Plastyka


Misie kochamy

Bogusław Deptuła



Nareszcie koniec ze skandalami, nie potrzeba też tabliczek przestrzegających przed nieobyczajnymi lub szokującymi obrazami. W sławnej z niekonwencjonalnych wystaw warszawskiej Galerii Foksal można oglądać misie – pluszowe. 



Robert Maciejuk (ur. 1965), autor wystawy „What makes my breakfast so nice?”, tym razem sięgnął do doświadczeń z dzieciństwa. W naszym pokoleniu, a jesteśmy rówieśnikami, dobranocka to był najważniejszy punkt we wczesnodziecinnym harmonogramie. Na dobranockę warto było nawet wrócić z podwórka, chyba że dawano coś tak nudnego jak „Jacek i Agatka” albo „Gąska Balbina”. 
Dobrze pamiętam, że nie przepadałem za pluszowymi herosami. Kolargol zdawał mi się jakiś zbyt dziewczęcy, a Uszatek safandułowaty. Zdecydowanie wolałem „Bolka i Lolka” i „Zaczarowany ołówek”, nie wspominając o „Kreciku”, najlepszym ze wszystkich. Kreskówki miały wielką przewagę nad filmami z ruszającymi się pluszakami, chyba były żywsze, bardziej dynamiczne i wciągające. Jednak lata minęły, dokonała się obróbka pamięci i teraz wszystko wygląda zgoła odwrotnie: kreskówki wyparowały, a pluszowe misie ocalały. Być może stało się to za sprawą ponownego przyłączenia się Polski do strefy występowania Teddy Bears; nieodzowne okazuje się poszukiwanie rodzimej tradycji. A tradycja jest wcale mocna i interesująca. Wszak trzeba jeszcze pamiętać o otoczonym wielką i dwuznaczną sławą „Misiu z okienka”, który przepadł bez wieści, gdyż jednego wieczora prowadzący miał zakończyć program słowami: „A teraz, kochane dzieci, pocałujcie misia w d...”. Mało kto już o tym przemądrzałym misiu moraliście pamięta, ale ja jego okienko z wyciętym serduszkiem widzę nadal doskonale, choć z żalem przyznaję, że niezwykłych dialogów odtworzyć nie potrafię.

*

Kolekcja misiów Maciejuka w Galerii Foksal wygląda znakomicie. Ogromny Uszatek, wzrostem znacznie przewyższający samego autora, do tego Kolargol w kilku ujęciach, Nordynka – filmowa miłość Kolargola. I miś nad misiami – Puchatek, oraz dowód poważnego uwikłania autora w „misią” problematykę, czyli ogromna panda-kolaż, ułożona z włochatych klocków, i jej niewielka, wyhaftowana odmiana. Wyłączywszy pandy, które traktuję jako swoistą wprawkę do archeologii telewizyjnych misiów polskich, wszystkie obrazy są znakomicie namalowane. Nie znać ani faktury telewizora, ani faktury obrazów. A wielki Uszatek ma w swej dotykalności coś z powagi i dostojeństwa XVII-wiecznego malarstwa hiszpańskiego. Głębia matowego, szarego tła mogłaby służyć doskonale jakiemuś świętemu z bogatego orszaku namalowanego przez Zurbarana. 
Może to brzmi przesadnie, ale przesadą wcale nie jest. Maciejuk, od lat słynący ze świetnego warsztatu, w najnowszych obrazach jest jeszcze doskonalszy. Dostrzegam w ich dopieszczaniu coś kompletnie niemodnego, przedwczorajszego, ale urzekającego. Podoba mi się także balansowanie między powagą i ironią. Najpoważniejsza warszawska galeria, matecznik Stażewskiego, Kantora czy Krasińskiego, przyjmuje taką wystawę. Można w tym fakcie widzieć jedynie konsekwencję; już dwa razy prezentowano tu obrazy Maciejuka. Jednak tamte wystawy nie były aż tak podwójne. Owszem, „Słońce Polsatu” (1996) też niosło w sobie wiele kontekstów, ale zarazem nie było tak jawnie demodé. W swojej pierwszej wystawie (1994) Maciejuk nawiązywał w abstrakcyjnych formach do dawnego malarstwa. Tak jakby z obrazów Sassetty czy Fra Angelica wyjęto same tła, najczęściej architektoniczne, i uczyniono z nich samodzielne obrazy. Ostatnie przed misiami były trupie czaszki. Serię owych śmiertelnych emblemów pokazywał Maciejuk w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej na wystawie pt. „Scena 2000”. 
Zdaje się, że proste znaki przestały malarzowi wystarczać, że odczuł potrzebę malowania. Malarska biegłość bardzo wzmocniła efekt całej wystawy. Pluszaki nabrały nowych sił i wyrazu. Przestały być już tylko bohaterami dobranocek. Stały się postaciami z dziecinnego, ale i życiowego bestiarium. Ich ekranowe wcielenia przemieniły się, już teraz nieodwracalnie, w nowe formy, trochę tak, jakby nasze wspomnienia zyskały na mocy i znaczeniu. Misie to poważni goście, tak jak poważną sprawą jest dzieciństwo, którego rozmaite konsekwencje oddziałują na całe nasze życie doczesne. To nie jest tylko podróż w krainę „straconego czasu”, to wyprawa do samych początków. 
Robert Maciejuk teraz nieco inaczej widzi kadr z filmu o Kolargolu. Owszem, Nordynka beztrosko wywija swoje piruety na lodzie, ale kadr zbliżający pyszczek (twarz?) Kolargola poprzez szklany pucharek po lodach sprawia wrażenie wyjątkowo niepokojące. Można by go interpretować w nieskończoność, że to telewizyjny kolor albo scena podwodna, albo że biedny miś nadużył. I właściwie tak było w istocie, bo biedak na biegunie wraz z Nordynką przejadł się lodami i miał wizje. Niewinne scenki z dziecięcych bajek nie po raz pierwszy nabierają zgoła odmiennego charakteru. Pozwala na to spojrzenie z perspektywy lat. Nie pozostaje nic innego, tylko życzyć kolorowych snów.

Robert Maciejuk, „What makes my breakfast so nice?”, Galeria Foksal w Warszawie, do 13 maja 2002. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl