Votum separatum

Nie potrafię

JÓZEFA HENNELOWA

 

Staram się nie opuszczać „Pytań” Krzysztofa Skowrońskiego w wieczornym „Pulsie”, ale dzisiaj, 25 kwietnia, w połowie programu sięgnęłam po wyłącznik. Nie potrafiłam dłużej ani słuchać, ani patrzeć. Rozmówcą redaktora był młody Izraelczyk, który w jednym z marcowych zamachów palestyńskich stracił kilka osób z najbliższej rodziny, a trzydzieścioro z tejże rodziny zostało rannych. Opowiadał o tym (z pomocą tłumaczki) bardzo spokojnie i wyglądał też najnormalniej w świecie, a jednak, kiedy doszło do pytania, jak zareagował na pierwsze telefoniczne wieści (mieszka w Warszawie), poczułam, że mam dosyć. Że nie mam prawa ani asystować jego zwierzeniom, ani godzić się, żeby dziennikarz prowadzący rozmowę dążył do jakichś swoich spodziewanych wniosków, ani nawet nie mam prawa zaspokajać własnej potrzeby dowiedzenia się jeszcze czegoś, bo i to staje się jakimś nadużyciem. Czy dla jakiegokolwiek celu wolno zgodzić się na wiwisekcję?
Z mieszanymi uczuciami oglądałam też zdjęciowy serwis z manifestacji, którą w Warszawie w ubiegłą niedzielę zorganizowała Amnesty International, ustawiając szeregi ludzi splatających dłonie pomiędzy ambasadą Izraela a przedstawicielstwem Palestyny. Coś to miało dobrego oznaczać i pewnie tym dobrem kierowali się uczestnicy, z których kilku o znanych nazwiskach media oczywiście wymieniły, a nawet kazano niektórym mówić do kamery. A mnie wydało się nie tylko smutnie łatwe, ale dziecinne i naiwne. To przecież nikogo nie kosztowało nic a nic. Czyniąc takie spektakularne gesty nic nikomu przebaczać nie trzeba i nawet niekoniecznie uruchamiać trzeba wyobraźnię. Można to zrobić także wśród setek słów niesprawiedliwych, wśród łatwego oburzenia, wśród morałów prawionych na wyprzódki pod adresem tych, których uznało się za winowajców, w dziwnym przeświadczeniu, że my wręcz predestynowani jesteśmy na międzynarodowy trybunał sędziowski, a rozwiązanie tragedii proste jak przykazania dekalogu. Komentatorzy, którzy z trudem ukrywali oburzenie, że oto przedstawiciel Palestyny wziął udział w manifestacji, ale z ambasady Izraela nie było nikogo, zdawali się nie rozumieć, że postawą jedynie uczciwą było dla obu stron: nie udawać, że już nie trwa wojna na śmierć i życie, skoro trwa, a łatwe gesty czynione tak daleko od niej służyć mogą co najwyżej dla budowania czyjegoś dobrego samopoczucia
To zastanawiające, dlaczego w Polsce wyroiło się tylu sędziów, tylu mędrców, tylu pośredników, dlaczego kto żyw poczuł się u nas znawcą i ekspertem, moralistą i kaznodzieją, skąd bierze się to, że każdy zabierający głos wszystko wie na pewno, wszystko osądza,własne doświadczenia, nawet najmizerniejsze i z zupełnie innego świata, czyni miarą rzeczy, a równocześnie usprawiedliwia najbardziej nawet natrętne asystowanie tragedii. Parę tygodni temu Magazyn „Rzeczpospolitej” zamieścił fotoreportaż z Ramallah (wcześniej również zareklamowany w Pulsie). Było tam przerażające zdjęcie sprofanowanych zwłok niewątpliwie torturowanego mężczyzny, ofiary linczu. Autorka podpisu pod tym zdjęciem, reporterka z Ramallah, ani jednym słowem nie przekazała jakiegokolwiek wstrząsu, przerażenia, oceny. Jakby nie był to sygnał koszmarnego dzisiaj, tylko prehistoria sprzed potopu. To wyglądało tak, jakby za wszelką cenę trzeba było utrzymać solidarność z jedną tylko stroną konfliktu. Z tych samych względów od trzech tygodni nie sposób znaleźć w opinii katolickiego świata choćby jednego słowa protestu przeciw zajęciu Bazyliki Narodzenia przez uzbrojonych ludzi, zdecydowanych nie poddać się za nic. To wtedy przecież zaczęła się profanacja sacrum, której końca nie widać do chwili, gdy to piszę... 

Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl