Marcel Reich-Ranicki o literaturze polskiej


Bez taryfy ulgowej

Joanna Skibińska z Frankfurtu nad Menem



„O tym, że Polska jest jedynym krajem bloku wschodniego, którego sztuka wzbudza zainteresowanie Zachodu, wiemy od dawna. Nie jest też nowością, iż nie tylko polska muzyka i grafika oraz polskie filmy zasługują na uwagę – nad Wisłą powstaje też godna uznania literatura. Mimo to (nie bez radości) zaskakuje fakt, że w minionych miesiącach w Republice Federalnej wydano osiem polskich książek i każdą z nich – rzeczywiście każdą – warto przeczytać”. Tak w roku 1962 krytyk Marcel Reich-Ranicki – wówczas od czterech lat budujący w Niemczech swoją pozycję „adwokata literatury” – rozpoczynał recenzję „Kolumbów” Romana Bratnego w niemieckiej prasie. 
Jeszcze w latach 50. zachodnioniemieccy czytelnicy otrzymali antologię polskiej liryki „Lekcja ciszy” w przekładzie Karla Dedeciusa. W kilka lat później nastąpiła erupcja zainteresowania literaturą znad Wisły. A Marcel Reich-Ranicki, który do Niemiec Zachodnich przyjechał z Polski w 1958 r. i objawił się jako ostre i trafne w osądach pióro, nie stronił wtedy od omawiania polskich książek. W 1962 r. wydał nawet antologię polskiej prozy współczesnej, opatrując ją wstępem. Tekst ten, obok recenzji i wspomnień pośmiertnych, znalazł się teraz w zbiorze pod przekornym tytułem: „Najpierw żyć, potem się bawić. O literaturze polskiej”. 
W eseju z roku 1959 pt. „Tam, gdzie pisarzy chowa się jak królów. O roli pisarzy w Polsce” Reich-Ranicki szkicuje dzieje literatury polskiej z empatią, aczkolwiek nie stroniąc od przerysowań. Widać w tym tekście, że krytyk, który edukację zdobywał w przedwojennym berlińskim gimnazjum, nie dał się uwieść czarowi polskiego romantyzmu. Z uporem wskazuje, że nawet mniejsze od Polski narody (Dania, Szwecja, Norwegia) szczycą się dziełami znanymi w świecie, podczas gdy polscy pisarze, nawet laureaci Nagrody Nobla, pozostali dla świata nieznani. Nie stroniąc od bulwersujących zapewne niejednego polskiego czytelnika osądów, roztrząsa kwestię rozbieżności między brakiem uznania dla literatury polskiej a olbrzymią rolą, jaką Polacy przypisują swym pisarzom. Już tutaj wysuwa tezę o hermetyczności literatury polskiej oraz o pięknie i nieprzekładalności polskiej liryki.
Zapowiadając polską antologię w ostatnim wydaniu swego programu telewizyjnego pod nazwą „Reich-Ranicki solo”, krytyk powtórzył wspomnianą tezę o hermetyczności naszej literatury. Wcześniej mówił o niej w związku z honorowym udziałem Polski w Międzynarodowych Targach Książki we Frankfurcie. Wobec takich imprez i koniunkturalności w recepcji literatury zawsze był sceptyczny. Już przed 40 laty, w przedmowie do antologii polskiej prozy twierdził, że literatura polska jest „bardzo zachwalana, ale mało czytana”. Dzisiaj jej rzekoma nieprzystępność idzie być może w parze z brakiem cierpliwości krytyka, który z biegiem lat coraz bardziej skupiał się na problemach literatury niemieckiej. Uczestniczył w spotkaniach „Grupy 47”, rozbudowywał swe znajomości z niemieckimi pisarzami. Dzięki znajomości literatury NRD, już na początku swej zachodnioniemieckiej kariery opublikował cykl portretów wschodnioniemieckich pisarzy, a kilka lat później wydał antologię ich twórczości, wtedy w Niemczech Zachodnich słabo znanej. 
O literaturze polskiej wypowiadał się coraz rzadziej, w miarę przerzedzania się szeregów znanych mu jeszcze z Warszawy pisarzy. Żegnał pośmiertnymi wspomnieniami Antoniego Słonimskiego, Jana Parandowskiego i Mieczysława Jastruna. Na nowe polskie książki otwarty był coraz mniej. Jednym z nielicznych wyjątków w latach 80. były pełne superlatyw recenzje twórczości Szczypiorskiego. Na szczęście jednak im mniej intensywnie literaturą polską zajmował się Reich-Ranicki, tym bardziej zabiegał o jej popularyzację w Niemczech nieoceniony Karl Dedecius. 
W Republice Federalnej Reich-Ranicki zdobył z czasem pozycję „papieża” niemieckiej krytyki, obejmując niejako rolę, jaką pełnił wcześniej zmarły w 1948 roku Alfred Kerr. Kerr znany był z dobitnych opinii i – jak wspomina Ranicki w tomie esejów „Adwokaci literatury” – znienawidzony przez wielu pisarzy i ludzi teatru. Jego następca pisze nie mniej dobitnie i budzi nie mniejsze emocje; starczy przypomnieć konflikt z Günterem Grassem. Ranicki nie oszczędzał nikogo; na przykład recenzując w 1960 r. „Ferdydurke” nie ukrywał, że książka go trochę nudzi. Ocena ta nie zaważyła jednak na recepcji Gombrowicza; podobnie nie należy przeceniać dziś wpływu negatywnych osądów krytyka dotyczących współczesnych polskich autorów. Stasiuk czy Tokarczuk mają w Niemczech licznych czytelników.
Po szkicach Karla Dedeciusa opublikowanych w szwajcarskim wydawnictwie Ammann-Verlag w 2000 r. w cyklu „Panorama Literatury Polskiej”, antologia Ranickiego jest drugą książką w ostatnich latach, która pozwala wejrzeć w najnowsze dzieje recepcji literatury polskiej w Niemczech. Reich-Ranicki traktuje tę literaturę jak zwykle subiektywnie i bez taryfy ulgowej. Wiadomo jednak, że – parafrazując porzekadło – prawdziwa cnota krytyka się nie boi...

Marcel Reich-Ranicki: „Erst leben, dann spielen. Über polnische Literatur” (Najpierw żyć, potem się bawić. O literaturze polskiej), Wallstein Verlag, Getynga 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl