Teatr


Przeszłość polskiego teatru

Łukasz Drewniak



Recenzent „Gazety Wyborczej” napisał niedawno, że Jarocki szkolnym przedstawieniem „Szewców” tworzy styl inscenizowania Witkacego na miarę XXI wieku i zapowiada teatr przyszłości. Niestety premiera w Starym Teatrze udowadnia, że jest odwrotnie. 



„Grzebanie”, czyli poprzednie spotkanie Jerzego Jarockiego z Witkacym, było podporządkowane kluczowi biograficznemu. Reżyser lepił z ułomków scen dramatycznych, listów i publicystyki Witkacego życiorys artysty, który we własnym dziele sporządza autoportret duchowy. Teraz, w „Trzecim akcie”, postać Witkacego zostaje przesłonięta przez jego diagnozy społeczne. Jarocki po prostu sprawdza ich skuteczność i aktualność. 
W swojej adaptacji „Szewców” znów zastosował ten sam tryb pracy, co w przypadku „Grzebania” – najpierw ćwiczebny spektakl w szkole teatralnej, potem powtórzenie go na scenie Starego w najdrobniejszych detalach, ale z dojrzałymi wykonawcami, na ogół – jak Krzysztof Globisz i Jerzy Trela – identyfikowanymi z jego teatrem. Atutem przedstawienia jest zaproponowany przez reżysera nowy układ tekstu (zaczynamy od trzeciego aktu sztuki, potem z retrospekcji oglądamy akt pierwszy, znów wracamy do trzeciego, by znaleźć powód do obejrzenia wypadków z aktu drugiego – dopiero finałowe sceny pędzą przed siebie w takiej kolejności, jak to zamierzył Witkacy). 
Odwijanie zdarzeń wstecz, powracanie do brzemiennych w skutki wypadków jest ciekawsze od linearnego porządku oryginału: likwiduje wiele powtórek, dynamizuje strukturę dramatu. Reżyser odnosi sukces jako adaptator i od razu podrzuca temat spektaklu – „Wytrzymać ciężar istnienia”, mówi Sajetan Krzysztofa Globisza w pierwszej scenie, zaraz po tym jak wyglądał, czy sens nadchodzi i wzdychał, że jednak nie. Zastanawia się, co znaczy umieć przekształcać świat i siebie samego tak, by zrozumieć, po co to wszystko było, po co szewcom władza i rewolucja, skoro zamiast głębokiej społecznej przemiany świadomościowej jest tylko zwykłe odwrócenie ról. Globisz gra przywódcę szewskiej rewolucji balansując między groteską ruchów bohatera a precyzją jego rozumowania. Jak na dłoni widać, że jedni bohaterowie są dla Jarockiego ważni bardziej, inni mniej. Część jest zarysowana w sposób pełny, reszta pełni tylko nieco mgliste funkcje sceniczne. Zajmując się Sajetanem reżyser gubi po drodze choćby Józka Tempe. Ale to nie jest główny powód niedoskonałości krakowskiego przedstawienia.

To, co dycha

Najgorzej czas obszedł się chyba z językiem Witkacego, przez lata źródłem cytatów, dowcipów, kalamburów, zaskakujących zestawień słów i stylizacji. Po szkolnym przedstawieniu byłem pewny, że młodzi aktorzy nie potrafią go mówić – jest dla nich tworem ciężkim, sztucznym, niezrozumiałym. W „Trzecim akcie” ze Starego Globisz, Kuśmider, Świgoń udowadniają, że ten język jeszcze dycha, ale, co charakterystyczne, tylko dzięki maksymalnemu skupieniu i widza, i aktora, podkładaniu pod każdą kwestię wyrazistych intencji, emocji i sytuacyjnych sensów.
Reżyser sięga po swój wypróbowany arsenał środków teatralnych: sytuacje sceniczne zostają rozcięte przez opadające z sufitu kurtynki, na neutralnej czerni sceny widać wyraźnie rozbłyski symbolicznych rekwizytów: muzealnych balasek, buta jako znaku rewolucji, siekiery i katowskiego pnia. Scurvy Jana Monczki to giętka, kudłata marioneta, nakręcana przez słowotok. Czeladnicy (Radosław Krzyżowski, Maciej Luśnia) z premedytacją nie zostali zbyt zróżnicowani: to po prostu dwie postaci tego samego buntu. W przedstawieniu sprawdza się także to, co się zawsze sprawdzało – na przykład kpiny z potraktowanych „po wyspiańsku” chłopów (pysznie grają ten epizod Leszek Świgoń, Szymon Kuśmider i Małgorzata Zawadzka). 
Są u Jarockiego sceny plastycznie po prostu piękne – oto naga harpia Księżnej (Katarzyna Gniewkowska) spowita w czerwień i nietoperzowe skrzydła stoi na postumencie w głębi sceny. Z kolei rewolucja dokonuje się bardziej w planie choreograficzno-dźwiękowym niż psychologicznym. Szewcy i brunatni chłopcy Scurviego odgrywają na metalowych przedmiotach dziwny utwór, wystukują rytm nowego, zmechanizowanego społeczeństwa (w szkolnym przedstawieniu ta sekwencja była ustawiona tak oszałamiająco sprawnie, że przypominała wręcz muzyczne eksperymenty grupy tanecznej STOMP!).

Figury i mięso

Przedstawienie w Starym Teatrze, co zdumiewające, nie za bardzo zmusza do myślenia, analizowania świata. Przypomina suchy komentarz do ostatniego stulecia i nie ma w nim zagadek czy problemów do samodzielnego odrobienia w domu. Jest za to wykład uniwersytecki, tak precyzyjny, że zapałki w żadną szparę nie wetkniesz. Czy jest miejsce na taki teatr, na tak odczytanego Witkacego? „Ano miejsce jest, ino chęci u ludzi ni ma.” Krakowska premiera „Trzeciego aktu według Szewców” jest elegancka, solidna, precyzyjna i absolutnie z innego świata.
Witkacy oddalił się od polskiego teatru, bo i przeszłość, do której przecież przynależy, nieubłagalnie się oddala. Teraźniejszości jest zbyt wiele, rozpełza się wszędzie. Tekst „Szewców” tylko z pozoru pasuje jak ulał do naszej rzeczywistości. Choć nie sposób odmówić trafności niektórym z postawionych w nim tez, okazuje się, że świat po rewolucji, naszej rewolucji, nie ułożył się tak prosto, jak chciał Witkacy. Zwłaszcza jeśli chodzi o typologię obywateli nowej rzeczywistości, podzielonych na pykników i schizoidów. Nie ma takiej alternatywy: albo jedni, albo drudzy – w naszym społeczeństwie gnieżdżą się pospołu i zadowolone z siebie bydlęta, i wiecznie niespokojni artyści. Ludzie z obu grup wskakują w bezpieczne, izolowane nisze i najczęściej ignorują się wzajemnie, a przecież wariat z Krupówek sugerował ich bezwzględną konfrontację.
„Szewcy” jako dramat zestarzeli się nawet bardziej niż inne sztuki Witkacego, bo zapis formy, propozycja konkretnego stylu inscenizacji wydaje się już nie tak atrakcyjna wizualnie jak kiedyś. Jarocki, który współtworzył, by tak rzec, „klasyczne myślenie” o teatrze autora „Nienasycenia”, ponosi porażkę – nie potrafi zestroić swojej poetyki z gustem albo inaczej – rytmem odbioru dzisiejszej publiczności. Dlatego ten sam język sceniczny, który dziesięć lat temu porywał w „Ślubie”, teraz w „Trzecim akcie” zgrzyta i rzęzi. Może dochodzi tu do głosu nasze zmęczenie, niechęć do oglądania ludzi zredukowanych do słów i działań formalnych? Od ludzkich figur wolimy na scenie ludzkie mięso. A nad rozumową spekulację przedkładamy drżenie ciała.
Zmienił się podstawowy aspekt relacji widz-spektakl: oto bardziej interesuje nas dziś w teatrze otchłań pojedynczego, ale prawdziwego człowieka, niż literackie, papierowe problemy ludzkości. Cel teatru wydaje się mniejszy, skromniejszy. Pycha syntezy przegrywa z pokorą analizy. Łatwiej odkryć i pokazać motywacje postępowania jednego człowieka niż całej ludzkości, społeczeństwa. Tymczasem w „Szewcach” Witkacy zrobił z postaci ilustracje własnych odkryć intelektualnych, a Jarocki niewiele uczynił, by ten zabieg odwrócić.
Po krakowskich „Szewcach” Jarockiego z 1971 roku Janusz Degler pisał, że „ich głównym tematem jest historiozofia”. Chryste Panie, jak to było dawno! Dziś reżyser, który wyznałby prasie i widzom, że chce zrobić spektakl o historiozofii, napotkałby wymowne milczenie. Spektakl o historiozofii znaczy dziś tyle co spektakl o mgławicach dyskursywnego pyłu, nieucieleśnionych w aktorach tezach i antytezach. Trudno uwierzyć, że warto taki karkołomny przewód w teatrze otwierać, bez oglądania się na emocjonalne koszty. Może po prostu nie da się dziś zrobić spektaklu o historiozofii?

*

To chyba nie przypadek, że kilka najnowszych polskich premier – „Wesele” Grabowskiego, „Obywatel M.” Głomba i właśnie „Trzeci akt” Jarockiego – stanowi swego rodzaju kontratak innego teatru niż ten kojarzony z linią warszawskich Rozmaitości. Próba opisania współczesnej wrażliwości, rozmowy z widzem o tradycji, polityce i procesach społecznych za pomocą języka, który kiedyś sprawdzał się w tego typu rozmowach. Mam na myśli akademizm, po który sięgnął Grabowski, teatr satyry politycznej Głomba i minimalizm inscenizacyjny w służbie ideologicznego dialogu u Jarockiego. Teatr obrócony w przeszłość ma być antidotum na skok Warlikowskiego w „teatr niemożliwy dla polskiego teatru”. Te trzy spojrzenia wstecz, wszystkie z jakiegoś powodu nieudane, udowadniają, że z tyłu, za plecami nie ma czego szukać, żeby poprawić, dopełnić współczesny teatr. Nie akceptując języka teatralnego wywiedzionego z dramaturgii Sarah Kane, Marka Ravenhilla czy Thomasa Ostermeiera, nie trzeba reanimować dawnych strategii inscenizacyjnych, ale wymyślić nową strategię. Delikatną, ale współczesną, mądrą, ale współczesną, pojemną, ale współczesną.
Współcześnie odczytany Witkacy pozostaje ciągle (poza „Bzikiem tropikalnym” Jarzyny sprzed paru dobrych lat) w sferze projektu. W tym sezonie czekają nas jeszcze wrocławska „Sonata Belzebuba” Pawła Szkotaka i łódzka „Kurka wodna” Łukasza Kosa. Spektakle młodych reżyserów powinny być odpowiedzią na witkacowski kanon inscenizacyjny autorstwa Jarockiego. Spektakl Jarockiego, a raczej to, czego w nim brak, sugeruje, że potrzebny jest nowy klucz wizualny do Witkacego. Inne rozstawienie akcentów. Jeśli w tych realizacjach nie wylezie spod podłogi nowa estetyka i nowe myślenie o Czystej Formie, to już nigdy nie wylezie. Amen. 

„Trzeci akt według »Szewców« Stanisława Ignacego Witkiewicza”, scenariusz i reżyseria: Jerzy Jarocki, scenografia: Jerzy Juk-Kowarski, muzyka: Stanisław Radwan, choreografia: Jacek Tomasik. Narodowy Stary Teatr w Krakowie, premiera: 19 kwietnia 2002 roku. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl