków Le Pena pojawił się transparent „Polacy z Le Penem”. Ci Polacy to kanapowa partia „Alternatywa” b. posła Tomasza Karwowskiego. Również Andrzej Lepper cieszył się (w Radiu Zet) z osiągnięć lidera Frontu Narodowego. Le Pena i Leppera łączy la peur – strach, który obaj budzą hasłami i metodami. Ale lęk mobilizuje: on skłonił większość Francuzów do powiedzenia „nie” Le Penowi. Teraz trwa wyścig o przewagę w parlamencie. Pewne jest, że Le Pen będzie tam marginesem. A jak będzie w Polsce, gdzie rządzący SLD co chwila legitymizuje Leppera? 


Jacek Kubiak z Paryża

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 19, 12 maja 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl