Święto Pracy?

MARCIN KRÓL

 

1 maja, jak wiadomo, wcale nie był i nie jest świętem komunistycznym, ale świętem ludzi pracy walczących o swoje prawa. W szczególności jest to święto bezrobotnych, czyli nie tylko tych, którzy nie mogą dostać pracy, ale również tych, którzy (a w Polsce są ich całe zastępy) pracują w warunkach niegodziwych, bo na czarno, czyli bez gwarancji, bez ubezpieczenia, bez niezbędnych warunków bezpieczeństwa. 
Skąd się wzięło bezrobocie? Paradoksalnie z tego samego, co dzisiaj wielu (moim zdaniem niesłusznie) uważa za główne lekarstwo na bezrobocie, czyli ze stosowania w możliwie intensywnej postaci zasady wzrostu gospodarczego. Dopiero w drugiej połowie dziewiętnastego wieku zasada ta zaczęła obowiązywać niemal powszechnie i od tego czasu mamy już nieustannie do czynienia z problemem bezrobocia. Naturalnie były okresy, kiedy bezrobocie malało lub niemal zanikało i są inne – takie jak obecnie u nas – kiedy rośnie w dramatycznym tempie. Jednak u podstaw bezrobocia kryje się zasada maksymalizacji zysku, wolnego rynku i konkurencji, które w sumie mają powodować – i często powodują – wzrost gospodarczy. Jednak wszystkie te zasady w trudniejszej sytuacji gospodarczej powodują wzrost bezrobocia i nie ma na to żadnego sposobu poza jednym. Tym sposobem jest rozważenie czy rzeczywiście idea (a właściwie – ideologia) wzrostu gospodarczego naprawdę musi dominować na świecie.
Temat ten oczywiście podejmowano już wielokrotnie. Jednak naiwne solidarystyczne czy utopijne socjalistyczne odpowiedzi głoszące ideę powszechnej współpracy i zapewnienia dóbr wszystkim, okazały się tylko kiepskimi marzeniami. Ideologia wzrostu gospodarczego może zostać poddana poważnym korektom tylko wtedy, kiedy ekonomiści i – przede wszystkim – myśliciele polityczni zdadzą sobie sprawę z tego, że jest to ideologia, która nie prowadzi do sukcesu świata rozwiniętego, ale do jego stopniowego upadku. Bo przecież tylko zaślepieni zwolennicy globalizmu mogą wierzyć w to, że wzrost gospodarczy jest możliwy zawsze i na zawsze. Kiedyś nadejdzie jego kres i już zaczynamy go widzieć. A przy obecnie dominujących postawach w dziedzinie gospodarki i polityki ten kres będzie oznaczał swoisty „zmierzch Zachodu”. Wiem, że neoliberałowie protestują przeciwko takim zapowiedziom i święcie wierzą w to, że wzrost gospodarczy będzie trwał wiecznie, ale nawet neoliberałowie nie będą trwali wiecznie.
Moim zadaniem i zadaniem wszystkich, którzy mają pretensje do uprawiania filozofii politycznej jest rozważanie tego, co wydaje się prawdopodobne oraz odrzucanie tego, co iluzoryczne lub przyjmowane bez dyskusji. 
Czy więc można sobie wyobrazić świat zachodni oparty na innej, słabszej wersji zasady nieustannego wzrostu gospodarczego? Na czym miałoby to polegać? Przede wszystkim na tym, że nie jest wcale oczywiste, czy człowiek musi konsumować i kupować aż tak wiele, czyli na zmianach w zakresie moralności. A kto proponował inną moralność w dziedzinie gospodarki? Oczywiście Adam Smith, który pisał: „Moraliści we wszystkich czasach skarżyli się, że bogactwo i majątek są najczęściej traktowane z szacunkiem i podziwem, jaki należy się tylko mądrości i cnocie, zaś bieda i słabość są uważane za rezultat grzechu i głupoty”. Moraliści mieli z reguły rację, czy jednak filozofowie odważą się pójść ich śladem? Nie jest to proste, jeśli zważyć, że z Adama Smitha, zmieniając całkowicie jego filozoficzne przesłanie, neoliberałowie uczynili swego patrona. Spróbujmy więc, na początek, ich tego patrona pozbawić, by pokazać, jak wolna konkurencja miała służyć wzrostowi moralności, a nie przeciwnie.


Marcin Król

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl