Teatr


Piesy

Piotr Gruszczyński



„Biesy” w reżyserii Rudolfa Zioły tak się mają do powieści Dostojewskiego jak bezdźwięczne „p” do dźwięcznego „b”. Niby drobna oboczność, a cały teatr wali się z hukiem. Aktorzy do spółki z reżyserem przez cztery godziny wprawiają widzów w rosnące zażenowanie.



A przecież nie jest tak, że „Biesów” nie warto dzisiaj grać. Wręcz przeciwnie. To powieść o prawdziwym końcu świata, tym, który następuje cyklicznie i nie ominie także nas, chwilowo jeszcze wierzących w liberalny marsz ku szczęściu. Choć wszystko wokół zaczyna trzeszczeć, jeszcze się nie poddajemy. Maszerujemy nie patrząc na boki i warto czasami ocucić ten pochód, wylać kubeł lodowatej wody. „Biesy” nadają się do tego znakomicie. Pokazują świat, który utracił wiarę. We wszystko: w Boga, w człowieka, w przyszłość i przeszłość. Sprowadzają rzeczywistość w rejony ciężko wypracowanego nihilizmu. 
Nie wiem, czy istnieje bardziej mroczna powieść. Jej grozę powiększa splątanie dyskursu, a czasem bełkotu ideowego z banalnymi, trywialnymi przypadkami życiowymi, nieszczęściami miłości, porzucenia, braku wzajemności. Dostojewski wymieszał rozszalałe teorie dotyczące nowych sposobów urządzania świata, niebezpieczne, śmiertelnie niebezpieczne, beznadziejne i apodyktyczne, ze scenami rodzajowymi, kompromitującymi wojowników nowego porządku. Wymieszał banalne historie miłosne z ostrymi dewiacjami emocjonalnymi, przez co doszło do całkowitego rozchwiania systemu wartości. A stąd już tylko krok do katastrofy, w którą stacza się nieuchronnie świat każdego z bohaterów. Tak samo Barbary Pietrownej Stawrogin, jak jej syna, Wierchowieńskiego i Kiryłowa, Marii Lebiadkin i jej brata Kapitana Lebiadkina. Nikt nie ocaleje. Upadną jak ewangeliczne wieprze, w które weszły złe duchy. I utoną.

*

Spektakl Zioły sprawia wrażenie, jakby został oparty na zupełnie innym tekście. To chyba nie mogą być „Biesy”?! Może to Ostrowski lub w najlepszym razie Sołogub? No bo jeśli to „Biesy”, to czemu takie głupie? Nudne, bezpieczne, spokojne, a nawet wesołe. Nie śmieszne, nie ironiczne, nie żrące, nie wściekłe, po prostu wesołe! Skąd ta lodowata obojętność aktorów wobec problemów postaci, które zgodzili się zagrać? Zaledwie powierzchowne relacjonowanie cudzych problemów? Do licha, a może to wymarzony przez ministra Celińskiego Teatr Lektur Szkolnych, który, jak rozumiem, miałby się zajmować streszczaniem dzieł trudnych i podawaniem ich w przystępnej formie? Ale adaptacja Camusa nie jest streszczeniem, a Andrzej Wajda udowodnił kiedyś, że można na jej podstawie zrobić wybitne przedstawienie. Więc co się stało? Skąd taka przykra klapa, jedna z większych, jakie widziałem ostatnio w teatrze?
Zacznijmy od przestrzeni. Czarna scena zastawiana krzesłami, kanapami, stołami, łóżkami, w zależności od potrzeb, bez większego namysłu, sprawia strasznie klaustrofobiczne wrażenie. Sztuka dusi się w takim pudełku. Staje się nijaka, zadeptana. Zwłaszcza że scenografia Andrzeja Witkowskiego nawet nie próbuje niczego ułatwić. Prostota rozwiązań, zwykle pożądana i szlachetna, nie zdaje tu egzaminu, ponieważ nad wszystkimi zabiegami scenografa miażdżące zwycięstwo odnosi pudło sceny. Cały czas pozostaje wrażenie teatralności przestrzeni, jej całkowita umowność. Podobnie z muzyką Bolesława Rawskiego. Nastrojowa i ilustracyjna, staje się strasznie banalna. Nie pomaga nawet fragment ze Schnittkego. Muzyka nie podbija tempa zdarzeń, nie buduje dodatkowych znaczeń, nie tworzy nowych emocji. Po prostu gra, tak jak scenografia po prostu stoi. I tak samo po prostu jest tekst. 
Myślę, że reżyserowi zabrakło klarownego powodu, dla którego sięgnął po „Biesy”. Nie udało mu się wyartykułować lęku i zagrożenia, jakie niesie ten straszny, rozhulany świat. U Zioły nie bardzo wiadomo, kim tak naprawdę są Stawrogin i Wierchowieński. W takiej przestrzeni i przy takiej muzyce z przedstawienia wyparowuje wszystko, co irracjonalne, a przecież irracjonalność jest wielką siłą „Biesów”, to irracjonalność napędza ten tekst. Tymczasem u Zioły pojawia się narrator. Jest nim Grigoriew (Piotr Kozłowski), który komentuje sceny i wydarzenia, osadzając tempo i tworząc niepotrzebny dystans narracyjny do wydarzeń. Z proscenium, znowu w sposób przykro teatralny wygłasza swoje niby zaniepokojone, a tak naprawdę zarozumiałe kwestie. Co gorsza, chyba właśnie ten dystans pozwala aktorom na spokojne wejście w rodzajową grę. Publiczność zaśmiewa się z łatwych aluzji spektaklu (np. kwestia „Nie dorośliśmy jeszcze do demokracji” budzi wesołość rodem z teatru czasów cenzury) i z beznadziejnych przypadków bohaterów. Spektakl brnie w rodzajowość, a ta zabija istotę „Biesów”, nie dlatego, że nie ma jej w powieści, ale dlatego, że jako rzecz łatwiejsza do grania wychodzi na plan pierwszy. 

*

Prawdziwym jednak grobem całego przedsięwzięcia są aktorzy, którzy zdają się nie rozumieć w ogóle, o co tutaj chodzi. Dlaczego ktoś chce popełniać samobójstwo? Dlaczego ktoś chce obalać porządek społeczny? Gubią się w wieloznacznym i głębokim tekście, który nie stał się ich mową wyprowadzoną z wewnętrznych emocji. Grają naskórkowo. 
Joanna Szczepkowska w roli Barbary Pietrowny gra postać komediową, dobroduszną i miłą, idealną do sztuki według powieści Jane Austen, ale nie do „Biesów”. Podobnie Władysław Kowalski w roli starego Wierchowieńskiego. Jeszcze gorzej Rafał Królikowski grający Stawrogina. Boże mój! Przecież w tej postaci w interpretacji Królikowskiego nie ma nic poza dandysowatą pozą. Nie wiadomo dlaczego Stawrogin budzi takie namiętności, nie można uwierzyć w jego sławną spowiedź, w ani jedno słowo, nawet w powieszenie, które odbywa się z ujawnieniem (niezamierzonym!) wszystkich teatralnych szwów konstrukcji dla wisielca. Stawrogin jest gładkim gogusiem i tyle. Nie sądzę, by miał być kolejną egzemplifikacją teorii o banalności zła. Zwyczajnie, nie potrafi w swojej aktorskiej duszy wyhodować Stawrogina. Edyta Olszówka gra Marię Lebiadkin. Aktorka wymyśliła sobie histeryczne zachowanie, oscylujące na krawędzi spazmu. Może to dobry pomysł na kuternóżkę, ale ów spazm musi płynąć z aktorskiego przeżycia, a nie z zadania, które zostaje wykonane, może nawet popisowo. Najlepiej radzi sobie Adam Woronowicz w roli Piotra Wierchowieńskiego. Chorobliwie chudy, rozdygotany, nieprzewidywalny. To dobry punkt wyjścia dla budowania postaci, pod warunkiem, że punktem dojścia będą sensy, a Woronowicz sensy topi na spółkę z kolegami w nieprecyzyjnej tkance spektaklu.
Wydaje mi się, że teatr według „Biesów” powinien budzić lęk, strach, grozę, przerażenie. Tymczasem w Powszechnym powoduje jedynie irytację i znudzenie. Żadna ze świętych kwestii Dostojewskiego nie staje się strzałą wbijającą się w uwagę widzów. Święty spokój lub salwy śmiechu. Zmiany dekoracji odbywają się przy wpół wygaszonym świetle. Jak niegdyś w teatrze Krystiana Lupy. Lupa jest cały czas w tym spektaklu obecny, tyle że niejako negatywnie. Stanowi niezawodny punkt odniesienia dla tego, co można wydobyć z Dostojewskiego, jak można poprowadzić aktorów, by zagrali, a raczej zaistnieli w świecie zniszczenia wszelkich wartości. Zacząłem nawet złośliwie układać obsadę „Biesów” z aktorów grających u Lupy, ale to nie miejsce, by kopać leżącego. Zewnętrzne naśladowanie teatru Lupy nie prowadzi do nikąd. Tak samo jak do nikąd nie prowadzi zewnętrzna gra, powierzchowna reżyseria, powierzchowny teatr. Umówmy się, że to były „Piesy”, a na prawdziwe „Biesy” poczekajmy spokojnie, bo ten tekst musi w końcu zabrzmieć tak, że całej naszej wesołej rzeczywistej nierzeczywistości w pięty pójdzie.

Fiodor Dostojewski „Biesy”, adaptacja Albert Camus, reżyseria Rudolf Zioło, scenografia Andrzej Witkowski, muzyka Bolesław Rawski, premiera w Teatrze Powszechnym w Warszawie 24 kwietnia 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl