O wszystkim

Dalekosiężne skutki snu

ANDRZEJ DOBOSZ

 

Fala histerii, jaka ogarnęła Francję od poniedziałku 22 kwietnia przybiera na sile z każdą godziną. Nie można otworzyć radia, bo najdalej po minucie będzie mowa o Le Penie. Gazety zapełnia wyłącznie sprawa Le Pena, przedstawiana w tonacji katastroficznej: szok, hańba narodowa, zagrożenie Republiki.
Fakty nie stanowią dobrego uzasadnienia tej histerii. Oto przywódca faszyzującego Frontu Narodowego przeszedł po raz pierwszy do drugiej tury wyborów prezydenckich, eliminując urzędującego premiera, przewagą sześćdziesięciu ośmiu setnych procenta, to jest 194,658 głosów. No tak, ale sprawując we Francji władzę „Pluralistyczna Lewica” jest niemal tak pluralistyczna, jak niekomuniści w Polsce. Obóz rządzący wystawił równocześnie 5 kandydatów, którzy w sumie zdobyli 32% oddanych głosów, wobec 30,63% trzech pretendentów po stronie poważnej prawicy. Wsród tej piątki, prócz zielonych i komunisty, był jeszcze drugi socjalista z wieloletnim stażem, który zdążył już być i ministrem obrony, i ministrem spraw wewnętrznych, Jean-Pierre Chevenement. Jego program był pozbawiony wszelkich konkretów, ale jak sam wyznał w rozmowie radiowej parę tygodni przed fatalną niedzielą miał sen, że zostanie prezydentem Francji. No i odebrał swemu koledze Jospinowi 5,33 procenta.
Nie wszyscy się martwią klęską samego premiera, natomiast wzrost Frontu Narodowego wzbudza panikę. Tyle że nie ma żadnego wzrostu Frontu Narodowego. Kłamstwo, jak wiadomo, stopniuje się następująco: zwyczajne, bezczelne, statystyczne. Le Pen został wpuszczony z marginesu na scenę polityczną przez socjalistę Mitteranda, który zmienił ordynację wyborczą, by dokuczyć tradycyjnej prawicy. W poprzednich wyborach prezydenckich roku 1995 Le Pen uzyskał 15,3 %. Dziś ma już o półtora procenta więcej. Tyle że absencja przed siedmiu laty wynosiła 21,5%, a dziś 28,4%. Nie po to po maturze poszedłem na polonistykę, by teraz wdawać się w obliczenia, czy przyrost półtora procenta od sumy zmniejszonej o 7 procent w liczbach bezwzględnych stanowi raczej drobny spadek czy skromny przyrost. Syn natomiast jest na wakacjach szkolnych i nie mogę go obarczać rozwiązywaniem tego zadania. Zresztą rozpisanie pierwszej tury wyborów na okres wakacji szkolnych było obok sennej kampanii drugim powodem absencji, o 5% wyższej wśród kobiet. Po prostu liczne matki nie pracujące udały się z dziećmi na wakacje.
Wydarzenia tamtej niedzieli dają jednak powody do głębokiego niepokoju. Otóż troje kandydatów skrajnej lewicy zebrało łącznie ponad 10 %. Między Frontem Narodowym a resztą ugrupowań istnieje przepaść. Nie ma mowy o żadnych koalicjach, czy choćby doraźnych aliansach, jak u nas z Samoobroną, trzymaną na uboczu, ale jakże użyteczną dla p. Millera przeciw Radzie Polityki Pieniężnej czy wolności telewizji. Natomiast dystanse na lewicy bywają niesłychanie często skracane lub wydłużane. Młody Jospin potrafił nawet być równocześnie członkiem Partii Socjalistycznej i dobrze zakonspirowanej grupy trockistowskiej. Różnice między socjalistami a komunistami są poważne, ale rząd jest wspólny.
Program Le Pena jest niewykonalny: posada dla każdego Francuza, którego dziadkowie byli Francuzami, opuszczenie Unii Europejskiej, powrót od euro do franka.
Skrajna lewica pragnie ponownego upaństwowienia wielkich przedsiębiorstw, zakazu zwolnień pracowników przez przedsiębiorców prywatnych, 32-godzinnego tygodnia pracy, dalszego zwiększenia ilości funkcjonariuszy państwowych, jednakowej szkoły dla wszystkich, demokratyzacji uniwersytetów. To dałoby się wykonać. Nie sposób wprawdzie podciągnąć wszystkie szkoły do poziomu najlepszych, ale najlepsze da się ściągnąć na poziom średni. Wstęp na uniwersytety nie tylko bez egzaminów, ale i bez matur na pewno zdemokratyzowałby tę średniowieczną instytucję. Nawet nie posuwając się aż tak daleko, skrajni zradykalizują lewą stronę sceny.
I jeśli wielu działaczy Partii Socjalistycznej zadeklarowało, że oddadzą swój głos na Chiraca przeciw Le Penowi, to radykałowie otwarcie mówią, że Chirac nie stanowi zapory dla Le Pena. I jeśli w drugiej turze wzrosłyby notowania Le Pena, to dzięki manewrowi skrajnej lewicy, marzącej o doprowadzeniu do sytuacji rewolucyjnej. 25% do 30% dla Le Pena już pozwalałoby wyjść na ulice w obronie Republiki. Pierwsze zajścia przewidziane są na 1 maja. No cóż, nie mam samochodu, który padłby ofiarą wandali. A od chwili założenia księgarni obowiązuje mnie, jak każdego kupca, ubezpieczenie „od objawów niezadowolenia ludowego”.

Andrzej Dobosz

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl