Życie jako fragment. Recycling

Wojciech Kuczok



Chwała Zanussiemu, że przypomniał o ludziach, którzy są do swoich czasów niedopasowani tylko z tego powodu, że ich naczelnym imperatywem jest być lepszym. Nie bardziej kreatywnym, dyspozycyjnym, operatywnym: lepszym człowiekiem.



Istnienie bywa podarunkiem męczącym – tym bardziej, że dożywotnim. Więcej mamy na co dzień powodów, by się z naszym zmęczeniem obnosić, niż by kontemplować samoistną wartość życia. W pełni swojej żywotności objawia się ona najczęściej wtedy dopiero, kiedy zmierza ku statusowi wartości bezpowrotnie utraconej.
Doktor Berg w poprzednim filmie Krzysztofa Zanussiego rozpaczliwie walczył o nadanie sensu swojej śmierci. Bohater „Suplementu” nie chce żyć bez sensu. Tym samym dołącza do galerii młodych bohaterów Zanussiego, którzy sensu istnienia szukali z konsekwencją dziecka demontującego podarowany model samochodu – chcieli przejrzeć strukturę życia, poznać jego wartość empirycznie. Głód poznania wiódł ich często w góry, gdzie – w obliczu majestatu przyrody, ale i wobec grozy towarzyszącej ryzykownej wspinaczce – wyraźniej widać, jak cennym stanem jest bycie żywym. I tym razem tatrzańskie urwiska stanowią dla młodego wrażliwca naturalne miejsce ucieczki od świata, w który trudno mu się wpasować. 
Zbigniew Zapasiewicz wstrząsającą kreacją zdominował „Życie, jako śmiertelną chorobę...” tak dalece, że duchowe rozterki młodego adepta medycyny (Paweł Okraska) pobrzmiewały w drugim planie zbyt niemrawo, byśmy mogli się nimi przejąć. W „Suplemencie” mamy szansę skupić się tylko na nich.
Filip zachowuje się jak nieprzejednany fatalista – wie, że każdemu los napisano z góry, chce wierzyć, że piszącym był Bóg. Domaga się wyjawienia przypisanej sobie roli, szuka znaku, objawienia, pewności. Ta ostatnia jednak jest przeciwieństwem wiary. Klasztor to nie miejsce, w którym można nabyć (choćby za cenę ascezy) pewność. Tu jest dopiero ryzyko: całe swoje życie poświęcić kultywowaniu niepewności. Boga można się tylko domyślać. Filip najwyraźniej nie ma ochoty spędzić żywota na domysłach, sprawia wrażenie, że pewność więcej jest dla niego warta niż sam Bóg. Od rozpaczy nad słabą wiarą wpada w grzęzawisko rozumowania już całkiem bluźnierczego – nie bez zgubnego wpływu „Iluminacji”, której się naoglądał: szuka Boga we własnym mózgu. Sięga po halucynogeny z nadzieją, że chociaż tą drogą uda mu się wywołać stan objawienia. 
Wiara góry przenosi, nadzieja matkuje głupim – tedy Tatry i w tym filmie Zanussiego stoją nieporuszone, zaś nasz bohater miast zdobyć niebiosa, w narkotycznym transie zdobywa jakąś bydlondynkę (że się posłużę witkacowskim zwrotem), a potem, skacowany, ogląda swoje wybryki utrwalone przez kolegów kamerą wideo. Upokorzony, bezradny, gardzący sobą, błąka się od noclegowni po skalne ściany, najwyraźniej nie wierząc już ani w życie, ani w samobójstwo. Zamiast rzucić się w przepaść, leży wtulony w granitowy występ, jakby oczekiwał, że śmierć sama go wyręczy. Deus ex machina to jedyny boski aspekt, jaki jest Filipowi bezpośrednio dany – dosłownie z nieba zjeżdża po niego na linie zawsze czujny i troskliwy brat-taternik. I równie dosłownie sprowadza go na ziemię. 
Trudno mi ukryć sympatię wobec reżyserskiej wiary, że człowiek u progu dorosłości przeżywa dziś te same lęki, co jego rówieśnik trzydzieści lat wcześniej. Jak bohater „Iluminacji”, Filip szamocze się między klasztorem, górami, szpitalem i kobietą, szukając swojego powołania. Czuje się bezdomny w czasach lansujących egocentryzm i brak skrupułów w walce o koryto. Kodeks etyczny, którego przestrzega, zdaje się go uwierać, nie przystawać do rzeczywistości. Tedy Filip próbuje od niej uciec. Nie chce się życia nażreć ani nie chce go kontestować, nie jest znajomym ze współczesnego kina blokersem, dresiarzem, japiszonem czy też „młodym wilkiem”. Chwała Zanussiemu, że przypomniał o ludziach, którzy są do swoich czasów niedopasowani tylko z tego powodu, że ich naczelnym imperatywem jest być lepszym. Nie bardziej kreatywnym, dyspozycyjnym, operatywnym: lepszym człowiekiem. Filip chce tego niecierpliwie; błądzi, ale – jak zwykle u Zanussiego – jest to błądzenie szlachetne. 
Rola Hanki (Monika Krzywkowska), dziewczyny w Filipie zakochanej, sprowadza się w „Suplemencie” do czekania. Męczącego czekania, bo w końcu Filip bez ceregieli prosi ją o kredyt cierpliwości na wypadek, gdyby się okazało, że jednak został stworzony do innej miłości. Hanka nie wygląda na pocieszoną tylko z tego powodu, że rywalizuje z Bogiem, nie z inną kobietą. Kocha, więc cała jest czekaniem. Kocha z czasem także wbrew sobie, tak jakby samo-się-kochało poprzez nią. Kiedy Filip znika na dobre, próbuje oddać się przygodnie, bez uczucia. Tylko że dla zakochanej świat dzieli się na dwa rodzaje mężczyzn: Jego i Nie-Jego. Hanka na szczęście w porę przegania Nie-Jego z własnej sypialni, gotowa już nosić w sobie tę jedyną miłość, nawet jeśli miałoby to być niesieniem krzyża.
Zapewne młodzi bohaterowie „Suplementu” minęliby się z sobą, gdyby nie finalny akt przemijania doktora Berga, któremu się przypatrują i przysłuchują. Fragmenty roli Zapasiewicza – jednej z najpełniejszych postaci, jakie się zdarzyło Zanussiemu napisać – zostały w „Suplemencie” zacytowane bezpośrednio, ale tym razem akcent przesunięto na doświadczenie „śmierci w drugiej osobie”. Berg umierając zdołał na własny użytek uwierzyć w to, że z jego życiem dobiega kresu jedynie fragment nieskończoności. Dla Filipa i Hanki śmierć Drugiego jest przeżyciem zgoła katartycznym. Ostatniego życzenia umierającemu się nie odmawia, a przecie doktor Berg na łożu śmierci pomyślał o dwojgu młodych, którym przydałoby się jakieś łoże miłosne... 
Ostatecznie zamiast znaku Bożego Filip dostaje klucze do mieszkania Berga, ale dobre i to, skoro jedyna pewność, jakiej wreszcie nabrał, dotyczy Hanki – i całkiem ziemskich zaległości, jakie mają do odrobienia. Co prawda Filipowi wciąż jeszcze coś w duszy mamrocze o bezpowrotnie utraconej świętości, na szczęście jednak tylko po to, by mógł uznać formalnie swą grzeszność i całkiem nieformalnie przypieczętować ją pocałunkami. Oboje młodzi myślą już tak naprawdę tylko o tym, by wspólnie kontemplować fragmentaryczność życia. I uwznioślać się wzajem za ciał przyzwoleniem. Kochaj i rób, co chcesz... 
Krzysztof Zanussi dał przykład, jak można robić filmy na przekór budżetowym cieciom [to nie jest literówka! – przyp. WK]. Łącząc fragmenty i ścinki z poprzedniego filmu z nowo dokręconymi scenami wprowadza w życie gest artystycznego recyclingu, którym nie tak dawno zaimponował Tadeusz Różewicz. Jeśli tak ma wyglądać kino w czasach zarazy (w kręgach rządowych nazywanej radykalną ekonomizacją kultury), możemy spać nieco spokojniej...

„SUPLEMENT”, reż. i scen. Krzysztof Zanussi, zdj. Edward Kłosiński, muz. Wojciech Kilar („Koncert fortepianowy”), wyk.: Paweł Okraska, Monika Krzywkowska, Zbigniew Zapasiewicz i in., Polska 2001.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl