Jedwabne, Zagłada, pamięć

 

Poza zbiorowym oskarżeniem i narodową apologią

Jedwabne bez stereotypów

Z prof. TOMASZEM SZAROTĄ, historykiem II wojny światowej, rozmawiają Agnieszka Sabor i Marek Zając

 

TYGODNIK POWSZECHNY: – Panie Profesorze, śledząc dyskusje historyczne ostatnich 10 lat można odnieść wrażenie, że świat patrzy na historię II wojny światowej, a nawet na historię całej 2. połowy XX w., niemal wyłącznie z perspektywy Holocaustu, traktując Zagładę Żydów jako główny punkt odniesienia, także w aspekcie politycznym i moralnym.
TOMASZ SZAROTA: – Dla niektórych historyków Zagłada Żydów jest wydarzeniem, którego skala przyćmiewa wszystko inne. I rzeczywiście, żaden naród nie może porównywać swego cierpienia z Żydami, gdyż dla nazistów każdy Żyd z racji pochodzenia skazany był na śmierć. W tym sensie nadużyciem jest mówienie choćby o Holocauście Polaków, choć Richard C. Lukas swą książkę o Polakach pod niemiecką okupacją, wydaną w Stanach Zjednoczonych w 1986 r., zatytułował właśnie „Zapomniany Holocaust”. 
Dziś można już mówić o zjawisku „kosmopolityzacji” pamięci o Holocauście. Takiego określenia użył izraelski socjolog Natan Sznaider, który zresztą 10 lipca ubiegłego roku uczestniczył w uroczystości w Jedwabnem. Pojawia się też termin „globalizacja pamięci Holocaustu”.
Trzeba zarazem być świadomym, że sytuowanie wszystkich tragedii świata tylko w kontekście Holocaustu może doprowadzić do tego, że cierpienia innych narodów podczas II wojny światowej w ogóle przestaną odgrywać jakąkolwiek rolę. Że tak się już w jakiejś mierze dzieje, dowodzą reakcje Niemców na naszą debatę o Jedwabnem: czytając niemieckie komentarze – nie wszystkie, ale wiele z nich – miałem wrażenie, że w świadomości ich autorów jedynymi ofiarami II wojny światowej są dziś Żydzi, i że nie ma w ogóle innych ofiar hitleryzmu czy stalinizmu poza tymi, które należały do narodu żydowskiego. Takiego kształtu pamięci o II wojnie światowej nie sposób zaakceptować.

„LUDZIE LUDZIOM...”
W debacie wokół Holocaustu wciąż powraca pytanie, w jakiej mierze jego sprawcami byli przede wszystkim Niemcy, a jaką odpowiedzialność ponoszą inne narody. 
– Wydane w 1946 roku „Medaliony” Zofii Nałkowskiej opatrzone były mottem: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Gdyby istniał wówczas w Polsce jakiś instytut badania opinii publicznej i gdyby spytano Polaków, czy ich zdaniem stwierdzenie to jest prawdziwe, większość przyznałaby zapewne rację innej opinii: że to „Niemcy ludziom zgotowali ten los”. 
Dziś sytuacja jest inna. Historiografia lat 90. zmieniła myślenie o Holocauście: teraz podkreśla się, że nie tylko na Niemcach ciąży odpowiedzialność za Zagładę, bo w wielu narodach znaleźli oni pomocników. Co więcej, już nie sama walka z hitleryzmem, ale stosunek do Żydów zaczyna być główną miarą moralności w czasach II wojny światowej. W oczach współczesnych winni stają się nie tylko ci, którzy mordowali, ale także ci, którzy obojętnie patrzyli na Zagładę. Np. we Francji oskarża się nawet Jeana-Paula Sartre’a i Simone de Beauvoir o to, że nie reagowali na aresztowania swoich żydowskich przyjaciół.
– W ostatnich latach w niemal wszystkich okupowanych przez Niemcy krajach historycy badający Holocaust akcentują, że ich rodacy nie mają czystych rąk.
To przede wszystkim młode pokolenie historyków chce poznać także tę gorzką prawdę. Przykładów jest wiele. W 1997 r. ukazała się w Holandii książka Nandy van der Zee, o zagładzie tamtejszych Żydów. W książce tej niemal nie mówi się o... Niemcach, za to pod pręgierzem postawieni są Holendrzy oraz kolaborujący z hitlerowcami Żydzi. Zdaniem autorki winę za śmierć Żydów ponosi także holenderska królowa Wilhelmina, która zamiast udać się na emigrację do Wielkiej Brytanii, powinna zostać ze swoim narodem i ochraniać Żydów. Ale taka teza to zupełny nonsens, bo np. król belgijski został w okupowanym kraju i nic z tego nie wynikło. 
– Na czym ma więc polegać współwina Holendrów?

– Holendrzy zorganizowali pierwszy strajk w obronie prześladowanych Żydów i to przynosi im chlubę. Ale z drugiej strony procent zamordowanych tam w czasie wojny Żydów zbliża się do poziomu z Polski i innych krajów Europy Wschodniej: zginęło 75 proc. holenderskich Żydów, gdy w kolaboranckiej Francji zamordowano 50 proc. żydowskiej społeczności. Po zdławieniu strajku z lutego 1941 r. Niemcom udało się po prostu złamać opór Holendrów. 
Przykład z Europy Wschodniej: łotewski historyk Andries Ezergailis wydał – równocześnie w Waszyngtonie i Rydze – książkę o zagładzie łotewskich Żydów. Konstatacje autora są przerażające: okazuje się, że połowę wymordowanych Żydów łotewskich (35 tys.) ma na sumieniu komando dowodzone przez Łotysza Viktora Arajsa. A pewien historyk z Islandii napisał w ukończonej niedawno pracy doktorskiej, że nawet Duńczycy – naród, jak się zdawało, nie mający nic wspólnego z Holocaustem – mają swoje czarne karty w historii II wojny światowej. 
Nadszedł czas, by spojrzeć prawdzie historycznej w oczy. Nie dotyczy to tylko II wojny światowej, ale także okresu powojennego. Jeśli chodzi o Polaków, to odwaga konfrontacji z czarnymi kartami naszej historii dowodzi normalności: unikanie tych kwestii było nie tylko świadectwem cenzury, ale także naszych kompleksów.
zeznanie świadka schapera
Współpracował Pan z Instytutem Pamięci Narodowej przy opracowywaniu „Białej Księgi”, w której znajdą się najważniejsze dokumenty oraz ustalenia w sprawie mordu w Jedwabnem. Co właściwie wydarzyło się tam 10 lipca 1941?
– W tej chwili jest za wcześnie, aby precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie. Jan Tomasz Gross, pisząc swoją książkę „Sąsiedzi”, był przekonany, że wie już wszystko. Dziś historycy wiedzą znacznie więcej, ale i tak wciąż jest więcej pytań niż odpowiedzi. Obawiam się, że całej prawdy o tym pogromie nie poznamy nigdy. Zaskakuje mnie, że Gross zupełnie ignoruje głosy, które pojawiły się po wydaniu „Sąsiadów”. Np. IPN chciał mu przekazać nowe materiały, jakie udało się zebrać i otrzymał od Grossa odpowiedź, że go to nie interesuje. Gross nie wprowadził też żadnych poprawek do wydania niemieckiego „Sąsiadów”, które ukazało się jesienią 2001, a więc po ekshumacji w Jedwabnem i pojawieniu się kilku ważnych relacji świadków wydarzeń. Poza jedną zmianą: zamiast „dokonało tego społeczeństwo” Gross napisał w wersji niemieckiej, że mordu dokonali „sąsiedzi”.
Śledztwo wkrótce się skończy. 
– Tak, ale trzeba mieć krytyczny stosunek do relacji zbieranych po kilkudziesięciu latach. Materiał zgromadzony przez prokuratora Radosława Ignatiewa, który przesłuchiwał świadków, nie ma zbyt wielkiej wagi, tym bardziej, że mamy do czynienia ze sprzecznymi relacjami. Większe znaczenie ma kilka dokumentów odnalezionych w archiwach niemieckich przez historyka Edmunda Dmitrówa. Jednak nawet nowe źródła nie wyjaśniają sprawy do końca.
Kilka dni temu media podały jednak informację o przesłuchaniu ważnego świadka: Hermanna Schapera, dowódcy komanda działającego latem 1941 w Łomżyńskiem. W niemieckim przesłuchaniu uczestniczył prokurator Ignatiew.
– Wieczorem 18 kwietnia Jolanta Pieńkowska przeprowadziła na ten temat wywiad w I programie TVP z Ignatiewem. Jestem pod wielkim wrażeniem jego spokojnej, rzetelnej postawy, która potwierdza moje wcześniejsze doświadczenia. 19 kwietnia skomentowała to wydarzenie, powołując się na PAP, „Gazeta Wyborcza”. Tego dnia w „Rzeczpospolitej” ukazał się też tekst Andrzeja Kaczyńskiego „Świadek Hermann Schaper”. Mój komentarz musi odnieść się do tych trzech doniesień.
„Gazeta Wyborcza” nie wspomina o tym, że postaci Schapera poświęcony został wielki tekst, opublikowany równolegle w „Rzeczpospolitej” i „Süddeutsche Zeitung” przez Thomasa Urbana. Ten niemiecki dziennikarz starał się – po konsultacji z Edmundem Dmitrówem, który odnalazł ślady Schapera w Ludwigsburgu – prześledzić losy tej postaci. Choć do samego Schapera nie udało mu się dotrzeć, zebrał o nim dużo materiału. Kilka miesięcy później okazało się, że Niemcy – z inspiracji IPN – odnaleźli tego człowieka. To ważne sprostowanie: nie IPN odnalazł świadka, ale Niemcy, po piśmie skierowanym do nich przez IPN. Następnie zaproszono prokuratora Ignatiewa do Niemiec, gdzie przedstawił listę pytań i uczestniczył w przesłuchaniu 91-letniego i schorowanego Schapera. Przesłuchanie trzeba było przerwać, gdy świadek źle się poczuł. W „Wyborczej” użyto sformułowania „unik gestapowca”, tymczasem Schaper, choć został powiadomiony, że może odmówić zeznań, starał się rzetelnie odpowiadać na wszelkie pytania, jak długo pozwalało mu na to zdrowie. „Wyborcza” ogłasza, z pewną kpiną, że nikt nie zdążył zapytać go o Jedwabne. Tymczasem Schaper daje do zrozumienia, że uczestniczył w jakiejś egzekucji, ale z tymi wydarzeniami nie ma nic wspólnego; że jego komando służyć miało innym celom, ale na tym terenie były jakieś inne komanda. I nie wyklucza, że obok aktów terroru ze strony ludności polskiej mamy tu do czynienia z działalnością innego niemieckiego oddziału.
Przesłuchanie Schapera stanowi piękny przykład polsko-niemieckiej współpracy w poszukiwaniu prawdy o tamtych tragicznych wydarzeniach. Od niemieckich prokuratorów powinni się jej uczyć niemieccy dziennikarze.
Jakie znaczenie ma to przesłuchanie?
– Jedna sprawa staje się ewidentna: to, że działały na tym terenie inne komanda. To z kolei stanowi pośredni dowód, że do tragicznych zdarzeń nie doszłoby, gdyby nie obecność Niemców, którzy w ten czy inny sposób zorganizowali pogrom. Ich liczebność była znacznie mniejsza niż myślano: kilkunastu, kilkudziesięciu, ale nie kilkuset żołnierzy. Osobnym problemem jest pytanie, czy tak niewielka grupa wystarczy, by w połączeniu z siłami zdesperowanej i krwiożerczej części mieszkańców doprowadzić do tego, co zdarzyło się w Jedwabnem.
Jeszcze jedna uwaga: Gross uważa (cytuję za „Wyborczą”) że są szanse, by w Niemczech odnaleźć fotografie i filmy robione przez Niemców w Jedwabnem. Otóż rzeczywiście mamy minimalne szanse na znalezienie jakichś fotografii, tak jak cudem odnalazły się zdjęcia z getta łódzkiego. Natomiast żadnego filmu ekipa niemiecka nie nagrywała w Jedwabnem. Na stu przesłuchanych świadków nie ma chyba ani jednego, który by potwierdzał, że Niemcy coś w Jedwabnem filmowali.

NIEMCY W JEDWABNEM?
Jaki był więc udział Niemców w pogromie?
– Jedwabne było jedną z tzw. „akcji samooczyszczających”, przeprowadzanych wówczas z niemieckiej inspiracji, pod niemieckim kierownictwem i z zapewnieniem bezkarności dla uczestników pogromu, ale sam pogrom dokonany był rękoma ludności miejscowej, w tym wypadku polskiej. Takie działania miały charakter propagandowy: miały dowodzić, że nienawiść do Żydów jest powszechna. Niemieckie oddziały specjalne Policji i Służby Bezpieczeństwa (Einsatzgruppen oraz Einsatzkommandos) otrzymały w 1941 r. rozkaz, aby organizować takie „akcje samooczyszczające”, nie zostawiając jakiegokolwiek śladu własnej roli i udziału. Trudno się więc dziwić, że w źródłach niemieckich materiałów obciążających winą Niemców jest tak niewiele.
Na procesie norymberskim nie postawiono zarzutów organizowania pogromów?
– W Norymberdze przed Amerykańskim Trybunałem Wojskowym odbyły się także procesy zbrodniarzy wojennych – dowódców Einsatzgruppen i Einsatzkommandos. W kwietniu 1948 r. w tzw. „Fall 9” odczytano uzasadnienie wyroków. Jeden z rozdziałów zatytułowany był „Podżeganie do pogromów”. Czytamy w nim, że „niektóre Einsatzkommandos dokonały zbrodni, która z punktu widzenia moralności była może jeszcze większa niż popełnione przez nie morderstwa. Było to podżeganie ludności do lżenia, maltretowania i zabijania współobywateli”. Szkoda, że w trakcie dyskusji o Jedwabnem dokument ten nigdy nie był wspominany.
Czy władze Polski Podziemnej zdawały sobie sprawę z tej niemieckiej taktyki?
– 23 czerwca 1941 roku, nazajutrz po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej, premier Władysław Sikorski i minister Stanisław Kot podpisali „Instrukcję dla Kraju nr 2”. Dwa dni później wysłano ją do okupowanej Polski, do komendanta Związku Walki Zbrojnej gen. Stefana Roweckiego oraz do Delegata Rządu na Kraj Cyryla Ratajskiego. Oto jej fragment: „Rząd kładzie wielki nacisk na konieczność ostrzeżenia społeczeństwa, aby nie ulegało podżegaczom niemieckim do czynnych wystąpień przeciwko Żydom na ziemiach zwolnionych z okupacji sowieckiej”. A więc podziemie miało świadomość, co Niemcy zamierzają.
I jeszcze jeden dokument, fragment tekstu wydrukowanego w „Prawdzie”, konspiracyjnym organie katolickiego Frontu Odrodzenia Polski, redagowanym przez Zofię Kossak-Szczucką. Pismo zaczęło się ukazywać w kwietniu 1942, a cytat pochodzi z drugiego numeru, z maja 1942: „Paląca staje się kwestia demoralizacji, zdziczenia, jaką rzezie żydowskie wprowadzają wśród nas. Nie sami bowiem szaulisi [litewscy – TS], volksdeutsche lub Ukraińcy używani są do potwornych egzekucji. W wielu miejscowościach (Kolno, Stawiski, Jagodne, Szumów, Dęblin) w masakrze brała udział na ochotnika miejscowa ludność. Przeciw podobnej hańbie trzeba przeciwdziałać wszelkimi dostępnymi środkami. Uświadamiać ludzi, że stają się Herodowymi siepaczami, piętnować w tajnej prasie, nawoływać do bojkotowania katów, grozić, zapowiadać na morderców surowe sądy wolnej Rzeczypospolitej”. 
Wymienione w tekście Kolno i Stawiski to znane miejsca pogromów. Jagodne to, moim zdaniem, przekręcona nazwa Jedwabnego. O Szumowie i Dęblinie nie znalazłem informacji.
Czy są inne poszlaki, że pogromem w Jedwabnem kierowali Niemcy? 
– Tak, choćby zniszczenie pomnika Lenina: na całej Białostocczyźnie niszczono wówczas sowieckie pomniki z niemieckiego rozkazu. Uwagę zwraca też fakt zmuszania Żydów do czyszczenia rynku. Otóż ja nie wyobrażam sobie, aby tamtejszym Polakom przeszkadzała jakaś trawa, rosnąca wśród kamieni... To jest typowa hitlerowska mania: Żyd kojarzy się z brudem i należy go uczyć porządku. Już po Anschlussie Austrii zaganiano Żydów, aby szczoteczkami do zębów czyścili wiedeńskie chodniki. 
Inny przykład: wiemy, że niemożliwe było spalenie w stodole Śleszyńskiego aż (jak twierdził Gross) 1600 Żydów. Ekshumacja, choć niepełna ze względu na protest rabinów, pozwoliła na zredukowanie liczby ofiar do maksimum 400 – choć w aspekcie moralnym nie o liczbę tu chodzi, bo w pogromie kieleckim zginęły 42 osoby, a wydarzenie to weszło do encyklopedii. Nieprawdopodobne jest, aby tak wielki pożar stodoły (świadkowie widzieli wybuch i słup ognia) można było wywołać przy pomocy 8 litrów nafty czy ropy. To musiała być benzyna, a tę prawdopodobnie dostarczyli Niemcy. 
Jeśli nie Schaper, to kto?
– Na tym terenie działało też tzw. „Komando Białystok”. Ważną postacią jest tu Wolfgang Birkner. Na to nazwisko natknąłem się w jednym z artykułów Waldemara Monkiewicza i zacząłem szukać jego śladów. Wziąłem do ręki książkę Władysława Bartoszewskiego „Warszawski pierścień śmierci” i „Pawiak – więzienie gestapo” R. Domańskiej. I wkrótce sporo już wiedziałem o Birknerze: we wrześniu 1939 ten zdolny oficer gestapo był w Einsatzgruppe IV, która działała na Białostocczyźnie. W październiku 1939 r. został przeniesiony do Warszawy. I sprawa najważniejsza: 3 lipca 1941 r., stanąwszy na czele jednego z czterech utworzonych tu oddziałów, wyjechał z Warszawy do Białegostoku, aby wesprzeć działającą na tym terenie Einsatzgruppe B. Gross stwierdza, że ta Einsatzgruppe 10 lipca była już w Mińsku. Ale nie wie, że Birkner miał rozkaz pozostać w rejonie Białegostoku. Takie informacje znalazłem w wydanej w Niemczech w 1997 r. dokumentacji działań Einsatzgruppen, której Gross nie zna.
Natomiast gdy w 1963 r. prowadzono w Izraelu śledztwo, dotyczące zbrodni SS-Obersturmführera Hermanna Schapera, niejaka Chaja Finkelsztein, ocalała z pogromu w Radziłowie koło Jedwabnego, rozpoznała jego fotografię wśród 20 innych i wskazała jako kierującego akcją. Pogrom w Radziłowie miał miejsce 7 lipca 1941 r. i jego scenariusz był identyczny jak w Jedwabnem: spędzenie na rynek, stodoła, spalenie. Co prawda w berlińskim Document Center zachowała się fotografia Birknera, który zginął na froncie 24 marca 1945 r., ale nigdy nie pokazano jej świadkom wydarzeń w Jedwabnem.
A udział Polaków? Czy w pogromie uczestniczyła „społeczność Jedwabnego”, jak dowodził Gross, czy tylko jednostki, męty społeczne, jak napisał w 1966 r. Szymon Datner w „Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego”?
– Zdaniem Grossa w mordzie w Jedwabnem uczestniczyła połowa dorosłych mieszkańców miasta. W rzeczywistości było to ok. 40 osób, które – moim zdaniem dzięki poparciu Niemców – sterroryzowały resztę. Niestety, nie wiemy, ilu ludzi było tego dnia w Jedwabnem, bo do miasteczka przybyło sporo przyjezdnych. 
Czy to był tylko motłoch? Nie. Wśród uczestników pogromu były także ofiary prześladowań sowieckich. Niektórzy dopiero co wydostali się z więzienia NKWD w Łomży, inni wyszli z lasu, jeszcze inni mieli w pamięci sowieckie deportacje, a ostatnia ich faza miała przecież miejsce w czerwcu 1941. Ci ludzie nienawidzili komunistów, a wierzyli w hasło „żydokomuny”. Nie bez znaczenia jest fakt, że stryjenka braci Laudańskich, którzy występują w zeznaniach jako prowodyrzy tłumu, została kilka miesięcy wcześniej zamordowana przez Sowietów. Jeżeli Gross twierdzi, że żaden Żyd z Jedwabnego nie współpracował z tamtejszym NKWD, to sam sobie przeczy, bo wcześniej sam wymieniał tamtejszego Żyda, który wydawał Polaków Sowietom. Nie znaczy to, że z Rosjanami nie kolaborowali i Polacy. A postawie części Żydów wobec ZSRR też nie można się dziwić, bo w II Rzeczypospolitej nie byli oni równoprawnymi obywatelami i witali Sowietów jak wyzwolicieli. Potem, po rządach sowieckich, Polacy witali tak z kolei Niemców. Obie strony szybko się rozczarowały!
Idźmy dalej: wydarzenia w Jedwabnem łudząco przypominają to, co zdarzyło się w Radziłowie trzy dni wcześniej. 5 lipca doszło do podobnych wydarzeń w Wąsoszu. W wielu miejscowościach na terenie Białostocczyzny w czerwcu, lipcu, prawdopodobnie jeszcze do września dochodziło do napaści na ludność żydowską: do bicia, mordowania, grabienia. Wszystkie te wydarzenia miały miejsce na terenach, które w latach 1939-1941 znajdowały się pod okupacją sowiecką. Czy wiedziano tutaj o grozie okupacji niemieckiej w Generalnym Gubernatorstwie? Co docierało z Krakowa do Wilna i Lwowa? Niewiele o tym wiemy. Nie jest wykluczone, że łudzono się, iż Niemcy rzeczywiście wyzwalają polskie Kresy od komunistów.
Podkreślam jednak: w żaden sposób nie chcę usprawiedliwiać barbarzyństwa. Rozjuszony tłum dokonał mordu na niewinnych. Wśród ofiar były kobiety, dzieci. 12-letniej dziewczynce obcięto głowę. Ale abstrahowanie od historycznego kontekstu prowadzi donikąd. Historyk musi się dowiedzieć „jak było” i zrozumieć. A zrozumieć wcale nie znaczy aprobować czy usprawiedliwiać. 
Czym różni się mord w Jedwabnem od opisywanych przez Pana Profesora w książce „U progu Zagłady” pogromów z lat 1940–1941 w okupowanej Warszawie, Paryżu, Hadze, Amsterdamie i Antwerpii?
– Wśród historyków trwa do dziś spór, kiedy Niemcy podjęli decyzję o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Przez wiele lat zakładano, że stało się to w styczniu 1942 r. na konferencji w berlińskiej willi w Wannsee. Dziś nie ma wątpliwości, że decyzja zapadła wcześniej. Niemiecki historyk młodego pokolenia Christian Gerlach twierdzi, że Hitler podjął decyzję o Endlösung w momencie wybuchu wojny amerykańsko-japońskiej w grudniu 1941 r. W mojej książce udowadniam, że doszło do tego przed wybuchem wojny z ZSRR. Jedwabne było pierwszym etapem realizacji Holocaustu – dokonywanego na Białostocczyźnie, Litwie, Łotwie, Białorusi, Ukrainie czy w Mołdawii – także rękami tamtejszych mieszkańców. Później wkroczyła niemiecka organizacja: powstały getta, likwidowano poszczególne grupy ludzi, wreszcie zbudowano komory gazowe. 
Natomiast wcześniejsze pogromy w Warszawie, Paryżu, Hadze, Amsterdamie i Antwerpii miały miejsce przed podjęciem decyzji o „ostatecznym rozwiązaniu”, gdy jeszcze Niemcy całkiem realnie myśleli o wysłaniu Żydów na Madagaskar. To była jakby kontynuacja „Nocy Kryształowej”, pogromu Żydów w Niemczech w listopadzie 1938.

„NIEMCY? A KOGO TO OBCHODZI!”
Jesienią 2000 roku, kiedy w Polsce zaczynała się dyskusja wokół Jedwabnego, krytykował Pan na łamach „Gazety Wyborczej” pracę Grossa. Jak dziś ocenia Pan Profesor tę książkę?
– „Sąsiedzi” robią na czytelniku wstrząsające wrażenie, także za sprawą zdjęć zamordowanych. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do anonimowości ofiar II wojny światowej. Na wszechobecnych w Warszawie tablicach poświęconych rozstrzelanym Polakom nie ma nazwisk. W Palmirach zginęło 5 tys. ludzi. Znamy nazwiska tylko 2,5 tys., a pamiętamy zaledwie kilka: Kusocińskiego, Rataja, Niedziałkowskiego. Pod Paryżem jest miejsce straceń porównywalne z Palmirami – Mont-Valérien, gdzie Niemcy rozstrzeliwali członków francuskiego ruchu oporu. Znamy nazwiska zabitych, datę urodzenia, zawód. Tymczasem wielu Polaków i prawie wszyscy zgładzeni Żydzi nie mają w ogóle grobów.
Co do charakteru tej książki: dla mnie „Sąsiedzi” to ważny esej, zmuszający historyka do podjęcia badań. Gross uważa, że napisał poważne dzieło naukowe, a moim zdaniem nie ma fachowego przygotowania do napisania pracy historycznej, spełniającej wymagania warsztatowe tej dyscypliny. On jest socjologiem i nigdy nie nauczył się warsztatu historyka: poszukiwania źródeł, ich oceny. Tymczasem nasze, tzn. historyków, zarzuty i uwagi krytyczne odczytuje jako przejaw zakorzenionego w Polakach antysemityzmu. Gross nie może zrozumieć, dlaczego nikt wcześniej nie zajął się Jedwabnem – przecież, mówi, wystarczyło tam pojechać, pójść do knajpy i porozmawiać z ludźmi. Na to odpowiadam: nie pisze się historii, jeżdżąc po barach. To jest właśnie kwestia warsztatu.
Przypuszczam, że „Sąsiedzi” mogli minąć bez echa, tak jak poprzednia książka Grossa „Upiorna dekada”. Ale w maju 2000 r. Andrzej Kaczyński z „Rzeczpospolitej” przeczytał tekst Grossa w książce „Europa prowincjonalna”, wydanej na cześć prof. Tomasza Strzembosza i był tak przerażony, że pojechał do Jedwabnego, by zapytać ludzi, czy to prawda. Niestety, otrzymał potwierdzenie. I wtedy napisał w „Rzeczpospolitej” tekst „Całopalenie”. „Gazeta Wyborcza” do listopada 2000 r. nie poświęciła „Sąsiadom” nic, poza krótką notą. Sytuacja zmieniła się, gdy Adam Michnik dowiedział się, że przygotowywane jest amerykańskie wydanie „Sąsiadów”. I obawiając się skandalu na skalę światową (np. oskarżeń, że Polacy nie chcą dyskutować o ciemnych stronach swej historii), doszedł do wniosku, że „Wyborcza” nie może milczeć.
Niektórzy uczestnicy dyskusji twierdzili, że po „Sąsiadach” trzeba zreformować polską historiografię: inaczej pisać o historii Polski.
– Jeden z rozdziałów „Sąsiadów” nosi tytuł „Potrzeba nowej historiografii”. Gross występuje tam jako nauczyciel niezbyt rozgarniętych uczniów, którym pokazuje drogi, jakimi powinni się poruszać, by nauka polska stanęła na wysokości zadania i wreszcie stworzyła uczciwą historiografię... Gross jest przekonany, że stworzył nową historiografię. Łagodnie mówiąc, jest to megalomańskie. Zupełnie wystarczy postulat dalszych badań nad dziejami nie tylko Holocaustu, ale w ogóle II wojny światowej – ileż tam jeszcze białych plam! 
W niemieckich komentarzach czytaliśmy, że to, co dzieje się w Polsce wokół Jedwabnego, jest sporem historyków. Otóż nie: mieliśmy do czynienia z wielką debatą publicystyczną, politologiczną, moralną, psychologiczną – ale na pewno nie z debatą naukową historyków. Po wydaniu „Sąsiadów” w Niemczech ze zdumieniem przeczytałem w tygodniku „Der Spiegel”, że „Sąsiedzi” to jedna z najważniejszych książek historycznych napisanych w Europie po upadku komunizmu. 
Niemieckie reakcje na „Sąsiadów” i Jedwabne wywołały w Polsce sporo emocji.
– Nie bez racji. Zaskakująca jest interpretacja wydarzeń jedwabieńskich i toczącej się w Polsce dyskusji przez część prasy niemieckiej. Zwrócił na to uwagę w swym świetnym i uczciwym artykule „Co komu przystoi” Joachim Trenkner (,,TP” z 9 grudnia 2001). Otóż mord w Jedwabnem upoważnia niektórych niemieckich publicystów do twierdzenia, że wydarzenia te rozbijają, zupełnie ich zdaniem nieuzasadniony, mit Polaków jako „narodu ofiar”. I czynią z nas współsprawców Zagłady i kolaborantów, a nie ofiary hitlerowskiego barbarzyństwa i walczących z hitlerowskim okupantem „niepokornych”. W Niemczech konsekwencją tak interpretowanej dyskusji o Jedwabnem jest uogólnienie postaw – winni nie są już jacyś sąsiedzi, ale polskie społeczeństwo, naród, Polacy. 
Tymczasem ważną kwestią są proporcje. Dla mieszkańca Melbourne czy Nowego Jorku nazwa Jedwabne może dziś znaczyć niemal tyle co Auschwitz, Treblinka i Majdanek. Przyjechało do mnie kiedyś dwóch dziennikarzy z Ameryki, by porozmawiać o Jedwabnem. Zapytałem, czy mówi im coś nazwa Babi Jar. Popatrzyli na mnie ze zdziwieniem: „Co to ma wspólnego z Jedwabnem?”, zapytali. Nic, powiedziałem, poza tym, że w ciągu dwóch dni zamordowano tam 33 tys. ludzi. Zapytali: „Co? Gdzie?”. Mówię: Niemcy zamordowali w Babim Jarze 33 tys. Żydów. Padła odpowiedź: „Niemcy? A kogo to obchodzi?”.

KOMPLEKSY I TOŻSAMOŚĆ
Jak zatem oceniać postawę Polaków wobec Żydów w czasie wojny?
– Raul Hilberg, pisząc o Holocauście, wyodrębnia trzy kategorie: sprawców, ofiary i świadków (gapiów). Polacy zaliczani byli dotąd do ostatniej grupy, a szmalcowników traktowano jako margines. Intencja książki Grossa jest taka: nie wolno zatrzymać się na tezach Jana Błońskiego z tekstu „Biedni Polacy patrzą na getto” z 1987 r., bo Polacy są nie tylko biernymi świadkami, ale także pomocnikami kata.
A było inaczej. W mojej książce „Okupowanej Warszawy dzień powszedni” przytaczam analizę dokonaną przez Delegaturę Rządu na Kraj w połowie 1942 r. i zatytułowaną „Trzy Warszawy”. Zakładając, że oceniano postawę ok. miliona warszawiaków, szacowano wówczas, że „Warszawę haniebną” reprezentuje 5 proc. jej mieszkańców, „Warszawę państwa Kowalskich” (bierni) 70 proc., a „Warszawę walczącą i heroiczną” 25 proc. Pewną część z tych „haniebnych” stanowili szmalcownicy, a wśród 250 tys. walczących z Niemcami z pewnością było trochę takich, którzy pomagali Żydom. Ale tylko część z nich otrzymała medal Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata.
Jaki wpływ na tożsamość Polaków miała debata o Jedwabnem?
– Pogłębiła kryzys naszej tożsamości narodowej, który trwa od dziesięcioleci. Niedawno „Rzeczpospolita” opublikowała serię tekstów pod znamiennymi tytułami: Andrzej Nowak stawiał pytanie „Westerplatte czy Jedwabne?”, Paweł Machcewicz z IPN odpowiadał „I Westerplatte, i Jedwabne”. Wreszcie ukazał się artykuł Tomasza Merty „Wspólnota potrzebuje ideałów”: zdaniem autora nie można bez przerwy mówić narodowi, że jego historia jest pasmem czynów haniebnych. I Merta ma świętą rację. 
We „Wprost” w związku z debatą o Jedwabnem wyliczano wszystkie grzechy, popełnione wobec Ukraińców, Niemców, Żydów. To wszystko prawda, tyle że nasze społeczeństwo nie jest jeszcze na tę prawdę przygotowane, choć elity intelektualne są innego zdania. Bo żeby stanąć twarzą w twarz z tą prawdą, trzeba mieć zdrową, zrównoważoną świadomość naszych zalet i wad, naszych kart bohaterskich i popełnionych przez nas przewinień, a nawet zbrodni. A tymczasem my za głęboko tkwimy w kompleksach. 
Jakich kompleksach?
– Nasza megalomania narodowa to przecież przejaw negatywnego autostereotypu: braku dumy narodowej. Potwierdzają to badania socjologiczne. W naszym mniemaniu Żydzi i Niemcy posiadają cechy, których nam brakuje: chcielibyśmy być przedsiębiorczy, schludni itd. Bez zlikwidowania kompleksów nasz naród dalej będzie ksenofobiczny. By żyć w zgodzie z innymi, trzeba uwierzyć we własną wartość. Tymczasem debata wokół Jedwabnego doprowadziła do tego, że Polacy utwierdzili w sobie to, co czuli już wcześniej: poczucie wstydu. Nie jestem np. pewien, czy poparcie dla Ligi Polskich Rodzin w ostatnich wyborach nie było w jakiejś mierze przekorną reakcją na debatę o Jedwabnem, podczas której – tak mogła ją odbierać część społeczeństwa – próbowano nam wmówić, że „jedziemy na jednym wózku hańby z Niemcami”.
Czy sugeruje Pan Profesor, że należało w jakiś inny sposób mówić o Jedwabnem? 
– Jako historyk muszę szukać prawdy. Jest jednak różnica między badaniem przebiegu dziejów a sposobem mówienia o nich oraz przekazywanym społeczeństwu wzorcem tradycji narodowej. Ta tradycja narodowa ma także uczyć o popełnionych grzechach i błędach – to jasne. Ale błędy nie mogą przysłonić osiągnięć. Nie wolno patrzeć na Polaków tylko przez pryzmat Kielc i Jedwabnego. 
Jako historyk zajmowałem się także badaniem stereotypów. Dzisiaj obawiam się, że „sprawa Jedwabnego” bynajmniej nie poprawiła, i tak niezbyt pozytywnego, obrazu Polski w świecie...
Błąd tkwił może więc nie w samej debacie, ale w jej formie: czasem można było odnieść wrażenie, że mało kogo obchodzi prawda, a jedynie udowodnienie słuszności z góry zakładanych tez.
– Jan Tomasz Gross zachowywał się czasem jak ktoś, kto sądzi, że ustąpienie choćby o milimetr od przyjętej raz linii podważy wiarygodność całej jego książki... To nie był poważny spór naukowy.
Jego co bardziej radykalni adwersarze nie zachowywali się jednak lepiej.
– Oczywiście: z góry zakładali, że wszystko, co napisano w „Sąsiadach”, to kłamstwo, wymyślone tylko po to, aby zaszkodzić narodowi polskiemu. Mam nadzieję, że po wydaniu przez IPN „Białej Księgi” o mordzie w Jedwabnem rozpoczniemy może wreszcie rzetelną dyskusję historyczną. 
Jednocześnie musimy przyznać, że nasi rodacy dopuścili się wtedy haniebnych czynów. I nie zmieni się to nawet wówczas, gdy pewnego dnia znajdziemy, być może, dokumenty potwierdzające, że za pogromem z 10 lipca 1941 roku stało niemieckie komando. 

 


Prof. Tomasz Szarota, ur. w styczniu 1940 r., jest synem Rafała Marcelego Blütha, rozstrzelanego przez Niemców w listopadzie 1939 r., związanego z Laskami literaturoznawcy i publicysty katolickiego czasopisma ,,Verbum”. Od przeszło 30 lat badając dzieje okupacji hitlerowskiej, zajmuje się życiem codziennym w Warszawie i w innych okupowanych stolicach oraz ruchem oporu (napisał m.in. biografię dowódcy AK gen. Stefana Roweckiego „Grota”). Za swoją ostatnią książkę „U progu zagłady. Zajścia antyżydowskie i pogromy w okupowanej Europie” otrzymał nagrodę tygodnika „Polityka” i nominację do nagrody „Nike”. Inną dziedziną jego badań są stereotypy narodowe (jest m.in. autorem książki o symbolicznej postaci „niemieckiego Michela”). W Instytucie Historii PAN w Warszawie kieruje Pracownią Dziejów Polski po 1945 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl