Wśród książek

LEKTOR



DWIE WYPRAWY W PRZESZŁOŚĆ

Tadeusz Chrzanowski: POLSKA SZTUKA SAKRALNA – najpierw jest zwięzłe wprowadzenie do dziejów sztuki sakralnej na naszych ziemiach; „naszych” w sensie szerokim, bo uwzględniono tu zarówno Śląsk i Pomorze Zachodnie, jak i Wilno, Lwów, Żółkiew czy Grodno. Tadeusz Chrzanowski rozpoczyna swoją opowieść od początków chrześcijaństwa polskiego i doprowadza ją pod próg współczesności, do przełomu XIX i XX wieku. Zajmuje się wszystkimi dziedzinami sztuki, w tym także złotnictwem. Podkreśla różnorodność wpływów kulturowych i inspiracji artystycznych, których nakładanie się na ziemiach Rzeczypospolitej dawało często osobliwe, ale interesujące rezultaty. Opowiadając – jak zwykle barwnie, choć i treściwie – przywołuje historyczne tło, na jakim rozwijała się nasza sztuka, i mapę oddziałujących na nią prądów europejskich. Nie zapomina, choć to tekst popularyzatorski, o wspomnieniu prac kolegów – historyków sztuki czy konserwatorów, czasem sięga po odkrycia świeżej doby, jak niezwykła dekoracja malarska romańskiego kościoła w Świerzawie czy słynny skarb ze Środy Śląskiej. 
A potem? Potem rozpoczyna się uczta dla oczu. „Ufam – pisze Tadeusz Chrzanowski – że nie tylko wzbudziłem chęć do pilnego przeglądnięcia znakomitych zdjęć, które się na ten album złożyły, ale także że wszyscy, którzy się historią i sztuką interesują, znajdą w nim zaproszenie do tego, co ja robiłem przez wiele lat, gdy byłem młody i pełen ciekawości: wędrowałem po polskich drogach i bezdrożach”. Ponieważ jednak na wędrówkę po – na przykład – klasztorach Dolnego Śląska albo na wyprawę do – też na przykład – Wiślicy czy mazurskiej Świętej Lipki trudniej się zdobyć niż na podróż do Rzymu, zacząć można od fotografii Ryszarda Czerwińskiego, Michała Grychowskiego, Janusza Moniatowicza i Janusza Koziny...
Główną wadą tej świetnej edytorsko książki jest niedostateczna grubość (choć już i tak waży sporo). Chciałoby się znaleźć podobizny wszystkich wspomnianych przez Chrzanowskiego dzieł. Brakło mi więc w części albumowej owych malowideł ze Świerzawy, kościoła pokatedralnego w Kwidzynie, późnogotyckiej cerkwi w Kodniu czy kościoła świętych Piotra i Pawła na wileńskim Antokolu. Miast jednak marudzić, powiedzmy o tym, co jest: a jest blisko czterysta kolorowych fotografii w czterech działach, od rotundy św. Prokopa w Strzelnie po nowoczesny kościół Matki Bożej na wrocławskich Krzykach, od miniatur z Kodeksu Gnieźnieńskiego po „Pietę” Waldemara Cwenarskiego, od romańskich tympanonów po drewniany ołtarz w stylu art deco, od włóczni św. Maurycego po secesyjny kielich mszalny. Trzon części ilustracyjnej stanowi, podobnie jak w tekście Chrzanowskiego, sztuka doby przedrozbiorowej; wiek XIX reprezentowany jest skąpo, a Cwenarski, Nowosielski, witraże Teresy Reklewskiej, neoromański kościół św. Jakuba w Warszawie projektu Oskara Sosnowskiego czy bieńczycka Arka Wojciecha Pietrzyka to już tylko sygnały dróg, jakimi w XX wieku poszła u nas sztuka sakralna. 
Gdybym zaś miał wskazać swoich faworytów, wybrałbym piękny zestaw reprodukcji XV-wiecznego malarstwa tablicowego, a w nim jedną z kwater wawelskiego tryptyku Trójcy Świętej (1467), przedstawiającą św. Sekundusa podczas przeprawy przez Pad. Po pierwsze dlatego, że mamy tu wyjątkowej urody późnogotycki pejzaż, po drugie zaś, ponieważ chodzi o dzieło, którego zwykły śmiertelnik i tak nie obejrzy, znajduje się ono bowiem w Kaplicy Świętokrzyskiej, do której turysta zajrzeć może tylko przez kratę... (Wydawnictwo Kluszczyński, Kraków 2002, s. 336.)

Karolina Targosz: PIÓREM ZAKONNICY. KRONIKARKI W POLSCE XVII W. O SWOICH ZAKONACH I SWOICH CZASACH – sięgając po tę książkę nie spodziewałem się takiego ładunku dramatyzmu i takiego bogactwa szczegółów obyczajowych, tylu wątków nieledwie sensacyjnych, a na pewno ciekawszych od tego, co przynosi przeciętna powieść historyczna. „U początków mych zainteresowań historycznych marzyłam o pisaniu powieści na kanwie przeszłości – wyznaje zresztą autorka – z czasem poznałam jednak smak autentyczności źródeł i zwyciężyła chęć przekazania ich zawartości czytelnikowi”. Czytelnik może tylko wyrazić wdzięczność; bo przecież owe źródła, zarówno z racji archaicznego języka, jak i splątania wątków, nie przemówiłyby do nas bez pomocy pośrednika. 
Kolejne prace s. Małgorzaty Borkowskiej dowiodły już, że polskie klasztory żeńskie doby „reformy katolickiej” i baroku stanowią temat szeroki i fascynujący. S. Borkowska skupiła się jednak przede wszystkim na duchowości sióstr i ich życiu codziennym, w którym znajdowała odbicie przyjęta wcześniej reguła. Karolina Targosz – krakowska historyczka, profesor w Instytucie Historii Nauki PAN, badaczka dziejów XVII-wiecznej kultury, w tym ówczesnej roli kobiet o aspiracjach intelektualnych – analizując pisarstwo kronikarskie XVII-wiecznych polskich zakonnic, zajęła się raczej sytuacjami nadzwyczajnymi, jakie przyszło przeżywać jej bohaterkom.
Benedyktynki reformy chełmińskiej, swój rozkwit w wieku XVII zawdzięczające reformatorskiej działalności Matki Magdaleny Mortęskiej (1555–1631); norbertanki, bernardynki, klaryski i brygidki; założone przez św. Teresę z Avila karmelitanki bose, których pierwszy polski konwent powstał w 1612 roku w Krakowie; a także sprowadzone z Francji wizytki i benedyktynki-sakramentki – wszystkie one pozostawiły bogatą spuściznę pisarską. Składają się na nią m. in. księgi fundacji, kroniki klasztorne, zapisy dotyczące obłóczyn i profesji, nekrologi, a czasem osobne żywoty wybitniejszych sióstr, a także autobiografie mistyczne, spisywane na zlecenie spowiedników. 
Cały ten materiał, skrupulatnie najpierw przedstawiony, posłużył następnie autorce do zilustrowania dwóch tematów. Pierwszy to relacje między zakonnicami a świeckimi damami, które szukały w klasztorach już to pociechy duchowej, już to schronienia w latach wdowieństwa, czasem zaś za furtę ciągnęła je zwykła ciekawość i wprowadzały zamęt w klasztorne życie. Tematem drugim są „poniewolne powroty mniszek do świata i spraw ziemskich”. Nękające Rzeczpospolitą w XVII wieku wojny, a także częste w tamtej epoce zarazy zmuszały bowiem całe wspólnoty do opuszczenia stałej siedziby i szukania schronienia na drugim końcu kraju albo i zagranicą, na przykład na Górnych Węgrzech (czyli Słowacji). Nie trzeba było zresztą wojny; francuskie wizytki płynąc w 1653 roku do Polski wpadły w ręce angielskich piratów.
Gdy się spojrzy na odtworzone przez autorkę szlaki wielomiesięcznych wędrówek sióstr i pozna pełne dramatyzmu relacje o niebezpieczeństwach i niewygodach, jakich dane im było doświadczyć, zdumiewa fakt, że poszczególne klasztory w ogóle przetrwały. A równocześnie oglądamy ówczesny teatr wojenny nie z perspektywy królewskiego dworu czy sztabu, ale od strony zwykłych ludzi, których los dzielą, mimo świetnego często pochodzenia, uchodzące przed pożogą mniszki. „Piórem zakonnicy” przynosi świetny portret świata polskiego baroku z galerią nietuzinkowych postaci. 
Wspomnijmy na koniec jedną scenę: oto w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1655 roku, w słowackim kasztelu węgierskiego wielmoży, gdzie przed potopem szwedzkim schroniły się karmelitanki z Wilna, pojawia się Jan Kazimierz. Na życzenie króla-uchodźcy podejmuje go w alkierzu matka przełożona. „Sama matka nasza – pisze kronikarka – w czareczkę wódki nalawszy podała, i ubogie pierniczki jakieśmy miały, których nie tylko tam z wielką miłością od matki naszej zażywał, ale też prosił, aby ostatek w papier zawinąć”; paczkę z pierniczkami zabiera towarzyszący monarsze Krzysztof Pac, zresztą syn fundatora wileńskiego klasztoru. „Bardzo mile sobie postępował Król Jmć i ufnie, a z wielką pokorą i prostotą jako jaki pospolity i prosty człowiek, bez żadnej ceremonii i polityki światowej” – dodaje wzruszona zakonnica. Brzmi to trochę jak nieznany fragment sienkiewiczowskiego „Potopu”... (Kraków 2002, s. 332. Indeks osób.)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl