Komentarze

 


Józefa Hennelowa Erfurt – dlaczego?

Krzysztof Kozłowski „Bezpośredni” burmistrz? Tak, jeśli z SLD

 

Michał Okoński Media–komisarz

 

Krzysztof Burnetko Kolejna bariera w reality show została przekroczona...

 

 

 




  
Erfurt – dlaczego?

Zginęło 17 osób: nauczyciele, sekretarka szkoły, dwoje uczniów, policjant. Sprawca, były uczeń gimnazjum w Erfurcie, popełnił samobójstwo. Ofiar mogło być o wiele więcej – w łazience szkoły zostało kilkaset naboi do broni palnej. Broń była legalna – były uczeń należał do klubu strzeleckiego. O tym, że wyrzucono go ze szkoły, więc do egzaminu dojrzałości – drugoroczny – znowu nie będzie dopuszczony, w rodzinnym domu nie wiedział nikt. Pierwszy dzień matur wybrał na dokonanie aktu, który dla wszystkich jest oczywistą zemstą. A jednak żadna z tych okoliczności nie daje dostatecznego wytłumaczenia dla erfurckiej tragedii i horroru jednocześnie. 
Jeśli za przyczynę uzna się szaleństwo jednego człowieka, pozostanie tylko debata nad lepszym zabezpieczaniem szkól (morderca wszedł z dwoma rodzajami broni palnej i masą amunicji), a także nad ograniczeniem wydawania pozwoleń na broń. Może jednak trzeba będzie pytać także o wiele innych spraw: o więź dorastającego syna z rodzicami, o stosunek pedagogów do ucznia, który od dawna sprawiał trudności, wreszcie o jakość rozrywki, którą się latami karmił (gry komputerowe, muzyka). Kto przegrywa w obliczu faktu, że dla dziewiętnastolatka z przeciętnej, niczym nie zagrożonej rodziny seryjne zabijanie ludzi okazuje się czynnością po prostu naturalną, a pierwszy poważny życiowy stres rozładowuje się śmiercią innych i na koniec własną? 
 
Józefa Hennelowa

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 



„Bezpośredni” burmistrz? Tak, jeśli z SLD

Jeszcze niedawno Sojusz Lewicy Demokratycznej forsował wprowadzenie bezpośrednich wyborów prezydentów miast, burmistrzów i wójtów. Ale pogarszające się notowania partii Leszka Millera zmusiły jego kolegów do refleksji: oto wybory bezpośrednie – jeśli żaden z kandydatów nie otrzyma w nich ponad 50 proc. głosów – zmuszają do przeprowadzenia drugiej tury, w której startuje tylko dwóch pretendentów. A tego Sojusz się boi, szczególnie w dużych miastach, bo zatomizowana zazwyczaj centroprawica, wystawiająca z reguły zbyt dużo kandydatów, właśnie w drugiej turze mogłaby zjednoczyć się (choćby na chwilę) przeciwko kandydatowi SLD. Czujność Sojuszu nakazuje zatem zrezygnować z drugiej tury i ostateczny wybór prezydenta czy burmistrza (spośród tych kandydatów, którzy otrzymali co najmniej 15 proc. głosów w pierwszej turze, czyli w wyborach bezpośrednich) powierzyć w drugiej turze już radom gmin, gdzie wpływy SLD będą zapewne znaczne – taką decyzję odnośnie kształtu ordynacji do wyborów samorządowych podjął Zarząd Krajowy SLD w miniony czwartek. 
Może się więc zdarzyć, że rada miasta czy gminy opowie się za kimś, kto jest bliski SLD – nawet jeśli wcześniej otrzymał tylko 16 proc. głosów – przegra zaś kandydat, na którego głosowało dwa razy więcej obywateli. Wybory bezpośrednie staną się więc wtedy jedynie wyborami wstępnymi, nie decydującymi – bo o wszystkim zadecydują potem i tak partie. A to nie zachęca obywateli do powszechnego udziału w głosowaniu. Tym bardziej, że jeśli nawet rada miasta czy gminy wybrałaby kogoś, kto otrzymał najwięcej głosów obywateli, to przecież ta sama rada będzie mieć również prawo owego prezydenta z czasem odwołać, nie bacząc na jego elektorat. Sojusz tłumaczy się, że poparcie rady zapobiegnie ewentualnym konfliktom z prezydentem, burmistrzem czy wójtem – co nie zmienia faktu, że proponuje dość dziwaczną formę wyborów. Rzecz także w tym, że SLD-owski projekt nie precyzuje kompetencji nowo wybranych prezydentów, burmistrzów i wójtów – więc konfliktów i tak nie unikniemy, szczególnie jeśli prezydent, burmistrz czy wójt zostanie wybrany ponad połową głosów bezpośrednich, a więc bez udziału rady. 
Pozostaje wrażenie, że Sojusz nie bardzo wiedział, jak wybrnąć z sytuacji – rzecz jasna, w sposób dla siebie korzystny – i w efekcie stanął w karkołomnym rozkroku.


Krzysztof Kozłowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Media–komisarz

Opublikowany przed kilkoma dniami przez „Gazetę Wyborczą” portret sekretarza Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Włodzimierza Czarzastego („Pierwszy sekretarz ds. mediów”, „GW” z 26.04.2002) skłania do refleksji z kilku powodów. Po pierwsze, w modelowy sposób pokazuje karierę młodego aparatczyka z ZSP, który świetnie odnajduje się w nowej rzeczywistości („W PZPR był do końca, ale kiedy rozwiązywaliśmy partię, był już biznesmenem” – opowiada jeden z jego partyjnych kolegów”). Po drugie, ilustruje słabość polskiego prawa antykorupcyjnego, które dopuszcza sytuację, w której sekretarz KRRiTV jest pośrednio właścicielem firmy, sprzedającej swą produkcję zależnym od Rady stacjom telewizyjnym. Po trzecie, uświadamia, że u źródeł nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji jest zmęczenie polityków SLD swobodą mediów w Polsce („Po ostatnich wyborach zaczynają już dość otwarcie mówić, że coraz trudniej znoszą sytuację, gdy partii z wysokim społecznym poparciem ktoś bezczelnie patrzy na ręce” – mówi cytowany w tekście członek KRRiTV Jarosław Sellin). Ci, którzy liczyli, że w ciągu 12 lat może nastąpić „oszlifowanie betonu”, mylili się. Beton stwardniał.


Michał Okoński

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolejna bariera w reality show została przekroczona...

– emocjonowały się co jakiś czas polskie media. A to podglądnięto damski prysznic, a to pokazano Frytkę zabawiającą się z Kenem. Jedni byli oburzeni, innych to nie obchodziło. Teraz sensacją – i obaloną barierą – ma być ślub dwójki uczestników kolejnej wersji telewizyjnego hitu. 
To, że para młodych ludzi godzi się, by ich związek śledziły tysiące podglądaczy, może co najwyżej dziwić. Gorsze, że idiotyzmowi poddał się urząd, mający reprezentować prawo III RP. Oto kierownik wrocławskiego Urzędu Stanu Cywilnego zgodził się na zastosowanie wobec medialnych bohaterów nadzwyczajnego trybu zawarcia związku małżeńskiego. Zwykły Polak na ceremonię ślubu cywilnego musi czekać miesiąc (od chwili powiadomienia USC). Prawodawca wprowadził ten wymóg, by potencjalni małżonkowie mogli gruntownie przemyśleć tę ważną decyzję. Przewidział naturalnie, że „jeżeli przemawiają za tym ważne względy”, to można skrócić okres oczekiwania. Chodziło o chorobę bądź nagły wyjazd któregoś z kandydatów, ciążę itp. Teraz okazało się, że ważnym powodem angażowania aparatu państwa i stosowania specjalnych procedur prawnych może być kaprys dwójki młodych ludzi, którzy wymyślili sobie (bądź ulegli pomysłom specjalistów od tzw. oglądalności), że chcą zawrzeć związek w trakcie programu nadawanego przez jedną ze stacji telewizyjnych. To jest dopiero obalenie bariery. 


Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 18, 5 maja 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl