Czy potrzebujemy referendum w sprawie wejścia do Unii Europejskiej


Trzy razy „nie”

Marek Orzechowski z Brukseli 



Referendum w sprawie polskiego członkostwa w Unii Europejskiej zbędne jest z trzech powodów: historycznego, politycznego i cywilizacyjnego. 



Zapowiedź premiera Jerzego Buzka, że Polacy będą mogli wypowiedzieć się na temat przystąpienia kraju do UE, miała być gestem wobec społeczeństwa. Obietnica rzucona z trybuny parlamentu, uczyniona pod wpływem chwili, a nie z nakazu konstytucji, wpisała się do słownika polskiej politycznej poprawności i zaczęła żyć własnym życiem. Dziś trudno sobie wyobrazić polityka, który przeciw niej wystąpi. Tymczasem Polski nie stać na przeprowadzenie referendum w sprawie przystąpienia do UE. Nawet w przypadku pozytywnego wyniku – w co wierzę – straty wywołane sporami wokół Unii będą znacznie większe od zysków. 


IGNORANCI PRZY URNIE 


Integracja europejska nie była przedsięwzięciem zatwierdzanym w ogólnonarodowych głosowaniach. Budowano ją wbrew zaściankom i fobiom. Wprawdzie doświadczenia II wojny światowej pozbawiły narody wielu wzajemnych nienawiści, ale nie wykorzeniły nacjonalistycznego zła. Ojcowie wspólnej Europy nie poddawali swoich idei pod głosowania, ponieważ nie pasowały one do takiej procedury. 
Także dzisiaj trzeba walczyć z fobiami, przełamywać niechęć, wręcz narzucać kierunek integracji, która dopiero po pewnym czasie zostanie powszechnie zaakceptowana. Często trzeba ją budować wbrew wielu ludziom, naruszać ich przyzwyczajenia, więcej od nich wymagać. Inaczej zablokują proces jednoczenia Europy, chociaż nie mają dla niej alternatywy. Nie sposób ogarnąć tego wielowątkowego procesu. Każdego poinformować, z każdym dyskutować, a wątpiących – przekonać. 
Są dobrzy i źli kierowcy, lepsi i gorsi studenci, znakomici lekarze i partacze. Wszyscy mieli jednak do dyspozycji te same narzędzia, mogli skorzystać z tej samej wiedzy – mogli stać się najlepszymi. A nie są. Jednemu zabrakło wytrwałości, innemu talentu. Podobnie dzieje się z wiedzą na temat integracji. Jedni, nie zachęcani przez nikogo, dotrą do każdej informacji. Inni nie sięgną nawet do wyłożonej na stół gazety – ich „to” nie interesuje, ale zapytani powiedzą, że „są” niedoinformowani. Na takich trzeba machnąć ręką, a nie wzywać do urny, by potwierdzali swoją niewiedzę.
Tak jak samochodami jeździ wielu, ale tylko kilku potrafi rozłożyć silnik, tak procesem integracji zajmuje się garstka, zaś negocjacje prowadzi wąska grupa specjalistów. Ten podział pracy trzeba zaakceptować. Nie tylko dlatego, że rozmówcami naszych specjalistów jest podobna do nich ekipa fachowców. Przedmiotem rokowań jest materia obszerna i szczegółowa. Nie wszyscy muszą wypowiadać się na temat integracji, a nie powinni tego robić ignoranci, którym brakuje wiedzy oraz dobrej woli, by poznać fakty. Czy każdy zajmuje się sprawami własnej spółdzielni mieszkaniowej, bliższej przecież niż Bruksela? Czy każdy wypowiada się na temat matematyki i kosmologii? Negocjacje prowadzą fachowcy. Ich zadania nie ułatwi żadne referendum.
Uprawniony do głosowania może wprawdzie oddać głos, ale nie znaczy to, że wyraża swoje stanowisko. Urna jedynie sumuje głosy i nie ma w niej miejsca na argumentację. Tymczasem w systemie państwa demokratycznego przestrzenią, która może i powinna rozstrzygać sprawę członkostwa, choćby z mocy prawa, jest parlament. Tam przecież zasiadają delegaci narodu, a że polski Sejm musi ratyfikować traktat akcesyjny, wnikliwa debata nas nie ominie. Można do niej zaprosić przedstawicieli innych środowisk społecznych i politycznych, ale głosowanie trzeba zostawić parlamentowi, który wyraża w demokracji wolę suwerena. Kwestionowanie tej roli parlamentu jest odrzuceniem jednej z najważniejszych zasad państwa demokratycznego.

DLACZEGO CHCEMY ZATRZASNĄĆ DRZWI?

Argument historyczny przeciwko referendum w sprawie wejścia do UE uzasadnić najprościej. Byłoby to głosowanie nad naszą historią – niełatwą, ale konsekwentnie ukierunkowaną na Zachód. Nie wypada nam tego robić po tym, jak wielu polskich patriotów zginęło za związek swojego kraju z Zachodem. Głosowanie nad przystąpieniem do UE byłoby głosowaniem nad naszą europejskością i podważałoby historyczną przynależność Polski do cywilizacji zachodniej.
Duńczycy mogą głosować nad wprowadzeniem euro, Norwegowie deliberować nad członkostwem w Unii, bo oba narody i tak są zakotwiczone na Zachodzie. Polacy, jeżeli kiedykolwiek mogli czuć się uprawnieni do składania oświadczeń, że należą do Europy, to właśnie teraz, kiedy do europejskiego organizmu mogą być dopisani traktatowo. Głosowanie nad tym jest podważeniem tego momentu i podaniem go w wątpliwość. Wysłaniem sygnału, że nam we wschodnim zaścianku jednak lepiej.
Podział kontynentu przyniósł Europie straty, ale rachunek płaciły: Polska i inne satelity ZSRR. Kiedy Polacy uganiali się za papierem toaletowym, po zachodniej stronie muru berlińskiego budowano wspólnotę gospodarczą oraz rozważano ideę Stanów Zjednoczonych Europy. Zazdrościliśmy im solidarności i wizji „jednego domu europejskiego”. Jeżeli teraz mamy głosować nad tym, czy należymy do tego domu, obrażamy swe dawne nadzieje i przyznajemy rację Stalinowi: podział nam odpowiadał i, co gorsza, odpowiada nadal. 
Wygląda na to, że Europa jednoczy się nam na złość i na przekór naszym przyzwyczajeniom. Kiedy wielu polskich polityków prześciga się w obelgach pod adresem wspólnej Europy, słowa byłego kanclerza Niemiec Helmuta Kohla, że Europa bez Polski będzie wyglądać jak „bezgłowy kadłub”, brzmią ironicznie. Przecież impuls do pokonania komunizmu i zniesienia polityczno-wojskowego podziału kontynentu wyszedł z Polski. Wielu ludzi na Zachodzie pomija to milczeniem i skłonni jesteśmy wówczas się na to obrażać. Czym będzie głosowanie nad naszym członkostwem w UE, jeśli nie przyznaniem im racji? Czy dopiero pozytywny wynik referendum dostarczy świadectwa, że jesteśmy Europejczykami? Czy nie powinniśmy zgodzić się, że nie ma o czym rozmawiać ani nad czym głosować, bo przyjęcie do UE jest tylko formalnością?
Integracja europejska budowana jest na drodze ustępstw i zrozumienia dobra wspólnego. Każdy uczestnik tego dzieła oddał ważną dla siebie cząstkę na rzecz interesu wspólnoty. Polskie wezwanie do głosowania nad tym, z perspektywą, że przybędzie przeciwników – będzie policzkiem dla solidarności europejskiej. Francuzi, Niemcy i Holendrzy mogli przecież zamknąć przed nami drzwi, ale zaprzeczałoby to idei europejskiej integracji, której Polska jest naturalnym elementem. Oni drzwi otworzyli, a my, przekornie, wstawiamy w nie nogę i grozimy, że je zatrzaśniemy. Za wszelką cenę powinniśmy ustrzec się sytuacji, w której my, krnąbrni Polacy zaprzepaścimy wysiłek kilku generacji Europejczyków. Mamy szansę raz na zawsze zamknąć pewien okres naszej historii. Czy musimy to robić w referendum? Głos „za” jest niepotrzebny, bo Polak-Europejczyk nie musi głosować nad swoim miejscem w Europie. Głos „przeciw” będzie potwierdzeniem, że nie znamy własnego interesu narodowego. Zaoszczędźmy sobie tego wstydu.

GORZKI POWRÓT DO EUROPY 

Równie uzasadniony jest sprzeciw wobec referendum ze względów politycznych. Szeroka dyskusja nad procesem integracji jest potrzebna, ale referendum nad traktatem akcesyjnym jej nie pogłębi i nie stworzy nowego forum. Zresztą miejsc, w których dyskusja taka może być prowadzona, nie brakuje.
Referendum stworzy za to okazję do politycznej awantury. Ujawni siłę demagogów, których zadanie jest łatwiejsze od zwolenników integracji, bo nie muszą posługiwać się argumentami – wystarczą im nastroje i emocje. Grozą wieje na myśl, ile złych, niepotrzebnych słów padnie z ust przeciwników integracji, ile pojawi się pomówień i wylanych zostanie pomyj. Nieważne, że druga strona będzie się od nich odcinać i nie każde złe słowo padnie na podatny grunt. Nienawiść, która się wyleje, trudno będzie osuszyć. Polska wyjdzie z tej debaty zraniona nawet wtedy, gdy Polacy powiedzą „tak” w referendum. Lata zajmie nam jednak strząsanie z siebie błota, które zostanie rzucone.
Europa dowie się, co o niej Polacy „naprawdę” myślą. Polskim kłótniom i sądom nad Europą przysłuchiwać się będą sąsiedzi. To, co polska polityka zagraniczna po 1990 r. zyskała w stosunkach z Niemcami, postawi się pod znakiem zapytania. Ostra debata podważy nasze związki z Zachodem i ujawni polską ksenofobię. Da satysfakcję nieprzyjaźnie do nas nastawionym, zniechęci Polaków do Europy i Europę do Polski. To będzie gorzki „powrót” Polski do Europy...
Dyskusja nad polskim członkostwem w UE odsunie na plan dalszy konieczność reformowania kraju, usprawniania administracji, walki z bezrobociem. Chciałbym się mylić, ale boję się, że polska klasa polityczna rozchoruje się przy tej debacie, a lekarza zabraknie. Rozchoruje się także wielu Polaków. Przedsiębiorcy, skazani na otwartość w kontaktach, dowiedzą się, gdzie żyją. Zachodni inwestorzy przekonają się, że lepiej inwestować w Czechach lub na Węgrzech. Banki ze zdziwieniem stwierdzą, że pomyliły się co do miejsca. I w końcu – przybędzie niechęci między Polakami, a przecież już dziś nie jesteśmy w miłości bliźniego europejskimi przodownikami.
Na debacie wokół UE, wywołanej przez referendum, nie zyska nikt. I na pewno nie przybędzie z jej powodu wiedzy na temat integracji.

CYWILIZACYJNY SKOK DO EUROPY

W porównaniu z rokiem 1990 w Polsce pod wieloma względami dokonał się skok cywilizacyjny. Polakom przybyło narzędzi korzystania ze swobodnego przepływu informacji, które stanowią łącznik z cywilizacją zachodnią. Wystarczy odłożyć je na bok, by poczuć się bezradnym i odciętym. Żyliśmy tak przez dziesiątki lat: wiedza omijała nas, a ta, która docierała, była wykradana podstępem, zdobywana prywatnie, dowożona za marne dewizy, kupowana na bazarach i w komisach. Teraz Polacy nie są odcięci od świata i mogą nie mieć kompleksów – żyją w europejskim, zachodnim świecie. Chociaż przeważa jeszcze konsumpcja, a udział Polaków w tworzeniu cywilizacji wiedzy i dóbr jest znikomy, z czasem zapewne się to zmieni. Pod warunkiem, że Polska nie straci dostępu do zachodniej cywilizacji. Gwarant takiego rozwoju jest tylko jeden: Unia Europejska.
Jeszcze niedawno obco brzmiało w Polsce słowo globalizacja, a i kwestie klonowania czy rozwiniętych technologii komunikacyjno-informatycznych wydawały się problemami innych społeczeństw. Rzecz jasna i dzisiaj nie spędzają one snu z powiek wielu Polakom, ale jesteśmy już włączeni w ich nurt. Jednocześnie, ciągle poza Polską, światowa gospodarka zyskuje nową dynamikę. Zdecydowanym przemianom podlegają systemy socjalne. Nowego znaczenia nabierają tradycyjne wartości i inaczej definiowane są elementarne składniki porządku społecznego i gospodarczego. Nawet jeżeli Polak uważa, że uratuje go jego wrodzone przekonanie – „jakoś to będzie”, zjawiska te nie ominą jego kraju. Ważne zatem, jak te zmiany dokonają się w Polsce i jaki udział w nich będą mieli Polacy.
Przystąpienie Polski do Unii będzie finalizacją jej wejścia w obieg światowej cywilizacji. Jeszcze za pięć, siedem lat wielu Polaków powie, że nie widzi pozytywnych skutków integracji. Ale dzisiejsi gimnazjaliści będą już żyć w innym świecie. Kapitał definiowany będzie w niej inaczej niż dzisiaj. Nie posiadanie skrawka ziemi, papier wartościowy i liczba akcji, nie zgromadzone lokaty ani nawet mozolna praca, zapewnią społeczną pozycję i dadzą poczucie cywilizacyjnego spełnienia. Jedynie wiedza i umiejętności jej zdobycia oraz wykorzystania. Do tej wiedzy trzeba będzie mieć dostęp. Dlatego nie ma co głosować nad wejściem Polski do UE, bo to tak, jakby przyszło głosować przeciw albo za własnym analfabetyzmem.
Jeżeli poważnie myślimy o cywilizacyjnym awansie Polski, która ma różnych sąsiadów i różne cywilizacyjne przestrzenie w perspektywie, nie wolno polskiej szansie kłaść pod nogi dodatkowych kłód. Głosowanie nad członkostwem w UE będzie wręcz obraźliwe dla naszej perspektywy rozwiniętego kraju w środku kontynentu.
Referendum jest zbędne także z przyczyn pragmatycznych. W gruncie rzeczy każda grupa społeczna potrzebowałaby osobnego głosowania, bo tylko wtedy nauczyciele decydowaliby o swoim losie, a rolnicy o swoim. Traktat akcesyjny będzie przecież obszerny i będzie zawierał regulacje dotyczące wszystkich dziedzin życia społecznego i gospodarczego. Zapytajmy: czy dzisiaj występuje zbieżność interesów wszystkich grup zawodowych i społecznych, by mogły one w jednym akcie głosowania rozstrzygnąć losy pozostałych?
Znając polski charakter i skłonność do przesady, a także gotowość do pieniactwa, należy przyjąć, że referendum nad członkostwem Polski w Unii, bez względu na efekty pracy negocjatorów, przemieni się w sąd nad UE i Polską. Zaś jego wynik, jaki by nie był, będzie niczym innym jak wyrokiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl