Votum separatum

Trochę współczucia, trochę wstydu

JÓZEFA HENNELOWA

 

Artykuł „Złe urodzenie” („TP” nr 16//2002) i proces łomżyński wywołały u naszych czytelników wiele ech. Kilka głosów opublikowaliśmy już, na następne na pewno przyjdzie kolej. Jest jednak list, na który chciałabym odpowiedzieć w tym felietonie. Oto on:
„Dzisiaj wiemy, skąd biorą się dzieci. Pary odpowiedzialne czynią z tej wiedzy odpowiedzialny użytek. Należy ubolewać, że nie uczyniła go para, o której mowa w artykule. Ludzie ci wykazali karygodną lekkomyślność i brak odpowiedzialności, inicjując ciążę przy świadomości ryzyka. Pani B.W., piszecie w komentarzu, „zorientowała się”, że jest w ciąży. Czy ciąża zaistniała nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo dlaczego? Czy dziś nie istnieją możliwości sterowania płodnością? (...) Uniknięcie ciąży jest i było możliwe. A tak, przy niefrasobliwości w tej kwestii, małżeństwo W. ma przed sobą jeszcze niejedną ciążę i niejeden wybór heroiczny i ponad siły. Heroizm powinien się tu objawiać w heroicznej decyzji okresowej abstynencji i ograniczenia współżycia do okresów niepłodnych, co przy dzisiejszym stanie wiedzy (...) każda kobieta jest w stanie określić sama dla siebie...” List, podpisany zresztą i nazwiskiem i adresem, kończy się wymówką na konto pisma, że nie przytacza odpowiednich na ten temat instrukcji, a powinno.
Dlaczego go cytuję? Bo napisała go niewątpliwie osoba zaangażowana ideowo, z charakterystyczną dla wielu wiarą, iż nie powinny powstawać sytuacje zbyt trudne, bo istnieją zasady pozwalające zawsze i na pewno ich uniknąć. A to zdaniem tak myślących oznacza, że jeśli ktoś znalazł się jednak w sytuacji bez wyjścia, to sam sobie winien i należy mu się ostra reprymenda, a nie współczucie. Otóż, pozostawiając na boku całe zagadnienie sterowania płodnością, gdy chodzi zarówno o jego niezawodność jak o zwyczajny (zawiniony czy nie, ale realny) brak przygotowania doń, pozwalam sobie być tutaj zdania zupełnie odmiennego w kwestii zasadniczej. W tym, jakoby rodzice posiadający już dziecko z wadami rozwojowymi powinni po prostu zdobyć się na heroizm nieposiadania więcej dzieci, by nie ryzykować następnych dramatów. Jest w takiej postawie jakaś twardość, która przeraża. Nie tylko dlatego, że w pojedynczych aż nadto licznych przypadkach jest wręcz przeciwnie: lekarze wiedzą, iż drugie dziecko może okazać się zdrowe i jest wtedy dla rodziców podtrzymaniem, nadzieją, także wsparciem dla dziecka chorego. Przede wszystkim jednak postawa, jaką zajęła autorka listu, niebezpiecznie ociera się o zasady eugeniki dyktowane egoizmem zdrowych. Nie macie prawa, wy, zagrożeni, dorzucać nam wszystkim ciężaru. Jest waszym obowiązkiem heroizm ascezy, a nie obciążanie nas obowiązkami dźwigania ciężarów ugniatających całe społeczeństwo, skoro dla was samych okażą się one nadmierne. „Jeszcze niejedna ciąża”, a wszystkie one owocujące niesprawnością narodzonych dzieci – tak można by uzupełnić cytat listu, skreślony z nieukrywaną dezaprobatą.
Może nie ma aż takiej intencji w samym otrzymanym przez nas liście. Może jestem niesprawiedliwa. Ale ta intencja czeka tuż za progiem i jest pokusą aż nadto chwytliwą. Przykładem, że może tak być i że tak bywa, jest niedawny (29 kwietnia) reportażyk Małgorzaty Bochenek w „Naszym Dzienniku” (dodatek małopolski). Jest to tzw. reportaż interwencyjny. W Krakowie od paru lat trwa konflikt między ośrodkiem dla dzieci autystycznych, a ulokowaną przez władze miasta w tym samym budynku szkołą podstawową prowadzoną przez siostry zakonne. Dzieci autystyczne mają się bezwzględnie przenieść do innego lokalu, termin upływa w sierpniu, ale rodzice dzieci zdrowych chcieliby już, bo będzie sprawniej, a rodzice dzieci chorych opierają się, tłumaczą, że się w nowym lokalu nie pomieszczą. „Dzieci zdrowe nie mogą się uczyć w godziwych warunkach” kończy autorka, stająca niewątpliwie po stronie tych właśnie dzieci i czuje się w całym tym tekście zniecierpliwienie: tyle kramu z kłopotliwymi podopiecznymi, i te ich wymagania... Jest to psychologicznie zrozumiałe, jak zawsze, gdy jedna strona sporu sprawia o wiele więcej kłopotu. Tylko że chodzi znowu o owych niewinnych „źle urodzonych”. Pokrzywdzonych już od początku jakimś niepojętym wyrokiem losu. Jakoś się to lokalnie rozwiąże wreszcie – ale ten reportaż nigdy nie powinien był zostać napisany. Jednak nie...


Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl