Stare-nowe święta w dzisiejszej Rosji


„Niech się święci!”

Anna Łabuszewska



Święta w Związku Radzieckim były nie tylko okazją do radości, oderwania się od codzienności, uczczenia ważnych dat i uczestnictwa w tradycyjnym obrzędzie. Pierwsze w świecie państwo dyktatury proletariatu dumnie manifestowało otumanionej kapitalizmem części globu wyższość swego ustroju, jedność myśli i czynów władz i społeczeństwa. I czyniło to przy każdej okazji, także obchodów świąt państwowych. Federacja Rosyjska przejęła po dawnym imperium wiele z tradycji świętowania, podjęła też próby ukształtowania zwyczajów nowych, zgodnych z hasłami odnowy, wolności i demokracji. Stare nie odeszło, a nowe jeszcze nie przyszło, coraz wyraźniej widać przy tym rosnący z każdym rokiem dystans pomiędzy oficjalną odświętnością władz a przaśną wesołością ludu.

Dzień pierwszego szaszłyka

Dwa największe święta sowieckiej ideologii: 1 maja (Dzień Międzynarodowej Solidarności Ludzi Pracy) i 7 listopada (rocznica rewolucji październikowej, a raczej – jak chciały ówczesne wydziały ideologii KC – „Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej”) miały konsolidować naród wokół planu budowy komunizmu. Przede wszystkim jednak stanowiły znakomitą okazję do zaprezentowania wrogom najnowszych zdobyczy techniki wojskowej – uroczystości zaczynały się bowiem od pompatycznych parad wszystkich rodzajów wojsk, dopiero potem spontanicznie ludzie pracy bili pokłony przed trybuną honorową umieszczoną na mauzoleum wodza rewolucji. 
Ustrojeni w szaty demokratów rosyjscy politycy z początku lat 90. próbowali odciąć się od dawnych wzorów: odstąpiono od demonstracji siły militarnej (bo nie było już czego i komu demonstrować), 7 listopada przemianowano na Dzień Zgody i Pojednania (przejściowo oficjalnie obchodzony był jako Dzień Chwały Wojskowej, upamiętniający „wyzwolenie Moskwy przez siły pospolitego ruszenia od polskich interwentów w 1612 roku”), natomiast w dniu 1 maja zamiast oficjalnych pochodów pod murami Kremla odbywały się mniej lub bardziej ludne manifestacje starzejących się komunistów, pokrzywdzonych przez wolny rynek outsiderów i różnej maści ekstremistów, w rodzaju bojówek imienia Che Guevary. 
Miotający się w poszukiwaniu nowej rosyjskiej idei prezydent Borys Jelcyn starał się, z jednej strony, zatrzeć w świadomości społecznej doniosłość sowieckich uroczystości, z drugiej jednak nie potrafił zmienić kalendarza świąt państwowych. Z tradycją tą nie zerwał także Władimir Putin – 1 maja i 7 listopada nadal są dniami wolnymi od pracy.
Z roku na rok demonstracje gromadzą coraz mniej rewolucyjnie nastrojonych krzykaczy, o powtórzeniu incydentów z 1 maja 1993 roku, kiedy to w Moskwie doszło do poważnych zamieszek, od dawna nie ma już mowy. Stopniowo wielkie daty historii ZSRR wsiąkają w naturalny rytm życia:
1 maja większość mieszkańców wielkich miast po raz pierwszy po zimie wylega na zieloną trawę, rozpoczyna sezon na działkach, spraszając znajomych na pierwszy wiosenny piknik połączony z pieczeniem szaszłyków i wysadzaniem do gruntu troskliwie wyhodowanych na parapetach pomidorów. 7 listopada natomiast następuje symboliczne zamknięcie sezonu: ostatnie szaszłyki i ostatnie zbiory owoców.
O tym, że 7 listopada jest rocznicą rewolucji październikowej, pamięta dziś 45 proc. Rosjan (głównie ludzi starszych), 10 proc. akceptuje nowe treści wpisane w ten dzień przez władze. Inne świąteczne zwyczaje próbuje zaszczepić młodzieżówka proputinowska „Idący razem”: w zeszłym roku jej członkowie urządzili tego dnia „generalne sprzątanie Rosji”. Proprezydenccy aktywiści podeszli do tego hasła dosłownie: pozbierali w parkach puszki po piwie. Nikt natomiast nie zatroszczył się o wielkie sprzątanie bałaganu w głowach, jaki pozostał po ZSRR. W dziesięcioleciu, które minęło od rozpadu sowieckiego giganta, w Rosji nie przeprowadzono głębszej ogólnonarodowej dyskusji o znaczeniu rewolucji październikowej ani jej skutków. Co najwyżej przy okazji rocznic bądź przygrzewano starą sowiecką wersję – jednostronną, dogmatyczną, nieprawdziwą, bądź równie jednostronnie i dogmatycznie przeklinano Lenina i jego – jak to określił Aleksander Sołżenicyn – „bolszewicką bandę”.
Ostrożne postępowanie obecnego gospodarza Kremla, łaskawe przyzwolenie na rozwijanie konsumpcjonistycznych i konformistycznych form działalności „Idących razem” (każda ich akcja ma błogosławieństwo urzędników prezydenckiej kancelarii, a udział jest wynagradzany darmowym biletem do kina czy dostępem do internetu), okolicznościowe zagłaskiwanie tematu przez posłuszne władzy media też nie zwiastuje chęci uporania się z ciemnym dziedzictwem przeszłości.
Cóż, wszystko i tak zarośnie trawą i posadzonymi na działce pomidorami...
Dwie flagi w jednym państwie, albo szkodliwa niepodległość
Jedynym odziedziczonym po ZSRR świętem, które przez lata 90. jednoczyło serca Rosjan, był Dzień Zwycięstwa. 9 maja ze łzą w oku wspominano poległych, wiwatowano na cześć zwycięzców, składano wieńce i kwiaty, obcałowywano zapomnianych na co dzień weteranów. Zwycięstwo w wojnie było niepodważalne i było powodem do dumy. Tego dnia (ani zresztą żadnego innego) nie było miejsca na dokonywanie obrachunków z tamtym gorzkim czasem. Politycy chętniej zbijali na tej rzadkiej chwili jedności narodu własny kapitał. W 50. rocznicę zakończenia wojny Borys Jelcyn, w przededniu walki o drugą prezydencką kadencję, urządził w Moskwie światowe obchody z udziałem przywódców państw koalicji antyhitlerowskiej. Co znamienne: w powszechnej świadomości Rosjan jedynym zwycięzcą był Związek Radziecki. Szczątkową i przekrzywioną w zwierciadle propagandy wiedzę o wojnie dziatwa szkolna poznaje w muzeum na Pokłonnej Górze – monumentalnym memoriale w stuprocentowo sowieckim patetycznym stylu, otwartym w 1995 r. podczas szumnych obchodów Dnia Zwycięstwa. Ekspozycja ma tyle wspólnego z prawdą historyczną, co radzieckie podręczniki historii. Najciekawsze, że wyłożona w jednej z sal księga pamiątkowa jest ocenzurowana: wycięto z niej żyletką lub zamalowano zbyt dociekliwe lub zbyt prawdziwe pytania i stwierdzenia. Młodzież trzeba przecież wychowywać patriotycznie. Tak kazał prezydent Putin. 
Zeszłoroczne obchody młody lider wykorzystał, by przekazać armii nowy sztandar. A właściwie stary – czerwony. Rosja ma zatem faktycznie dwie flagi: jedną państwową, trójkolorową, drugą – wojskową, czerwoną, sztandar zwycięstwa. Nie tylko w sferze polityki, ale nawet w dziedzinie symboli państwowych mamy do czynienia raczej z ćwiczeniami z maskowania (które tak podobno lubił w szkole KGB obecny prezydent) niż z jasną wykładnią celów i środków. 
Prezydent, czuły na każde drgnienie notowań poparcia, być może zechce się wkrótce wycofać z wprowadzonych przez swego poprzednika dwóch świąt państwowych – Dnia Konstytucji (12 grudnia) i Dnia Niepodległości (12 czerwca). To ostatnie jest świętem nielubianym, większości Rosjan kojarzy się z rozpadem ZSRR, tylko 9 proc. wie, co to za święto, a prawie 60 proc. uważa, że niepodległość Rosji zaszkodziła.

Specjalne dni służb specjalnych

Rosji nie szkodzą za to dynamicznie rozwijające się i mnożące z niezwykłą siłą dni funkcjonariuszy poszczególnych służb wywodzących się z KGB. Najważniejszym świętem resortowym jest 20 grudnia – Dzień Czekisty. Uroczystą oprawę nadał mu prezydent Jelcyn. Przedtem – nawet za „dobrych czasów” Andropowa – uroczystości odbywały się po cichu, w strzeżonych gmachach bez tabliczek, we własnym gronie zaufanych ludzi. Dziś towarzyszy im zainteresowanie mediów (ostatnie obchody z udziałem prezydenta niemal w całości transmitowano we wszystkich programach telewizji, a na uroczystym bankiecie na Kremlu zjawiła się w komplecie polityczna elita kraju). Interesujące, że święto nazwano nie dniem służby bezpieczeństwa, jak obecnie zwą się „organy”, ale bezpośrednio nawiązano do Czeka, a więc instytucji cieszącej się w demokratycznym świecie złą sławą i kojarzoną z krwawym terrorem oraz poddaniem społeczeństwa totalnej kontroli. To kolejne świadectwo braku refleksji nad tragiczną historią. Warto nadto zauważyć, że podczas gdy oficjalne obchody „dni” struktur siłowych gromadzą rzesze uczestników i stają się okazją do manifestacji poparcia dla głowy państwa, rzadkie zgromadzenia ofiar tych struktur z okazji różnych bolesnych rocznic są w stanie przyciągnąć co najwyżej kilkaset osób (w Dniu Ofiar Stalinizmu przy obelisku przywiezionym z Sołowek spotykają się na placu Łubiańskim głównie rodziny pomordowanych – „niedobitki”, jak ze smutkiem pisze prasa). Tymczasem poparcie obywateli Federacji Rosyjskiej dla służb specjalnych w okresie prezydentury Władimira Putina systematycznie rośnie: z 24 proc. dwa lata temu do 38 proc. obecnie; aż 42 proc. uważa, że praca w nich jest atrakcyjna. Atrakcyjna jak samo świętowanie radzieckich świąt.

Dzień kobiet

„Święto 8 marca w moim domu nie było obchodzone – to było święto państwowe. Państwowe, a więc na wskroś fałszywe, to było święto, do którego zmuszano. Na dodatek te wszystkie orkiestry dęte, które grały co sił w płucach na okoliczność, to ustawianie się w równe szeregi, odbębnianie akademii szkolnych, wysyłanie pocztówek z życzeniami: »i życzę ci, mamo, sukcesów w pracy«” – tak o Międzynarodowym Dniu Kobiet, jednym z najhuczniej obchodzonych świąt Związku Radzieckiego, pisze w najnowszym tomie esejów, felietonów i szkiców „Dzień” wnuczka Aleksego Tołstoja, Tatiana. 
Czytając wynurzenia pisarki o fałszywości obchodów, ich odgórnym, nakazowo-
-rozdzielczym charakterze można dojść do wniosku, że wraz z rozpadem państwa, firmującego ten „dzień płci”, bachanalia pod auspicjami najwyższych władz partyjnych i państwowych odeszły w przeszłość, zostały wyrzucone ze społecznej świadomości, jak hasła sławiące nieprzemijalność idei marksizmu-leninizmu. 
O tym, że tak nie jest, miałam okazję przekonać się 8 marca tego roku w miejscu, w którym żadnemu z rdzennych mieszkańców nie przyszłoby do głowy, że istnieje Międzynarodowy Dzień Kobiet: w egipskim kurorcie nad Morzem Czerwonym, gdzie spędzałam krótki urlop. Liczna grupa Rosjan, która mieszkała w moim hotelu, jak zwykle już o poranku wyległa na plażę. Dzień zapowiadał się upalny, plażowicze stopniowo przenosili się pod parasole z liści palmowych. Jedynie Rosjanie zbici w gromadę nie wykazywali obawy o oparzenia skóry. Oni świętowali. Z pożyczonych od obsługi hotelowej olbrzymich plastikowych kubków raczyli się płynem, który tylko na pierwszy rzut oka wydawał się wodą. Unoszący się nad miejscem biesiady zapach i coraz bardziej krzykliwe dialogi jej uczestników świadczyły, że święto obchodzone jest zgodnie z dobrze utrwaloną na ojczystej ziemi tradycją.
„To było święto państwowe, a więc nieodłącznie związane z pokrzykiwaniem, poprawianiem, nie kończącymi się uwagami: nie garb się, stój prosto, nie rozglądaj się!” – czytam te słowa, kątem oka obserwując rozkręcającą się imprezę. W obchodach nie ma krzty odgórnego przymusu. To święto ludowe w czystej postaci: powód do tak lubianego przez Rosjan „zastolja” (które w warunkach polowych nie musi, jak widać, odbywać się przy stole), powód do wypitki, wybitki, obłapania, dowcipkowania. „Pijcie, pijcie, kochane żenszcziny, pijcie! Mamy tego w bród – zachęca najbardziej „rozkręcony” balowicz. – Przed wyjazdem obliczyliśmy, że będziemy mieć litra dziennie na głowę, ale w tym upale tyle nie wchodzi, więc mamy dużo zapasów. Pijcie”. Podmiot święta za kołnierz nie wylewa (zresztą gdzie na plaży znaleźć kołnierz). Wkrótce zaczną się grupowe rzewne śpiewy.
8 marca pozostał w „nowej Rosji” dniem wolnym od pracy. Telewizja preparuje zawsze specjalny program, naszpikowany atrakcjami (obowiązkowo rokrocznie transmitowany jest kiczowaty koncert z udziałem gwiazd rodzimej estrady), w radiu trwa koncert życzeń z sentymentalnymi piosenkami, a w domach na ogół od rana do wieczora odbywają się mniej lub bardziej wystawne przyjęcia. 
Do tej beczki świątecznego miodu czasem łyżkę dziegciu doda prasa, przypominając, że pozycja kobiety w społeczeństwie rosyjskim jest nadal nie do pozazdroszczenia. Nie tylko ze względu na konieczność toczenia domowych wojen z pijanym na okrągło małżonkiem. Chodzi o to, że choć aktualny pozostaje powód ustanowienia Dnia Kobiet (walka o równe prawa z mężczyznami, jakże często i bezpodstawnie mylona z walką o przejęcie przez kobiety roli mężczyzn w społeczeństwie), to w Rosji święto to od lat ma jedynie wymiar przyjemnej zabawy i jest wedle określenia jednej z moskiewskich intelektualistek „świętem męskiej hipokryzji”. 
Rosyjskie ustawodawstwo nie daje kobiecie szans na pogodzenie obowiązków matki i pracownika. Nic się nie zmieniło w tej dziedzinie nawet po tym, jak sam prezydent Putin dostrzegł katastrofalną sytuację w dziedzinie demografii i zaczął zachęcać rodaków do planowania większej ilości dzieci. Mało tego: przyjęty ostatnio przez Dumę nowy kodeks pracy jeszcze bardziej ogranicza przywileje pracownic, które zdecydują się na ten odważny krok i urodzą dziecko. Los kobiety-pracownika – niezależnie od posiadania czy nieposiadania dzieci – też nie wygląda sprawiedliwie: średnia płaca kobiet jest o 37 proc. niższa niż płaca mężczyzn na analogicznych stanowiskach. 

Dzień drugiej płci

Nieoficjalnym – choć oficjalnie fetowanym – dniem drugiej płci jest 23 lutego, Dzień Obrońcy Ojczyzny (dawniej Dzień Armii Radzieckiej), nazywany przez naród Dniem Mężczyzny. Już w szkole dziewczynki składały chłopcom tego dnia życzenia, wręczały prezenty, a nauczycielki głaskały po główkach ze słowami: „Jesteś mężczyzną, a więc przyszłym obrońcą naszych granic”. Celem tego święta było bowiem utrwalenie w świadomości przekonania, że najważniejszą powinnością mężczyzny jest przywdzianie munduru i hełmu z pięcioramienną gwiazdą. Od 1944 r. na rozkaz Józefa Wissarionowicza Stalina Moskwa grzmiała salutem armatnim na cześć Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej (na marginesie: właśnie 23 lutego 1944 r. Ojciec Narodów wydał dekret o deportacji Inguszy i Czeczenów do Azji Środkowej, a dziś żołnierze służący w szeregach spadkobierczyni „niezwyciężonej” Armii Radzieckiej znów szlifują kunszt wojenny na Kaukazie Północnym). 
Co ciekawe, w tym roku obchodom Dnia Obrońcy Ojczyzny towarzyszyła głośna dyskusja o dopuszczalności zastępczej służby wojskowej. Jak się bowiem okazało, ulubionym zajęciem potencjalnych obrońców jest dziś uchylanie się od służby zasadniczej.
Do rytuału części oficjalnej obchodów Dnia Obrońcy Ojczyzny należy przemówienie zwierzchnika sił zbrojnych, prezydenta Federacji Rosyjskiej, defilada (z roku na rok coraz skromniejsza) i bankiet na Kremlu. O stronie nieoficjalnej wiele mówi powtarzane zawsze przy tej okazji powiedzonko jednego z podpułkowników z dalekiego garnizonu: „Jedna kolektywna popijawa zbliża bardziej niż rok wspólnej służby”.
Czegóż jednak chcieć od żołnierzy z dalekich garnizonów, skoro ostatnio cała (cała!) stuosobowa orkiestra Filharmonii Petersburskiej, lecąca na występy gościnne do Los Angeles, została przymusowo usunięta z pokładu samolotu podczas śródlądowania w Waszyngtonie za urządzenie pijackiej burdy. Muzycy spożywali w samolocie własne napoje, nabyte w sklepach wolnocłowych. Może też kierowali się prostą kalkulacją, że trzeba wziąć „litra dziennie na głowę”.
Tatiana wspomina: „Na lekcji pod dyktando piszemy kartki dla naszych mam. Państwowe pocztówki zawsze są jednakowe: czerwona wstęga fantazyjnie wywinięta w ósemkę; czerwień jest kategorycznie w szkole zakazana, a tu mamy jednak czerwoną kobiecą wstążkę, żmiję, pochłaniającą swój ogon; a pod nią gałązka mimozy – cygańskiej roślinki, która u nas pojawia się raz w roku, w ten jeden wiosenny wieczór, rozświetla żółciutkimi płomyczkami petersburski mrok, po przyniesieniu do domu natychmiast umiera, jak gdyby nie mogła przetrzymać tego aktu przemocy”.
Przy recepcji ktoś zawiesił ogromny, ręcznie malowany plakat z czerwoną ósemką, życzeniami i informacją, że tego dnia w hotelowych lokalach rosyjskie kobiety mają 30-procentową zniżkę na wyszynk. Ulga zdaje się zbędna wobec nadwyżek w prywatnych barkach zapobiegliwych rodaków. Ale intencja się liczy. 
Mimozy żółtymi kaskadami wtapiają się w wyzłocony słońcem krajobraz. Krajobraz, w którym nie widać kobiet. Egipskie kobiety tradycyjnie siedzą w domu, nie chodzą do szkół, nie pracują, nie obchodzą Dnia Kobiet, nie dostają pocztówek z czerwoną żmijką fantazyjnie zwiniętą w ósemkę. 8 marca są tak samo jak co dzień bite, poniżane i pozbawione prawa do własnego zdania, wyboru życiowej drogi.
Na koniec znowu cytat z Tołstojowej: „Żółte niebo na wilgotnym zachodzie ciemnieje, robi się coraz bardziej gęste, już zorze dogasają, tylko wąski pasek horyzontu jeszcze płonie. Co mam zrobić z kartką, co mam zrobić z tym świętem? Siadam na twardej ławeczce, czuję chłód, nogi mi zmarzły, śnieg powpadał do butów. Opuszczam głowę na kolana, zanoszę się krótkim szlochem, a potem jakoś zbieram się w sobie, wdycham zimne powietrze, wycieram twarz rękawiczką i idę w kierunku domu, gdzie na klatce schodowej czeka na mnie kocia ciemność”.

Cytaty z eseju „Dzień Kobiet” pochodzą z książki: Tatiana Tołstoj, „Dień”, wyd. Podkowa, Moskwa 2001, w tłumaczeniu autorki tekstu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl