Jak kochać Kościół?

Józefa Hennelowa



Pytanie, kto będzie bardziej wdzięczny autorowi za jego najnowszą książkę: ci, co podzielają jego osobisty stosunek do Kościoła jako najcenniejszej dla siebie rzeczywistości, czy ci, którzy borykają się z niejedną w tej mierze trudnością – to pytanie musi pozostać bez odpowiedzi. Ale pewne jest, że jedni i drudzy sięgną po ten tekst, przez autora nazwany „przede wszystkim świadectwem” – by udzielona odpowiedź albo radowała ich wyrażaniem tego, co sami przeżywają, albo pomagała w znalezieniu postawy, o której wiedzą, że nie tylko jest powinnością, ale oczywistością, jeśli tylko wierzy się dosyć mocno. „Żyjemy w czasach, kiedy być może wielu ludziom, również wierzącym, trudno Kościół kochać, ale są to zarazem czasy, kiedy on bardzo potrzebuje naszej miłości – pisze autor we wprowadzeniu. – Będzie moją wielką radością, jeżeli pomoże ona komuś kochać Kościół w trudnych czasach”.
Pomoc to prawdziwa, ale bynajmniej nie taka łatwa ani prosta. Książka o. Salija jest przede wszystkim książką o wierze w Kościół, nie biograficznym zwierzeniem z przebijania się przez trudności tej wiary w trudnych czasach. Owszem, mowa jest i o trudnościach, ale to na drugim planie i tylko o niektórych. O tym zresztą za chwilę. Bo istotne jest to, że prawdy wiary dotyczące Kościoła są dla autora najzupełniej osobistym wyborem, są tym właśnie, z czym się utożsamia, w czym odnajduje cały swój życiowy sens i prawdę. Nadprzyrodzona rzeczywistość Kościoła, od pierwszych Bożych zamiarów u początku dziejów człowieka przez całą historię zbawienia aż do eschatologicznej wizji Kościoła odkupionego, na końcu czasów spełniającego wszystkie oczekiwania Stwórcy – to jest przestrzeń, w której autor odnajduje siebie samego i wszystkich ludzi tworzących wspólnotę powołaną do zbawienia. Rozdziały książki poświęcone odczytywaniu takiej rzeczywistości stanowią na pewno jej warstwę najcenniejszą, są żarliwie pisanym przewodnikiem po wierze. 
Uzupełnia je kilka tekstów poświęconych rozpraszaniu wątpliwości: pytaniom o zło w Kościele, o niewzruszoność dogmatów, a także o kilka spraw, których poruszenie podyktowała zapewne szczególna troska duszpasterska. To rozdziały o kościelnej nauce i praktyce związanej z sakramentem małżeństwa i kapłaństwa (to ostatnie zagadnienie ogranicza się zresztą tylko do wyjaśnień wszystkich racji, dla których kapłaństwo niedostępne jest kobietom). Ale i te rozdziały odwołują się do prawd wiary, a nie do własnych w tym względzie odkryć czy refleksji. „Dla mnie osobiście odpowiedzi, jakich udziela na te pytania wiara chrześcijańska, są jeszcze jedną ważną przyczyną, dlaczego kocham Kościół” – pisze autor, budząc w czytelniku po raz pierwszy uczucie podobne do zazdrości, jako że nie wszystkie te odpowiedzi, a zwłaszcza nie każdy sposób ich udzielania w tekście książki tak całkowicie przekonują. I to wcale nie dlatego, jakoby zgłaszający trudności czy zadający sobie pytania miał czynić to „z pozycji klienta” czy z pozycji człowieka pozostającego na zewnątrz Kościoła, jak twierdzi o. Salij.
Jeśliby spytać, gdzie leży tajemnica tak całkowitej akceptacji przez autora całej wizji człowieka i wspólnoty ludzi zamierzonej przez Chrystusa i realizowanej w Kościele, przecież cały czas z masą niedoskonałości, w ciągłym doświadczeniu trudności i błędów, o czym historia i dzień dzisiejszy nieustannie przekonują, trzeba uznać, że jest to umiejętność nie rozstawania się ani przez moment z wymiarem nadprzyrodzonym całej rzeczywistości Kościoła. Ten wymiar nadaje wszystkiemu niewzruszony sens i porządek, a raczej nieustannie go przywraca, nie pozwalając przestać ufać, że u końca czasów nie będzie już w niczym ani jednego błędu i ani jednego braku czy cienia. Pozwala to autorowi spokojnie przechodzić do porządku nad doświadczeniami bolesnymi i trudnymi do zniesienia, zarówno nad tymi, o których wspomina, jak nad tymi, których niemal nie zauważa. Jeden z najpiękniejszych rozdziałów książki mówi na przykład o kapłaństwie całego ludu Bożego. Ale wystarczy, by wierzący czytelnik odwołał się do własnych doświadczeń, a stwierdzi dotkliwość tworzących się w tym powszechnym kapłaństwie podziałów, zderzających uprzywilejowanych i upośledzonych (kapłaństwo sakramentalne – i laikat). A co z jednym z najtrudniejszych problemów: zderzaniem się nadprzyrodzoności Kościoła i instytucji Kościoła – przez wieki historii i dzisiaj? O. Salij zadowala się wspomnieniem pułapki, jaką stwarza patrzenie na Kościół jako na instytucję usługową (szafarstwo sakramentów traktowane formalnie i zewnętrznie) i spieszy podkreślić, że wtedy sami stawiamy się poza wspólnotą i niedostępne staje się nam odczytanie jej właściwego sensu. Ale przecież można być jak najbardziej wewnątrz nadprzyrodzonej wspólnoty Ciała Mistycznego i mieć ogromne problemy z pytaniami o funkcjonowanie instytucji w ramach porządku prawnego, w ramach struktur świeckich (relacje z państwem, sfera praw i przywilejów), zwłaszcza gdy się współodpowiada za rozstrzygnięcia w tych dziedzinach i gdy postulaty instytucjonalne budzą wątpliwości, jako że niesposób wszystkim porządkom ziemskim związanym z Kościołem na przestrzeni dziejów przypisać spokojnie charakter nietykalnej świętości. W największej mierze zaś jest to problem zgorszenia tym złem w Kościele, które czy to przez brak dostatecznie szybkiej reakcji, czy przez uzurpację jego przedstawicieli przedstawiane jest wiernym uparcie jako coś albo nieszkodliwego, albo wręcz właściwego. Czyż nie było i nie ma takich doświadczeń, bolesnych dlatego właśnie, że dotykających ludzi pragnących naprawdę z całego serca kochać Kościół? Żałuję bardzo, że w odniesieniu do zbyt wielu pytań autor, skierowawszy swoich czytelników na dobrą drogę, zbyt wcześnie pozostawia ich samych, zdając się nie uważać ich trudności za godne uwagi.
Chyba nawet wiem, skąd to płynie: z faktu, że jako kapłan autor jest jednak w Kościele bardziej wewnątrz niż laik i ta różnica w żaden sposób usunięta być nie może. Szafarz przebaczenia, człowiek obdarzony niesłychaną mocą przemieniania chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, co dzień przewodniczący Ofierze wspólnoty, pozostaje wewnątrz tej wspólnoty i bardziej, i inaczej, w sposób pozwalający mu jednak łatwiej trwać przy najgłębszych sensach wiary w Kościół. Myślę, ojcze Jacku, że temu zaprzeczyć nie możesz? Co nie znaczy, że za książkę „Dlaczego kocham Kościół” każdy potencjalny czytelnik nie będzie serdecznie wdzięczny, dlatego właśnie, że wprowadza go ona na drogę jedynie właściwą...
Na zakończenie jeszcze mała dygresja. Kiedy chciałam nabyć książkę o. Salija w księgarni katolickiej, sprzedawczyni po długich poszukiwaniach zaoferowała mi książeczkę pod tym samym tytułem, która po przejrzeniu okazała się wydaną dwa lata temu ankietą rozpisaną wśród alumnów kilku seminariów duchownych (Biblioteka „Niedzieli”). Oni wszyscy też mieli odpowiedzieć, dlaczego każdy z nich „kocha Kościół”. Nie ma nic dziwnego w tym, że były to na ogół albo odpowiedzi schematyczne, albo dość jeszcze dziecinne (wyjąwszy nawiązanie do niektórych rodzinnych doświadczeń wojennych), robiące wrażenie wypracowań pisanych „pod nauczyciela”. Po latach duszpasterzowania ci sami ludzie zdobyliby się pewnie na świadectwa o ileż bardziej przekonujące i mocne. Ale może o tym, czy i dlaczego wierzący ma cenić Kościół jako swoje najwyższe dobro i najbliższą sobie rzeczywistość, o tym, „dlaczego i jak go kochać”, winni by rozmawiać i najzwyklejsi ludzie? I to nie przy niedzieli czy święcie, ale w najbardziej zgrzebnej prozie swojego dnia powszedniego? Jakiś czas temu ukazywała się w miesięczniku „Znak” rubryka Janusza Poniewierskiego, autora „Pontyfikatu”, pod znamiennym tytułem: „Kościół – mój dom”. Była to rubryka o wydarzeniach aktualnych, ale widzianych w tym samym wymiarze, o jakim mówi książka o. Salija. Ten obraz Kościoła-domu wydaje mi się szczególnie przekonującą odpowiedzią na tytułowe pytanie. 

Jacek Salij OP: „Dlaczego kocham Kościół?”, Biblioteka „Więzi”, Warszawa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl