Na początek likwidacja kas chorych, a potem...


Kontrreformatorski precedens SLD

Janusz A. Majcherek



Sposób, w jaki rząd unicestwia reformę systemu usług medycznych, to pierwszy od 1989 r. przykład tak jawnego anulowania przemian strukturalnych. Co gorsza: można się obawiać, że jest on precedensem. Gdyby tak się stało, w wielu innych dziedzinach życia publicznego czeka nas powrót do metod zarządzania rodem z PRL. 



Faktem jest, że na ogłoszoną w ub. tygodniu przez ministra zdrowia likwidację kas chorych rządząca ekipa ma przyzwolenie społeczne. Dlaczego wzbudziły one taką niechęć? Z podobnych powodów, co wszyscy, którzy w toku i wyniku transformacji przyczynili się do ujawnienia, co ile kosztuje i ukazania, że nie można mieć więcej niż pozwala stan kasy. 

Bolesna terapia

Aż do 1999 r. pacjenci nie wiedzieli nic o kosztach świadczonych im usług medycznych. Znali tylko wysokość łapówki, jaką musieli wręczyć, by uzyskać do nich dostęp. Po wprowadzeniu reformy można już policzyć wartość każdego medykamentu, zabiegu, aparatury, pracy personelu, wyposażenia placówki medycznej. 
Dla wielu okazało się to równie frustrujące, jak ujawnienie prawdziwej wartości niektórych fabryk i ich produktów dziesięć lat wcześniej. Innych przeraziło, jak dużo kosztuje to, czego potrzebują, a co dotychczas obiecywano im za darmo. Do tego nowy system wprowadził elementy konkurencji, w której jedni okazują się lepsi od innych. Podniósł się krzyk, że to konkurencja nieuczciwa i oparta na złych regułach (czy kto słyszał, by załoga jakiegokolwiek zakładu przyznała, że wykonuje pracę gorzej lub drożej niż konkurenci?). Lekarze, należący do intelektualnej elity społeczeństwa, mają jednak większe umiejętności perswazyjne i autorytet zawodowy niż włókniarki, dlatego łatwiej przekonali swoich klientów, że zostali oszukani, a likwidacja i prywatyzacja szpitali czy oddziałów to zamach na prawa pacjentów. Do utrwalenia takiego przekonania przyczyniły się także media, ochoczo podchwytujące sugerowane im przez personel medyczny wyjaśnienia nieudolności i niewydolności placówek. W reformie znaleźli łatwe wytłumaczenie i usprawiedliwienie wszystkich niedostatków, obciążając za nie kasy chorych, będące newralgicznymi instytucjami nowego systemu. To one stały się winne każdej śmierci pacjenta, do którego nie dojechało pogotowie, każdego utrudnienia w dostępie do specjalisty, każdego niewyleczonego schorzenia i nieskutecznej terapii. 
Zmiana systemu wywołała także rzeczywiste perturbacje, jak w 1989 r. w całej gospodarce, poddanej terapii szokowej. Dziś społeczeństwo jest jednak znacznie mniej cierpliwe, by czekać na pozytywne efekty przemian (znaczna jego część do dziś nie dostrzegła ich w żadnej dziedzinie, uważając całą transformację za wielką klęskę).

Nowe wraca

Reformie służby zdrowia towarzyszyły więc te same emocje i interpretacje, jakie wcześniej powstawały w trakcie przekształceń innych dziedzin produkcji i usług. Urealnienie cen i wartości oraz konkurencja powodowały frustrację wielu grup społeczno-zawodowych oraz ogólnie większości Polaków, przekonanych, że należy im się więcej. Reformatorzy tracili poparcie, a przeciwnicy reform rośli w siłę.
Dlaczego więc dopiero teraz następuje otwarte uderzenie antyreformatorskie? Bo przez długi czas, mimo narastania społecznego oporu, wśród głównych sił politycznych utrzymywało się przeświadczenie o konieczności kontynuowania transformacji. Ugrupowania postsolidarnościowe zachowały nawet poczucie reformatorskiej misji. Środowiska postkomunistyczne nie czuły się natomiast na tyle mocne, by przeciwstawić się otwarcie przemianom i narazić na oskarżenia o recydywę PRL. Po zwycięstwie wyborczym w 1993 r. mogły reform zaniechać, ale wciąż nie odważały się ich anulować. Teraz poczuły się na tyle mocne i uwolnione od obowiązku poświadczania lojalności wobec III Rzeczypospolitej, że gotowe są na zanegowanie reform dokonanych przez poprzedników. Dla niektórych członków nowej ekipy (należy do nich z pewnością minister zdrowia) to wręcz obsesja unicestwienia wszelkich śladów działalności politycznych wrogów. Ton podał premier, roztaczając wizję zniszczonego kraju, który jego gabinet musi odbudować po reformatorskich szaleństwach.

Jak to się robi

Zmiana zasad funkcjonowania służby zdrowia oznaczać może zmianę koncepcji funkcjonowania instytucji publicznych. 
Minister zdrowia oburza się, że jedne kasy chorych mają finansowe nadwyżki, a inne toną w długach. Czy zatem postanawia doprowadzić do upowszechnienia metod zarządzania stosowanych przez te operatywne kasy? Czy może decyduje się na wyeliminowanie tych nieefektywnych? Czy wprowadza konkurencję między kasami, która wyłoniłaby i wypromowała te najlepsze i umożliwiła ubezpieczonym przystępowanie do nich? Skądże znowu! Ministerstwo i rząd oświadczają, że nie może tak być, aby jedne kasy działały lepiej, a inne gorzej, więc trzeba zlikwidować je wszystkie, a w ich miejsce ustanowić centralny fundusz, który wszelkie różnice wyrówna. Tylko wyjątkowo naiwni mogą wierzyć, że będzie to równanie do najlepszych.
Kasy chorych są ponoć upartyjnione. Rzeczywiście, część ich składu stanowią reprezentanci lokalnych sił politycznych (bo władze kas są powoływane przez samorządy wojewódzkie). Należy dodać: różnych sił politycznych, bowiem w różnych regionach kraju rozmaity jest ich układ. Minister proponuje zaś stworzenie jednego funduszu, z szefem mianowanym przez premiera oraz 16 podporządkowanymi mu delegaturami terenowymi, mającymi do rozdziału kwoty rzędu 25 mld złotych rocznie. Nie trzeba nadmiernej wyobraźni, aby przewidzieć, że wszyscy zarządzający tymi instytucjami i funduszami będą partyjnymi kolegami premiera i ministra (ewentualnie koalicjantów). Dla dziennikarzy szykuje się gratka, bo ujawnianie i opisywanie metod upychania partyjnych działaczy na stanowiska w funduszu zdrowia i jego delegaturach będzie ekscytować opinię publiczną przez co najmniej kilka tygodni. 
Minister zapowiada zwiększenie składki na fundusz zdrowia. Wicepremier Belka doprowadził jednak do zamrożenia tych kwot na poziomie 7,75 proc. płacy, jako że każde ich podniesienie uszczupla sumy pozostające dla budżetu. Wzrost składki jest więc możliwy tylko przez zwiększone obciążenie zarobków obywateli. W ten sposób dodatkowe pieniądze wyegzekwowane przymusowo z prywatnych dochodów ludności posłużą do zasilenia państwowej instytucji, kierowanej przez partyjnych pobratymców premiera i ministra zdrowia. Oto miara postępu w porównaniu do pierwotnej wersji reformy z 1997 roku, przewidującej, że obywatele będą mogli swoje pieniądze przeznaczyć na składkę w wybranych prywatnych towarzystwach ubezpieczeniowych. Możliwość taka została wtedy zlikwidowana jako... niesprawiedliwa społecznie. 

Chwytliwe hasła

Likwidacja kas chorych dokona się przy aprobacie obywateli, którzy utożsamili z tymi instytucjami wszelkie niedogodności i niedomagania opieki zdrowotnej. W Polsce jest jednak jeszcze kilka innych instytucji publicznych, źle kojarzonych przez opinię publiczną.
Następna do rozwałki może być choćby Rada Polityki Pieniężnej, kierowana przez powszechnie znienawidzonego Leszka Balcerowicza. Rząd od dawna urabia w tym kierunku społeczeństwo, przypisując RPP winę za wszystkie perypetie ekonomiczne, a w swojej strategii gospodarczej przygotował sobie możliwość zrzucenia na Radę odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenia tego programu. Gdyby więc ożywienie nie nadeszło, a frustracje społeczne się pogłębiały, los Rady i Balcerowicza zostanie przypieczętowany. 
Do likwidacji może iść również senat. Nie będzie trudności z przekonaniem opinii, że to zbędna i kosztowna instytucja, a zaoszczędzone pieniądze lepiej przeznaczyć dla najuboższych. 
Po drodze rząd uporać się może z prywatnymi mediami. Im bardziej będą spadać notowania sprawujących władzę, tym silniejsze staną się zarzuty pod adresem niezależnych dziennikarzy, którzy nie chcą prezentować oficjalnych sukcesów. Już słyszymy, że manipulują i głoszą nieprawdę, bo pracują dla obcych właścicieli, a więc w istocie nie są wcale niezależni. W akcji przeciwko nim obóz rządowy znajdzie sprzymierzeńców w Lepperze i LPR.
Być może przesadną i pochopną wyda się sugestia, że likwidacja kas chorych to wstęp do likwidacji instytucji demokratycznych w Polsce. Sposób unicestwienia systemu ubezpieczeń zdrowotnych i zaprowadzenia państwowego monopolu, podporządkowanego partyjnemu aparatowi, daje jednak powody, by spodziewać się najgorszego. Zwłaszcza że opinia społeczna chętnie przyjmuje obietnice „zaprowadzenia porządku w systemie”, „przywrócenia odpowiedzialności rządu”, „zlikwidowania nierówności w dostępie”, „odzyskania kontroli” i podobne frazesy, maskujące dążenia do scentralizowania i podporządkowania jednemu ośrodkowi władzy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl