Le Pen zagraża nie tylko Francji i Uniii Europejskiej, ale i chrześcijaństwu


Niebezpieczeństwa ładnej pogody

Jacek Kubiak z Rennes



Pierwsza tura wyborów prezydenckich we Francji przyniosła równie wielką, co niemiłą niespodziankę. Do decydującej walki o fotel prezydencki zakwalifikował się Jean-Marie Le Pen, wódz populistycznego i ksenofobicznego Frontu Narodowego. Choć z pewnością przegra z kandydującym do swej własnej sukcesji Jacquesem Chirakiem, to Francja nie będzie już tym samym krajem, co przed 21 kwietnia.



NIEMOC

Jacques Chirac jest gaullistą. Właśnie przekonaliśmy się, co to dziś oznacza we Francji: niecałe 20 proc. poparcia w wyborach, odbywających się zgodnie z regułami konstytucji napisanej w 1957 r. przez generała De Gaulle’a. Dokładnie tyle samo głosów zdobyli razem Jean-Marie Le Pen (17 proc.) i jego dawny towarzysz, a obecny konkurent, Bruno Mégret (2,5 proc.). Okazuje się, że skrojona na miarę De Gaulle’a Konstytucja V Republiki nie przystaje do współczesności.
Najlepszym przykładem anachronizmu francuskiego systemu prezydenckiego jest długość kadencji na najwyższym urzędzie w państwie. De Gaulle zapewnił sobie aż siedem lat sprawowania władzy. Gdy prezydentem został przedstawiciel lewicy François Mitterrand, zadbał natychmiast, by nie skracać ,,siedmiolatki”. Dopiero niedawno Chirac musiał zredukować kadencję – dziś po raz pierwszy walka toczy się o pięcioletni pobyt w Pałacu Elizejskim. Aby doszło do tej zmiany, trzeba było kilku „kohabitacji”, kiedy prezydent i premier nie wywodzili się z tej samej strony sceny politycznej. Właśnie „kohabitacja” – nieświadomie wpisana do konstytucji V Republiki – stała się we Francji przyczyną rozbicia tradycyjnego układu lewica–prawica.
Przez ostatnie pięć lat prawicowy prezydent Chirac nie miał prawie żadnego wpływu na decyzje lewicowego rządu Lionela Jospina. Równocześnie rząd Jospina nie mógł pozwolić sobie na zbytnią lewicową fantazję w łonie Unii Europejskiej. Jego lewicowość była więc jedynie symboliczna, mimo że zasiadali w nim socjaliści, komuniści i Zieloni. Przerodziła się w arogancję, gdy np. zmuszono (nie można tego nazwać inaczej) Francuzów, by skrócili tydzień pracy do 35 godzin. Przeciętny Francuz nie widział wielkich różnic między lewicą Jospina a prawicą Chiraca. W takim układzie politycznym Jean-Marie Le Pen ogłosił, zgodnie ze spiskową teorią dziejów, że lewica i prawica zawarły przymierze dla unicestwienia Francji, mianował się jedynym prawdziwym patriotą i przyszłym zbawcą suwerennego kraju.

WÓDZ

Jean-Marie Le Pen powołał nacjonalistyczny Front Narodowy w roku 1974. Dawny spadochroniarz z Algierii i Indochin, świetny mówca, był swego czasu najmłodszym parlamentarzystą. Nigdy nie dbał o polityczną poprawność, a raczej zawsze dbał o polityczną niepoprawność. Słynne stały się jego wypowiedzi podające w wątpliwość istnienie komór gazowych – według wodza FN „detali historii”. Pod adresem ministra Durafour użył kiedyś określenia „Durafour crématoire”, co jest grą słów, oznaczającą także „twardy (lub nieznośny)-do-pieca-krematoryjnego”. Kiedy indziej wygłosił oświadczenie o nierówności ras, poparte pseudonaukowym przykładem czarnych biegaczy osiągających lepsze wyniki niż biali. Wszystkie te wypowiedzi miały służyć jednemu – wygłaszaniu opinii szarego Francuza, której ten nie miał odwagi wypowiedzieć pełnym głosem. Le Pen go wyręczał, a w zamian żądał jedynie głosu w wyborach.
W ten sposób krąg zwolenników wodza wzrastał nieznacznie do roku 1981. Kiedy prezydentem został Mitterrand, sytuacja zmieniła się radykalnie. Teraz Le Pen mógł przejść do ofensywy politycznej, zaś lewicowy prezydent próbował wykorzystać Le Pena jako klin wbity w spójność francuskiej prawicy. Obaj osiągnęli zamierzone korzyści. Mitterrand został wybrany na drugą kadencję, a Front Narodowy z karłowatego ugrupowania przekształcił się w trzecią pod względem liczebności partię w państwie. Co gorsza, tendencje te nadal rosły – już po wyborze Chiraca i po śmierci Mitterranda. W wyborach regionalnych w 1997 r. partia Le Pena zebrała ponad 15 proc. głosów.
Ulubionym tematem Le Pena stało się zagrożenie cywilizacyjne ze strony imigracji arabskiej i nieodłącznie z nim związane, zdaniem wodza, bezrobocie. Le Pen postawił diagnozę i zaproponował łatwe wyjście z sytuacji. Wystarczyło odesłać wszystkich nielegalnych imigrantów do krajów pochodzenia i ustanowić priorytet dla rodowitych Francuzów w przyznawaniu pracy i zasiłków dla bezrobotnych. Hasło „Najpierw Francuzi” zyskiwało zwolenników w zagrożonym bezrobociem społeczeństwie, a zniechęceni komuniści przechodzili wprost do FN. Aby podtrzymać ten trend, Le Pen oświadczył, że „socjalnie jest na lewicy, ekonomicznie na prawicy, a sercem nacjonalistą francuskim”.
Dyktatorski sposób sprawowania rządów w partii sprzyjał podtrzymaniu jej jedności. Jednak młodsi od 70-letniego wodza następcy zaczęli myśleć o przejęciu władzy. Na otwarty bunt zdecydował się partyjny „numer 2” – Bruno Mégret. Wykorzystał on moment osłabienia władzy Le Pena, gdy ten w roku 1997 pozbawiony został przez sąd możliwości startu w wyborach europejskich za pobicie socjalistycznej kandydatki. Mégret ogłosił się szefem partii. Bunt został stłumiony, ucierpiała jednak jedność Frontu i nieskazitelna dotąd wśród sympatyków opinia. W przeciwieństwie do klasycznych partii politycznych Front miał być monolitem bez skazy.

JAK FENIKS Z POPIOŁÓW

Le Pen przez kilka lat wydawał się cieniem samego siebie, Mégret tymczasem wdrażał w zarządzanym przez swoją żonę miasteczku na przedmieściach Marsylii priorytety nacjonalistyczne. W takich nastrojach rozpoczęła się przed kilkoma miesiącami kampania wyborcza. Mégret wybrał bardzo agresywne hasła głoszące wygnanie wszystkich Arabów z Francji. Le Pen jakby złagodniał: na tle rozkrzyczanego konkurenta wydawał się jedynie umiarkowanym nacjonalistą. Jeśli dodamy, że większość elektoratu nacjonalistyczno-prawicowego nie przyznaje się w sondażach do swych intencji wyborczych, łatwo zgadnąć, że nikt nie dawał Le Penowi i Mégretowi wielkich szans.
Do nieprzewidzianego sukcesu Le Pena przyczyniło się kilka nowych elementów. Po 11 września wzmógł się we Francji strach przed imigracją, głównie muzułmańsko-arabską. Coraz więcej mówiło się o chuligaństwie i bandytyzmie na przedmieściach. W kolejne noce sylwestrowe płonęły, ot tak, dla zabawy, dziesiątki samochodów w Strasburgu, Saint Etienne i wielu innych miastach Francji. Autorami tych ekscesów często okazywali się młodzi Arabowie. Również umiarkowana prawica Chiraca wykorzystała ten motyw w swej kampanii oskarżając, nie bez racji, lewicowy rząd o nieudolność. Ten zaś zaprezentował koncertową degrengoladę swych służb, gdy podczas kampanii wyborczej policja dopuściła do samobójstwa szaleńca, który zastrzelił w trakcie sesji rady miejskiej ośmiu radnych w podparyskim Nanterre. Dodatkowym ułatwieniem dla Le Pena było ogromne rozbicie sceny politycznej, głównie na lewicy. Do pierwszej tury wyborów stanęło 16 kandydatów, w tym aż trzech trockistów. Choć Le Pen w sondażach osiągał 14 proc. głosów, a zarówno Chirac, jak i Jospin je tracili, to i tak sądzono, że do drugiej tury staną prezydent i premier.
Dzień wyborów przypadał podczas wakacji wielkanocnych: w Paryżu i Bordeaux świeciło słońce, zachęcając Francuzów do pozostania na zielonej trawce. Tak doszło do rekordowej, ponad 27-procentowej absencji. Znany z wojskowego drylu elektorat Le Pena stawił się do wyborów w 100-
-procentowym składzie. Umiarkowani, pewni zwycięstwa wyborcy pozostali w domu. W dodatku kampania wyborcza Jospina była całkiem nieudana. Nie potrafił zmienić profesorskiego tonu i przekonać wyborców, że będzie w stanie usprawnić funkcjonowanie państwa. W tych okolicznościach nawet niewielki wzrost liczby głosów oddanych na Le Pena (zaledwie 200 tysięcy więcej niż w wyborach parlamentarnych z roku 1997) wystarczył, aby wyeliminować Jospina z drugiej tury i odnieść niewyobrażalny dotąd sukces.

CO TERAZ?

Wyniki pierwszej tury wyborów wybiły Francję z łagodnego snu. Starcie Chiraca z Le Penem oznacza walkę na śmierć i życie o utrzymanie dotychczasowej pozycji kraju w Unii Europejskiej, o zachowanie integralności Republiki i demokracji. Le Pen chce powrotu franka i wycofania euro. Nie zastanawia się, ile to będzie kosztowało i jakie odniesie skutki ekonomiczne. Obiecuje zniesienie podatków i liberalizację przepisów ekonomicznych (np. ułatwienie zwolnień grupowych). Zagraża również nadwątlonej po 11 września społecznej równowadze Republiki, obiecując wprowadzenie w życie priorytetów dla rodowitych Francuzów, zastosowanie drastycznych środków wobec imigrantów, specjalne uprawnienia dla policji, wzmocnienie armii (Chirac zniósł obowiązkową służbę wojskową, co według Le Pena jest ciosem zadanym Francji).
Z tych m.in. powodów zarówno Kościół katolicki, jak i Kościoły protestanckie, organizacje żydowskie i muzułmańskie wzywają swych wyznawców do głosowania przeciwko Le Penowi. Episkopat francuski już w powyborczy poniedziałek wydał oświadczenie, w którym przekonuje wiernych, że poglądy Le Pena są sprzeczne z wiarą chrześcijańską. W dodatku Le Pen sprowokował biskupów, cytując w telewizyjnym wystąpieniu papieskie „Nie lękajcie się”. Użycie tych słów zostało uznane przez przewodniczącego Episkopatu kard. Jean-Pierre’a Ricarda za uzurpację. Arcybiskup Paryża kard. Jean-Marie Lustiger uznał za niedopuszczalne przywłaszczanie sobie kościelnych symboli (Le Pen zaanektował również święto Joanny D’Arc). Biskup Angouleme Claude Degens wezwał wiernych do oporu wobec „strachu, nienawiści i pogardy”, a biskup Evreux Jacques David zaznaczył, że Francja nie może rozwijać się w oderwaniu od Europy i że nie można dyskryminować nikogo ,,ze względu na jego opinie, przynależność religijną i pochodzenie”.
Przejęcie władzy przez lepenistów byłoby katastrofą dla całej Unii Europejskiej. W końcu Francja jest obok Niemiec głównym (choć ostatnio słabnącym) motorem jedności Europy. Nie można wyobrazić sobie istnienia UE bez Francji, a Le Pen poradziłby już sobie z jej wyprowadzeniem ze struktur wspólnoty. Nie ma co jednak rozważać takich możliwości, gdyż wszystko wskazuje na to, że Jacques Chirac wygra te wybory przy walnym udziale lewicowego elektoratu.
Mimo to wysoka pozycja Le Pena nie pozwala przeciętnemu Francuzowi na spokojny sen. Wybory ujawniły nie tylko rozbicie lewicy (praktycznie przestała istnieć Partia Komunistyczna Francji Roberta Hue), ale i słabość umiarkowanej prawicy, która nie radzi sobie z odparciem lepenowskiego populizmu i próbuje zwalczać go przy pomocy obietnic bez pokrycia (Chirac też zapowiada drastyczne obniżenie podatków). Konieczna jest głęboka reforma państwa. Ale jak myśleć o jej przeprowadzeniu w chaosie wywołanym politycznym trzęsieniem ziemi? To ogromne wyzwanie i historyczna szansa dla Chiraca.
Przyszłość Francji, a również i UE, zależy od drugiej tury wyborów prezydenckich (5 maja) oraz od czerwcowych wyborów parlamentarnych. Nawet jeśli prezydentem zostanie Chirac, to sukces wyborczy Le Pena z pierwszej tury doda odwagi jego kandydatom. Front Narodowy może wprowadzić do parlamentu ponad 20 proc. posłów, a wobec rozbitej lewicy i prawicy nawet urosnąć do rangi pierwszej partii w państwie. A wówczas rządzenie Francją bez skrajnej prawicy okaże się niemożliwe, podobnie jak już okazało się w Austrii i we Włoszech. Ten czarny scenariusz może mieć wpływ na wyniki jesiennych wyborów parlamentarnych w Niemczech i powszechne wzmocnienie antyunijnych nastrojów. A to oznaczałoby koniec naszych planów przystąpienia do Unii Europejskiej oraz chaos na całym kontynencie.
Istnieje jednak szansa na odwrócenie tej tendencji. Francja przeżywa ogromną falę mobilizacji – tak na lewicy, jak i na prawicy. Młodzież, która do tej pory nie wykazywała zainteresowania polityką, nagle deklaruje masowy udział w wyborach. Jeśli nastroje te się utrzymają, to wyniki Le Pena, nawet bez zmiany liczby oddanych na niego głosów, mogą skurczyć się do 12-15 proc. Sama mobilizacja wyborcza jednak nie wystarczy. Trzeba koniecznie zmodernizować system polityczny i przejść do VI Republiki. Jeśli dokona tego sam Le Pen, VI Republika nie będzie się zbytnio różniła od III Rzeszy. I pomyśleć, że to realne dzisiaj zagrożenie ma swe źródło w wakacjach i słonecznej pogodzie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl