LISTY



Najważniejsze, aby się uczyli

Prof. Marcin Król (felieton „Manipulowanie bezrobociem” w „TP” nr 12/2002) występuje przeciwko projektowi zwiększenia liczby studiującej w Polsce młodzieży. Taki sposób zahamowania wzrostu bezrobocia może, jego zdaniem, łączyć się z tworzeniem: „kiepskich uczelni w niewielkich miejscowościach” oraz masy niedouczonych absolwentów, dla których nie będzie zatrudnienia, ze słusznymi o to pretensjami do świata.
W PRL mieliśmy niski procent studentów (w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców). Skąd lęk, że będzie w Polsce nadmiar ludzi wykształconych? No tak, ale te kiepskie, prowincjonalne uczelnie... Znamy poważnych profesorów, z dużym dorobkiem naukowym, którzy tam wykładają. Znamy sytuacje, gdy miejscowe władze samorządowe w prowincjonalnych miejscowościach efektywnie wspomagają nowe szkoły wyższe i przyczyniają się do ich szybkiego rozwoju. A koszty nauki dla studentów są tam niższe niż w wielkomiejskich, bo duża część studentów może mieszkać w domu rodzicielskim.
Nawet gdyby były to uczelnie drugiej kategorii, warto przypomnieć istnienie tzw. uniwersytetów ludowych na zachodzie Europy w XIX i XX w. W Danii uniwersytety te, które uczyły głównie języka ojczystego, literatury, historii i z pewnością nie były szkołami wyższymi, odegrały wielką rolę w podnoszeniu poziomu oświaty oraz rozwoju ekonomicznego kraju. Były też nieocenioną szkołą wychowania obywatelskiego. Może i w naszych uczelniach należałoby położyć większy nacisk na przedmioty humanistyczne i wychowanie obywatelskie?
Najważniejsze, aby młodzież chciała się uczyć i mogła to robić. Jeśli po skończeniu studiów będą trudności z zatrudnieniem (ufajmy, że przejściowe), horyzonty myślowe absolwentów, nawet prowincjonalnych uczelni, będą szersze. Łatwiej im będzie dostosować się do zmieniających warunków czy znaleźć pracę za granicą. Z kolei wykształcone kobiety, jeśli nawet nie pracowałyby zawodowo, z większą korzyścią mogą pomagać w nauce dzieciom i lepiej je wychowywać. Nie ma nic gorszego niż pozostawienie młodych ludzi bez nauki, pracy i celu w życiu. Równie ważne jak likwidacja bezrobocia jest przecież podniesienie poziomu świadomości społecznej, tak by ludzie orientowali się w otaczającej ich rzeczywistości i nie poddawali się manipulacji. 

MARIA i ANDRZEJ RUSZKOWSCY
(pracownicy naukowi, Puławy) 





Demokracja czy kultura?


Wysłuchałem w programie II PR dyskusji w PEN-Clubie poświęconej ocenie podręczników do języka polskiego dla gimnazjum. Na zarzuty dyskutantów odpowiadała, tak mi się wydaje, przedstawicielka MEN. Odniosła się do zarzutów szczegółowych, po czym stwierdziła, że celem kształcenia gimnazjalnego jest nauka poprawnego czytania, w tym codziennej prasy ze zrozumieniem. Starszy, sądząc po głosie, pan zareagował z oburzeniem na słowa przedmówczyni: gimnazjaliści mają kłopoty z czytaniem? Co oni robią w gimnazjum? Zresztą po co im umiejętność czytania prasy, gdzie po przebrnięciu przez wiele stron ogłoszeń znajdujemy tekst o tym, co pani A robiła z panem B, gdy tymczasem państwo zabiera dotację dla „Życia Literackiego”. My, mówił dalej, chodziliśmy do szkoły w okresie stalinizmu i socrealizmu, a zapoznawaliśmy się z tekstami Prusa, Goethego, Dantego i Voltaire'a. Czy pół wieku temu była inna młodzież?
Tu relację przerwano, a ja chciałbym odnieść się do ostatniej wypowiedzi. Tak. Mamy teraz inną młodzież. Naszym zajęciem przed 50 laty była gra w piłkę i czytanie książek, co wymagało aktywności fizycznej i umysłowej. Głównym zajęciem naszych wnuków są gry komputerowe i oglądanie telewizji. To duża różnica. Doktryna PRL stwierdzała, że partia „wie lepiej”, także w tym, co ma czytać, czego słuchać i co oglądać podległe jej społeczeństwo. Dla odbiorców kultury była to sytuacja nieznośna. Minęły lata. Doczekaliśmy wolnej Polski, a ja ze zdziwieniem zauważam, że ówczesna władza faktycznie wiedziała lepiej, np. głupawy serial o przygodach psa i czołgistów wydaje mi się godniejszy uwagi od obserwacji życia w domu Wielkiego Brata. A co powiedzieć o Kabarecie Starszych Panów, ówczesnym teatrze radiowym lub telewizyjnym?
Dotowanie przez państwo „Życia Literackiego” jest ściągnięciem haraczu od ludzi, którzy nigdy nie zajrzą do tego pisma. W budynku deficytowej filharmonii można pomieścić dochodową hurtownię wina, co oznaczałoby, że zwolenników Bacha przegłosowali zwolennicy Bachusa. 
Demokracja albo kultura. Niestety.

Piotr Lindner

(matematyk i informatyk z Łodzi)





Dlaczego nie czuję żalu

Sprowokowany książką Güntera Grassa „Im Krebsgang” (recenzja w „TP” nr 10/2002) i listem pani Anny Tatarkiewicz („TP” nr 13/2002) podaję informacje, które mogą przyczynić się do debaty zarówno od- jak i obciążającej. 
Urodziłem się w 1918 r. Mieszkałem z rodzicami i bratem do 1939 r. w majątku Boryskowicze położonym w gminie Plissa powiatu dziśnieńskiego w województwie wileńskim (dzisiejsza Białoruś). Dobra te, według przekazów rodzinnych, nadał król Władysław IV we władanie wieczyste Janowi Doboszyńskiemu w 1634 r. Przed podziałem majątku w 1924 r., między dziesięcioro dzieci Anny z Bohdanowskich i Hieronima Doboszyńskich, powierzchnia dóbr wynosiła 1706 ha. Moja rodzina otrzymała po podziale blisko 380 ha. 
Po wybuchu wojny wróciliśmy do Boryskowicz dopiero, gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka w 1941 r. W rozmowach z miejscową ludnością, głównie białoruską, ojciec zgodnie ze swoim przekonaniem mówił wielokrotnie, że tu była i będzie Polska. Opowiedział mi też o zaskakującej propozycji: zaproponowano mu uznanie się za Białorusina. Negatywna odpowiedź była prawdopodobnie jedną z przyczyn tego, że wkrótce potem został zamordowany przez specjalny oddział niemiecki. Egzekucja na grupie Polaków odbyła się na początku lipca 1942 r. w miejscowości Berezwecz w pobliżu miasteczka Głębokie, dokąd ojca przewieziono po aresztowaniu. Byli w tej grupie okoliczni ziemianie, księża, nauczyciel. 
Dwory, zarówno w powiecie dziśnieńskim, jak w całym województwie wileńskim (podobnie jak w relacji pani Tatarkiewicz o powiecie zaleszczyckim) były polskie, miasteczka żydowskie, natomiast wsie zamieszkiwali Białorusini. Mówili o sobie „tutejsi” i mieli słabe poczucie narodowości, co odróżniało ich od ludności ukraińskiej. Prawdopodobnie właśnie te białoruskie wsie budziły we mnie wątpliwości co do zasadności pobytu w tamtych stronach mojej rodziny i to mimo tak wielu pokoleń. Polskie dwory, które miały być ośrodkami kultury, postępu i polonizacji, tylko w niewielkim stopniu spełniały te zadania. Pomiędzy nimi i wsią istniały nieufność i izolacja.
Również nie czuję się wypędzony, choć mam chyba nawet mocniejsze powody, aby żywić uczucia rewizjonistyczne. Nie czuję ich ani ja, ani moje dzieci i wnuki, i ze zrozumieniem przyjmuję przesunięcie Polski na zachód oraz utratę dawnych terenów i majętności. Rezygnując z zamiaru doprowadzenia gospodarki w Boryskowiczach do odpowiedniego poziomu, zająłem się gospodarką na łąkach i pastwiskach Polski w powojennych granicach.

LEON DOBOSZYŃSKI
(Warszawa)






Kim była Nefretete?

W „TP” nr 10/2002 ukazało się krótkie wspomnienie pani Jadwigi Żylińskiej o Tatarach Polskich, zwanych też Litewskimi, zamieszkałych na Kresach od XV w. Autorka jest przekonana, że nie zdarzały się małżeństwa tatarsko-polskie. Dodaje jeszcze: „Córka doktora Achmatowicza, z urody podobna do Nefretete, była wyjątkowym zjawiskiem. Być może żona doktora Achmatowicza była Polką. Nie wiem”.
Małżeństwa mieszane zdarzały się, ponieważ ważny prawnie ślub można było załatwić w parafii ewangelickiej w Wilnie albo na Pomorzu. Doktor Achmatowicz to zapewne znany w latach 30. w Wilnie chirurg Leon Achmatowicz, ordynator polikliniki Uniwersytetu Stefana Batorego (szpital św. Jakuba na Łukiszkach), który jesienią 1939 r. uciekł razem z rodziną przed bolszewikami pod okupację niemiecką. Do 1945 r. mieszkał w Częstochowie, by ponownie uciec przed NKWD z Polski na Zachód – do Włoch, do II Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa (w chwili śmierci mieszkał w Kanadzie). Był on, tak jak dwaj jego bracia, w tym mój ojciec, ożeniony z katoliczką Teresą ze Staniewiczów, córką pierwszego po 1918 r. rektora USB, matematyka Wiktora Staniewicza. W rodzie Achmatowiczów, do którego należę (herbu Kotwica z ziemi oszmiańskiej), małżeństwa mieszane nie były przyjęte, bo jeszcze w pokoleniu mego dziadka mężczyźni żenili się tylko z Tatarkami, córki zaś wychodziły za Tatarów.
Dr Leon i Nefretete, czyli Maria nazywana w rodzinie Musią, byli stryjecznym rodzeństwem. Leon był synem Aleksandra-Alego, Maria córką jego młodszego brata Bohdana. Dwudziestoparoletnia Musia Achmatowiczówna była ozdobą rządowych rautów i balów w mieście w latach 30. W sierpniu 1940 r. uciekła z rodziną przed władzą sowiecką przez „zieloną granicę” pod niemiecką okupację i mieszkała w Warszawie. Również po wojnie. U schyłku życia wyszła za mąż po raz trzeci (po poprzednich mężach nazywała się Sulkiewiczowa i Strumiłłowa) za Leona Domańskiego. Zmarła w 1970 r.
Nie przypominam sobie, żeby komukolwiek z moich licznych krewnych – prawników religia przeszkadzała w wykonywaniu zawodu i czynności służbowych. Pewnie dlatego, że w Polsce Tatarzy stosują się do prawa państwowego, a nie szariatu. Państwu polskiemu służyli bez zarzutu. Dodam, że brat cioteczny mojego ojca (Achmatowicz po matce) – Leon Kryczyński został rozstrzelany przez Niemców w jednej z pierwszych masowych egzekucji polskiej inteligencji. Jako sędzia sądu powiatowego w Gdyni wydawał wyroki w procesach hitlerowskich agentów i bojówkarzy.
Wracając do tekstu pani Żylińskiej. Choć okupację niemiecką spędziłem tylko po części w Wilnie (od lipca 1941 r. do stycznia 1943 r. przebywałem w majątkach ziemskich rodziców 100 km od Wilna), nic mi nie wiadomo o tym, żebyśmy z racji bycia Tatarami korzystali z uprzywilejowanych kartek żywnościowych. Warto również zaznaczyć, że było więcej rodów mojego nazwiska i to nie tylko na Litwie. W XVIII i XIX wieku inne rody Achmatowiczów mieszkały na południowym Podlasiu (za Bugiem), na Suwalszczyźnie i w Inflantach Polskich (dzisiaj na Litwie i Łotwie). Ongiś, kiedy w Rzeczypospolitej istniało wojsko litewskie, Achmatowicze herbu Achmat i herbu Kotwica służyli w Pułku Straży Przedniej, czyli lekkiej jazdy tatarskiej.

dr ALEKSANDER ACHMATOWICZ
(Warszawa)





Sprostowanie

W wywiadzie z Andrzejem Stasiukiem („TP” nr 14/2002) wspomnieliśmy o Jerzym Stempowskim i jego pisarstwie: „Jerzy Stempowski, pisarz, którego wydaje Pan w Wydawnictwie Czarne, piewca tego świata, twierdzi w »Eseju Berdyczowskim«, że naczelną cechą Europy Środka jest tymczasowość i nietrwałość. Targ w Berdyczowie wyglądał tak, jakby w ciągu pięciu minut można go było zwinąć i ewakuować. Wokół domów ludzie nie sadzili drzew, bo uważali, że ich dom i tak nie doczeka czasu, gdy drzewa wyrosną”.
Przez nieuwagę popełniliśmy błąd. Inspirację do opisu tymczasowości Europy Środka zaczerpnęliśmy z eseju „Rubiny Orientu” (źródło: „Eseje”, Znak 1984), w którym Jerzy Stempowski opisywał targ w miasteczku niedaleko Chocimia. Za nieścisłość przepraszamy.

KATARZYNA JANOWSKA i PIOTR MUCHARSKI





Ogłoszenie

Odstąpię osiem tomów (oraz talon na tom 9. – ostatni) „Encyklopedii Katolickiej” wydanej przez wydawnictwo Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Zainteresowanym podaję mój adres oraz numer telefonu:

JERZY OSTOJA-SOLECKI
ul. Sikorskiego 25, 57-410 Ścinawka Średnia, 
woj. dolnośląskie; tel.: 0-74, 87-15-401.






Konkurs literacki w Gdańsku

Akademickie Centrum Kultury Uniwersytetu Gdańskiego ogłasza konkurs na opowiadanie, powieść lub inną formę prozatorską. Prace oceniane będą przez pisarzy i krytyków z Wybrzeża (m.in. Ewę Nawrocką, Aleksandra Jurewicza, Zbigniewa Żakiewicza i Daniela Odiję). Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi w czerwcu 2002 r., a nagrodzone teksty zostaną opublikowane na łamach pokonkursowego wydawnictwa lub głównych pism literackich Trójmiasta. Celem konkursu jest wyłonienie ciekawych osobowości twórczych spośród młodzieży akademickiej, a także promocja ich talentu.
Prace opatrzone godłem, w pięciu egzemplarzach, należy nadsyłać do 31 maja 2002 r. pod adresem: Akademickie Centrum Kultury Uniwersytetu Gdańskiego ul. Wita Stwosza 58 Gdańsk 80-952. Dodatkowych informacji udziela ADAM MAJEWSKI (0-608; 021-131, majewski@free.art.pl).






Życie warte trudu przeżycia 

W nawiązaniu do artykułu Józefy Hennelowej „Złe urodzenie” („TP” nr 16/2002) przesyłam fragmenty dwu apeli rozesłanych przez Chrześcijańskie Biuro Osób Niepełnosprawnych (OCH) w Paryżu po przyznaniu odszkodowania za „życia niepełnosprawne” zaistniałe w wyniku nieprzeprowadzenia aborcji eugenicznej. Oba podpisał François LEGRAIN – dyrektor Biura.
„Czy ludzie zostali poczęci jako wolni i równi?” z 21 listopada 2000 r.: „Nicolas dostanie odszkodowanie – urodził się z nie zdiagnozowaną niesprawnością. Valentin urodził się, ponieważ był jedynym zdrowym embrionem wybranym z pomiędzy innych. Konsekwencje takich decyzji są ogromnej wagi: myślimy o cierpieniu psychicznym osób niepełnosprawnych i ich rodzin, które usłyszały, że lepiej byłoby, gdyby nie pojawili się na świecie oraz o presji coraz mocniej wywieranej na środowisko medyczne. Myślimy też o zanegowaniu wysiłków stowarzyszeń, które dążą do integracji osoby niepełnosprawnej w społeczeństwie.
OCH chce potwierdzić wyjątkowy i święty charakter każdego życia ludzkiego. Bardziej niż kiedykolwiek trzeba wspierać lekarzy w przyjmowaniu życia, zapewniać rodziców, że nie są sami, mówić osobom niepełnosprawnym, iż ich życie warte jest trudu jego przeżycia. Powtarzamy wszystkim rodzicom Nicolasa i wszystkim braciszkom Valentina z całego świata: wszystkich ożywia dążenie do kochania i bycia kochanym. W tej dziedzinie nie ma niepełnosprawności”.
List do przyjaciół Chrześcijańskiego Biura Osób Niepełnosprawnych, czerwiec 2001 r.: „Od kilku miesięcy nie było tygodnia, aby osoby niepełnosprawne nie były głównym tematem francuskich mediów: afera Perruche (98 proc. mających się urodzić dzieci, u których wykryto trisomię 21 nie ujrzy światła dziennego), sterylizacja osób niepełnosprawnych umysłowo, manipulacje na embrionach... Co robić wobec tych ataków? Moglibyśmy wyjść na ulice, podjąć akcję lobbingu, pisać do polityków, szukać rozgłosu w mediach. Czasem to robiliśmy, ponieważ nie można zaniedbać żadnej ścieżki. Wiemy jednak, że istnieje lepsza odpowiedź. Jeden z członków OCH opowiadał o swoich doświadczeniach w szkole. Na pytanie: »Rodzice oczekują dziecka niepełnosprawnego. Co im poradzicie?« wszyscy doradzali aborcję. Wszyscy oprócz dwóch osób: jedna z nich miała niepełnosprawnego brata, druga była członkiem ruchu »Wiara i Światło«. To jest znaczące: najczęściej odrzuca się osoby niepełnosprawne, ponieważ ich się nie zna. Moje serce otwiera się na tyle, na ile odkryję mojego bliźniego”.

Prof. ANDRZEJ WOJCIECHOWSKI 
(kierownik Zakładu Pedagogiki
Specjalnej UMK w Toruniu)





Pomoc dla Ani

Zwracamy się do wszystkich z gorącą prośbą udzielenia pomocy finansowej 20-miesięcznej Ani Szklarskiej, której życie może uratować tylko przeszczep wątroby. Skomplikowana choroba: niewydolność wątroby, hyperamonemia i argininobursztynuria gen. Ani będzie wymagała w przyszłości zabiegu operacyjnego. Konieczny będzie wyjazd na leczenie do jednej z klinik zagranicznych. Nawiązaliśmy już kontakt z renomowanymi klinikami, stałymi członkami Eurotransplantu, w Belgii i Francji, gdzie koszt operacji wraz z 3-miesięcznym klinicznym prowadzeniem pooperacyjnym wynosi blisko150 tys. USD. 
Zainteresowanych udzieleniem pomocy prosimy o wpłaty na konto: 


PEKAO SA I O/Kraków nr 
12401431-7007439-2700-401112-001 „LIVER”, 
z dopiskiem „ANIA SZKLARSKA”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl