Uczucia – wróg czy sprzymierzeniec religii?


Religijność odciętej głowy

Wojciech Jędrzejewski OP



„Religia, a zwłaszcza katolicyzm,jest źródłem napięć, nerwic i poczucia niższości. Ludzie pobożni wpadają w paranoje myślenia o sobie samych, Bogu, innych ludziach, o własnym miejscu w świecie”. Nie jest to bynajmniej moje credo. Cytuję po prostu często stawiany zarzut.



Teoretycznie katolicyzm jest doktryną niezwykle wyważoną. Mówi o grzechu, ale czyni to w kontekście miłosierdzia Bożego i prawdy o godności człowieka. Wzywa do uniżenia, jako najlepszego lekarstwa na pychę. Ukazuje Boga sądzącego ludzkie czyny. Jednakże ów sąd dokonuje się z wysokości Krzyża, który jest zarazem tronem miłosierdzia. 
W praktyce jednak nauka jest w niemałym stopniu uzależniona od nauczających – zapewne tu tkwi problem. Poszczególni duszpasterze, poprzez własną niedojrzałość lub subiektywne rozkładanie akcentów, mogą swoją przygniatającą wizją zarażać innych. Mogą też przyłożyć rękę do ukształtowania pobożności oderwanej od rzeczywistości, dziwacznej.
Byłoby grubym uproszczeniem poprzestanie na takiej diagnozie sytuacji. Jest w tym wszystkim jeszcze jeden ważny wymiar: to w nas samych dzieje się coś, co sprawia, że religia działa na nas „dziwnie”.
Bardzo często wchodzimy do Kościoła (w znaczeniu symbolicznym – wszelkich religijnych doświadczeń) samą głową, uczucia zostawiając przed drzwiami Świątyni. W tym odcięciu rozumu od naszych przeżyć rodzi się podatność na wszelkie pokręcone formy religijnych postaw i przekonań.

CHORA SEPARACJA

Myślenie ludzkie (także w obrębie religijności) jest w ogromnym stopniu zależne od uczuć. Na szczególną uwagę zasługują te struny naszych emocji, które brzmią molowo, a więc smutek, poczucie przegranej, lęk, cierpienie itd. Jeśli się od nich odcinamy lub nieświadomie poddajemy się ich działaniu, zaczynamy po prostu wariować. Same myśli oderwane od takich emocji mogą stać się niewiarygodnie pokręcone. 
Bolesne uczucia z kolei, pozostawione poza świadomością mogą wpaść w nieprzewidywalny „młyn wodny” wytwarzający potężne i niszczące energie. Ta wzajemna zależność ujawnia się najbardziej tam, gdzie wchodzi w grę nie tyle zadanie do wykonania, pozostające na zewnątrz nas, ile nasze własne życie. Często używana w katolicyzmie formuła „nie można w życiu kierować się uczuciami” okazuje się uboga i zwodnicza, gdy oznacza utratę kontaktu z samym sobą.
Kiedy zostaje zerwany most między głową i sercem, wówczas na tej separacji cierpi cały człowiek. Jest to bowiem separacja przypominająca sytuację, kiedy skłóceni małżonkowie rozwodzą się, ale zostają w tym samym domu. Głowa i serce nie mogą w jednym człowieku rozstać się definitywnie. 
Przeżycia, które aktualnie napełniają nas smutkiem, lękiem, cierpieniem, nie nagrywają się na czystą taśmę. Zapisują się one na wszystkich naszych wcześniejszych bolesnych uczuciach. Można to zjawisko prześledzić na dwóch przykładach: doświadczenia tzw. religijnego poczucia winy i mechanizmu, kiedy to nasze emocjonalne zranienia karmią się pewnymi słowami z języka religii.
Katolicyzm w swej ortodoksji naucza o skrusze, czyli świadomym uznaniu błędu czy też popełnionego zła w celu naprawy sytuacji. Skrucha oznacza stanięcie w prawdzie: zrobiłem źle, wyznaję to Bogu i ludziom, których skrzywdziłem. Spowiedź jest pewnego rodzaju zamknięciem sprawy – już więcej się nie obwiniam, lecz całą energię kieruję na zmianę. Problem w tym, że świat naszych uczuć jest subiektywny, a nie obiektywny, dlatego traktowanie grzechu przybiera nieco inny bieg.
Poprzez poczucie winy z powodu konkretnego grzechu przebijają nagrane wcześniej głosy z innych zupełnie doświadczeń. Człowiek, który swoje niepowodzenia nauczył się odczuwać jako przejaw wrodzonej nieudolności, głupoty lub złej woli, ma nieuchronnie zakłócony odbiór każdego potknięcia. Przeżyte wcześniej nagany i nieufność wobec siebie sprawiają, że nawet to, co dzieje się w nim dobrego, skłonny jest uznać za dziwny przypadek. Zdrowe poczucie winy zostaje w konsekwencji zatrute negatywnymi doświadczeniami z przeszłości, powodując niewspółmierność reakcji. Człowiek czuje się poniżony i przybity, widząc, że nie spełnił złożonego w nim zaufania. Z powyższego wynika, że zawiedzione zaufanie jest motywem, który musiał pojawić się już wcześniej. Mogło się to stać np. z powodu rozczarowania rodziców, nie umiejących przytulić „winowajcy”.
Język religii operuje swoistymi kodami językowymi. Są one wyznacznikiem dojrzałej duchowości. Zranione uczucia pochłoną te słowa, przetrawią i przyswoją, na swój sposób powodując zamęt. Oto parę przykładów tej emocjonalnej przeróbki dokonanej na słowach.
Pokora (czyli odwaga życia w prawdzie) może stać się pożywką dla braku poczucia własnej wartości wyniesionego z domowej atmosfery lub okresu dojrzewania.
Nauka o znaczeniu dobrych uczynków (czyli o godności wolnych stworzeń współdziałających z łaską) może być okazją do powielania wytrenowanego odruchu kupowania miłości. Dobry synek czy grzeczna córeczka zasługuje na miłość, ponieważ jest tak uczynna i pracowita.
Człowiek, który radość i spokój przeżywał jako jedyną okazję do rodzicielskich pochwał i akceptacji, może kurczowo trzymać się „radości w Panu” jako jedynej właściwej duchowej postawy. Smutek rodzi w nim obawę, że nie spodoba się Bogu.
Wezwanie do tego, by zaufać Bogu jak dziecko, może stać się upragnioną dobrą nowiną dla kogoś, z kogo został zdjęty ciężar odpowiedzialności przez nadopiekuńczych rodziców. 
Cały ten gwar zmieszanych głosów domaga się uspokojenia. Przekrzykujące się dzieci naszych uczuć potrzebują pomocy osoby dorosłej, której rolę ma pełnić rozum. To on powinien być mądrym negocjatorem, uważnym słuchaczem, spokojnym i wrażliwym rozjemcą oraz doradcą. Musi nauczyć się pokornie słuchać.

(O)BŁĘDNE MYŚLENIE

Jeśli nasz rozum nie chce nawiązać kontaktu z uczuciami, to cała ich energia da o sobie znać w nieuświadomiony i zniekształcający myślenie sposób. Rozum naprawdę głupieje, jeśli odcina się od uczuć! Dziedzina religijności jest wdzięcznym polem dla przedziwnych dokonań głowy odciętej od serca. Zobaczmy to na przykładzie teorii na własny temat oraz przekonań dotyczących innych ludzi.
Przykazanie streszczające sens nauki Bożej wzywa do miłości samego siebie, szacunku, zaufania i pomocy. Rozum odcięty od serca znajdzie tysiąc uzasadnień, by nie liczyć się z tym pierwszym bliźnim, którym jestem dla siebie. Nieuświadomione poczucie winy sprawi, że człowiek będzie widział w sobie tylko i wyłącznie zło. „Jestem nikim, nie jestem w stanie zrobić nic naprawdę dobrego. Wszelkie moje czyny splamione pychą i egoizmem pozbawione są jakiejkolwiek wartości. Nie zasługuję na niczyją miłość. Jestem beznadziejny: źle się modlę, źle pokutuję, nie umiem kochać Boga. Jestem beznadziejnym grzesznikiem o zatwardziałym sercu. Nie jestem godny tego, żeby Bóg mnie kochał. Jak może On w ogóle patrzyć na takie zero!”
Rozum, nie słyszący głosu zranionych emocji, uzna wezwanie do pokory jako imperatyw rezygnacji z własnych opinii i decyzji. Zbuduje teorię, że na tym właśnie polega zaufanie uniżonego stworzenia: powinno ono czekać na Boże światło w lęku, który mówi, że samowolą można popsuć Boże plany wobec siebie. To doprawdy przedziwny twór religijnego umysłu odciętego od serca, który nakazuje powstrzymać myślenie i odwagę działania w oczekiwaniu na „natchnienie”. Ale ów twór jest starannie wypielęgnowaną teorią – racjonalną postawą głęboko wierzącego człowieka. 
Podtrzymywanie samego siebie w takich „racjonalnych” przekonaniach prowadzi do nadania im waloru prawdy. „Zauważam przecież moje realne niedociągnięcia, spostrzegam, jaki jestem niewierny: jak na dłoni widzę swoją zarozumiałość. Taka jest prawda o mnie! Taka właśnie jest prawda – stwierdzam to z cała powagą!”
W rzeczywistości jest to prawda moich odczuć. Gdyby choć na moment człowiek zdał sobie sprawę ze zranionego poczucia własnej wartości, zobaczyłby, ile w tych wzniosłych religijnych postawach jest lęku i zagubienia. Iluż gorliwych religijnie ludzi, skrupulatnie przestrzegających każdego przepisu, sparaliżowanych jest lękiem przed zmianą. Zastany stan rzeczy traktują jako coś absolutnego, reagując agresywnie na jakiekolwiek próby zmiany tego, co bynajmniej nie jest niezmienną prawdą, lecz modyfikowalną obyczajowością. W debatach na dany temat tworzą rozbudowane teorie, aby uzasadnić swoje stanowisko. Wołają jak skrzypek na dachu: „tradycja, tradycja!”. Usztywniają stanowisko w przekonaniu o sile argumentów, podczas gdy największą siłą ich przekonań jest lęk przed zmianą.
Ten sam lęk może zostać uznany za formę życia złożonego na ołtarzu miłości. Religijna motywacja służby drugiemu może być okazją do całkowitej zatraty siebie. I tak pobożne, katolickie dziewczęta wiążą się z narkomanami, alkoholikami, niosąc im posłanie nadziei. Z biegiem czasu jednak gasną w oczach i niewiele wychodzi z ich starań.
Odcięcie głowy od serca sprzyja także postawie narcystycznej. Nie mając kontaktu z sobą samym, porzucając siebie, tracę zdolność do żywej więzi z innymi. Prowadzi to do zatraty poczucia ich odrębności, budzącej respekt tajemnicy. Moja głowa może stać się salą kinową, w której wyświetlany jest film o życiu. Cały świat zewnętrzny zaczyna pełnić rolę aktorów, którym napisałem scenariusz. Rozumiem ich motywy, wiem, o co im chodzi. Może to stanowić znakomitą pożywkę dla przekonania o misji religijnej wobec nich. Każdy przecież człowiek otrzymuje od Boga dary. Mój polega na kierowaniu innymi. Potrafię wnikliwie oceniać ich stan duchowy, wiem, co dla nich najlepsze, czego chce od nich Pan.
Przekonanie o misji wobec innych może pójść tak daleko, że wszelkie ich opory wobec moich działań odbieram jako złą wolę. Trudno mi pomyśleć, że mają prawo do innych niż moje przekonań. Jeśli czują inaczej, to musi być to objaw ich niedojrzałości duchowej. „Wielkodusznie” mogę tolerować to, że nie dorośli do moich wizji. Nie zmienia to faktu, że, odwracając się plecami do mnie, idą złą drogą. Nie muszę z nimi walczyć, niech się błąkają. Gdyby jednak spróbowali kwestionować otwarcie moje zdanie – nie będą spali spokojnie! Oto narcyzm duchowych przywódców. Ludzi, którzy stracili kontakt z samymi sobą, zatracając się w pełnionej misji. W związku z tym przestali też respektować realność istnienia odrębnych od nich osób.
Jak bardzo taki człowiek podszyty jest lękiem o siebie, jak bardzo boi się samotności! Dopóki nie zajrzy we własne serce, nie poczuje swoich strachów, jego „oświecony umysł” będzie go prowadził dokładnie w przeciwną stronę niż tego pragnie jego serce.

POWRÓT 

Zostało nam dane przykazanie, by miłować samego siebie. Drogą do spełnienia tego nakazu jest praca nad sobą i modlitwa. Oba te doświadczenia posłużą naszej przemianie na miarę jedności, którą wprowadzimy miedzy sercem i głową.
Wezwanie do pracy nas sobą, aby dorastać do miary wielkości według pełni Chrystusa, jest w samym sercu dojrzałej duchowości. W określeniu tym ukryty jest klucz do zrozumienia podmiotu tego zadania: nad sobą. To właśnie ja jestem punktem wyjścia do wszelkich zmian prowadzących do większej dojrzałości. Nie trudzę się nad idealnym wizerunkiem siebie, ale nad sobą samym jako kimś realnym. W praktyce oznacza to spotkanie rozumu i cierpienia, które mnie naznacza.
To ja dla siebie samego jestem pierwszym bliźnim. Nie tylko więc obok potrzebujących pomocy obcych nie powinniśmy przechodzić obojętnie: obok samego siebie, ograbionego i pobitego przez zbójców, również nie wolno mi przejść obojętnie. To właśnie rozum jest owym pobożnym mężem zdążającym do Jerozolimy. A sponiewieranym biedakiem, leżącym przy drodze, jest nasze zranione serce, czyli wszystko to, co przemawia w nas cierpieniem, smutkiem, niespełnieniem, poczuciem krzywdy. Trzeba się nim zająć! 
Często jest tak, że gdy nasze emocjonalne problemy dają o sobie znać – uciekamy daleko od siebie. Uczucia i ciało zostawiamy na pastwę losu. Sięgamy po silne doznania pomagające oderwać się od samych siebie (zapamiętanie w pracy, alkohol, seks, telewizja itd.). Nasze wewnętrzne „ja” błaga nas o pomoc – o pochylenie się nad nim, troskę, ale od samych siebie my jesteśmy daleko.
Mamy prawo wzruszyć się na swój własny widok: przeżyć ból wspomnień, cierpienie nie doznanej miłości od tych, którzy mieli nas nią nakarmić i przyodziać. Każda krzywda, każda bezradność była jakąś grabieżą dokonaną na naszym sercu. Wtedy czuliśmy to dotkliwie, ale z czasem odcięliśmy się od tych bolesnych przeżyć. Jednak one w nas zostały, nadając kształt naszej wrażliwości lub niewrażliwości. Ucząc się od dobrego Samarytanina – powinniśmy, poruszeni widzianą biedą, opatrzyć rany oliwą i winem.

Oliwa i wino

Oliwa była w dawnych czasach środkiem łagodzącym ból. Jest więc symbolem delikatności i miłosierdzia. Dość już katowaliśmy samych siebie przeróżnymi oskarżeniami i naginaliśmy się do „nawrócenia”. Serce chce usłyszeć kojące słowa: „jestem z tobą, nie zostawię Cię – widzę, że cierpisz”. 
Kulminacyjną sceną filmu „Buntownik z wyboru” (historia chłopaka – geniusza, twardziela z patologicznego domu, bojącego się miłości) jest stanowcze powtarzane zdanie terapeuty: „to nie twoja wina...”. Te słowa rodzą oczyszczający i wyzwalający płacz. Przedziwną zdolnością naszych zranionych emocji jest obwinianie siebie za zło, którego doświadczyliśmy. Dziecko, napastowane seksualnie, czuje się winne atmosfery w domu – skłonne jest szukać winy w sobie. Oliwa miłosierdzia może spłynąć na rany właśnie przez stanowczy i wyzwalający głos świadomości – „To nie twoja wina. Stało się zło – ty byłeś jego ofiarą. To nie twoja wina – wiele głupich i niedobrych rzeczy, które uczyniłeś później, nie było twoją winą w takim stopniu, w jakim to sobie przypisujesz”. 
Trzeba samego siebie przytulić, posłuchać ze współczuciem własnego bólu. Zarzut o użalanie się nad sobą jest zupełnie chybiony i szkodliwy w sytuacjach, kiedy po prostu chcemy odzyskać zdrowie i siły.
Wino to z kolei środek dezynfekujący. Pomóc sobie samemu można tylko na drodze dochodzenia do prawdy o sobie. Rany złagodzone oliwą pozwalają się dotknąć rzeczowej i dogłębnej ocenie. Właśnie dogłębna diagnoza powinna zastąpić chaotyczne próby zrobienia czegokolwiek. Niezwykle ważne są tutaj pytania w rodzaju: co się ze mną właściwie dzieje? Jaki jest mój stan? Jakie są przyczyny powtarzanych błędów? Zdiagnozowanie swoich problemów boli, ale jest początkiem zdrowienia. W wielu wypadkach wyraźne zobaczenie problemów zrodzi poczucie bezradności: zobaczymy, że wiele wcześniej podejmowanych starań było waleniem głową w mur. Skapitulowanie wobec odkrytego problemu może stać się początkiem nowej drogi. Pozwoli nam podejść do siebie samego w całkowicie inny sposób, nareszcie rokujący nadzieję na wydostanie się z zamkniętego kręgu jałowych usiłowań.
Bardzo często nie sposób przeprowadzić takiej analizy bez pomocy drugiego człowieka. Zobaczyć siebie obiektywnie można dzięki innej osobie, w jej obecności. Chodzi o to, by nastawić się na przyjęcie nawet najtrudniejszej prawdy o sobie samym. Dlatego Samarytanin zawozi pobitego do karczmy – i tam zostawia go pod dalszą opieką. Taką karczmą może być dobra wspólnota, grupa wsparcia lub podjęta terapia.

Serdeczna modlitwa 

Znakomitym przykładem modlitwy głowy odciętej od serca jest spotkanie Samarytanki z Jezusem. Kobieta jest żądna nowych doświadczeń, których niezwykłość zdaje się gwarantować frapujący Rozmówca. Prosi o „wodę żywą”, dzięki której nie będzie już pragnąć. Cała sytuacja zmienia swój koloryt i ton, gdy Pan prosi, by najpierw przyprowadziła ona swojego męża. Dotyka głębokiej rany jej serca: „miała bowiem pięciu mężów”, a z szóstym żyje bez ślubu. Trudno powiedzieć, czy poprzedni mężczyźni umarli, czy też po prostu była to kobieta, którą nużyły stałe związki. Tak czy owak jej doświadczenie nie jest czymś, o czym chciałaby rozmawiać z Nazarejczykiem.
Nie powinniśmy zostawiać naszych lęków, smutku, poczucia przegranej, beznadziei za drzwiami kaplicy. Nic bowiem nie da abstrakcyjne szukanie jakieś szczególnej łaski uzdalniającej nas do głębokiego życia duchowego. Modlitwa nie może być spotkaniem naszych idealnych pragnień z Bogiem, który cudownie na nie odpowie. Duchowa więź ma najpierw polegać na spotkaniu naszych realnych odczuć, zwłaszcza tych bolesnych i niechcianych, ze Zbawicielem, od którego spodziewamy się otrzymać jasność umysłu i siłę do szukania rozwiązań.
Modlitwa jest bez serca, gdy staje się próbą znalezienia pociechy bez nazywania źródeł bólu. Jak może usłyszeć nas Bóg, gdy my samych siebie nie słyszymy? Pan Jezus pyta niewidomego, który właściwie nie wiadomo po co przychodzi. „Co chcesz, abym Ci uczynił?”.
Czy naprawdę wiemy, o co chcemy prosić, gdy przychodzimy, aby się modlić? Czy mamy kontakt z własnym sercem i jego niepewnością, lękami, smutkami i bezradnością? Pomocą w uczeniu się serdecznej modlitwy mogą być Psalmy, w których wszystko, co boli pobożnego Izraelitę, jest na wierzchu jak otwarta rana.

Wojciech Jędrzejewski, dominikanin, magister teologii. Duszpasterz młodzieży w Warszawie. Wykładowca teologii pastoralnej w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym dominikanów w Krakowie. Pracuje w Radio Plus. Publikacje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Więzi”, „Znaku”, „Gazecie Wyborczej” i „Życiu”. Autor książki „Fascynujące zaproszenie”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl