Wyznanie

Barbara Skarga



Przyznam się, że po ubiegłorocznych uroczystościach w Jedwabnem zdenerwowały mnie niektóre wypowiedzi. Ktoś stwierdził, że nigdy nie czuł się tak upokorzony, ktoś inny dowodził, że przepraszać powinni raczej Żydzi. Ludność Jedwabnego zbojkotowała uroczystość. Zbojkotowała ją również prawica, nie licząc się z faktem, że w ten sposób dostarcza argumentów tym, którzy oskarżają ją o zakorzeniony w jej mentalności ludowy antysemityzm. Nie chcę wchodzić w zawiły splot różnych przyczyn, zwłaszcza politycznych. Fakty są jednak wymowne i mówią one coś o narodzie, o jego wyobrażeniach, o jego opiniach.



I właśnie o niektóre z tych opinii mi chodzi, nie wydają się one bowiem przypadkowe. Przeciwnie, sięgają korzeniami głęboko w tradycję. Chodzi więc o sam akt przyznawania się do winy: co się zazwyczaj o nim myśli, jak się ten akt rozumie i traktuje. Chcę też przyjrzeć się pokrótce jego rozmaitym sensom. W potocznym życiu wszystkie jego sensy się mieszają, nakładają na siebie i mało kto dostrzega dzielące je różnice. Wydaje się, że przeważa jedno charakterystyczne rozumienie, nazwijmy je modelowym. Zgodnie z nim przyznawanie obowiązuje tylko grzesznika, to on musi przyznać się do winy, jeżeli chce ją zmazać. I to „musi” obowiązuje bez względu na to, czy ktoś miał złe myśli, zabił, ukradł samochód czy jabłka w ogrodzie sąsiada. Pochopny to wniosek, fałszywy i ponadto niebezpieczny.

We władzy innego

Jak się zrodził ten modelowy sens przyznawania się? Nie wiem. Narzucają mi się jednak następujące konstatacje: Michel Foucault w 1980 r. wygłosił wykład „Le Gouvernement des vivants” poświęcony różnym chrześcijańskim praktykom przyznawania się do winy, praktykom najczęściej zrytualizowanym, jak spowiedź, wyznanie wiary, katecheza, pokuta itp. Nie znam tego wykładu. Z tego jednak, co pisze o nim znawca filozofii Foucault Frederic Gros, chodziło w nim o ukazanie, w jaki sposób w pierwszych monastycznych wspólnotach rodził się przymus mówienia o swych czynach i myślach, oraz jaką formę to przyznawanie się przyjmowało w zależności od tego, do kogo było skierowane. Zwykle kierowano je do kogoś wyższego, mistrza lub zwierzchnika, w grę wchodził także Diabeł (gdyż i on może czegoś wymagać i wpływa na myśli i słowa) oraz śmierć, w jej bowiem obecności przyznanie bywało najgłębsze i pociągało nieraz za sobą praktyki zmierzającego do pełnego wyrzeczenia się siebie. Skoro kat stał nad głową, nie pozostawało nic więcej, jak poddać się wymaganiom najcięższej pokuty. Zresztą przyznanie zawsze prowadziło do pokuty, a wszystkie procedury pokutne, mające stanowić dowód naszego absolutnego posłuszeństwa, obwarowano szeregiem reguł mających zaświadczyć nie tylko o poddaniu się woli przełożonych, lecz także o odsłonięciu prawdy, i to nie tylko prawdy w związku z jakimś czynem lub myślą, lecz całej prawdy o sobie. Przyznanie się, według Foucaulta, oznacza pełne podporządkowanie jednostki przez nakaz stałej introspekcji i wypowiadania prawdy o sobie. W ten sposób bezwarunkowe posłuszeństwo, nieprzerwane badanie siebie i przyznawanie zostały nierozerwalnie powiązane. Przeznaczeniem podmiotu ludzkiego w kulturze europejskiej, podmiotu pragnącego żyć w prawdzie, stało się posłuszeństwo. Jestem w prawdzie tylko wówczas, gdy poddaję się Innemu. Innego pisze Gros dużą literą, zapewne więc chodzi tu o Boga, ale także diabła i śmierć, a również o tyrana spowiednika, któremu penitent poddaje się wierząc, że to przez niego spełnia się boska wola.
Nie będę się wdawać w dyskusję z Foucaultem. Nie mam za sobą studiów historycznych, by jego tezy odrzucić lub potwierdzić. Jednakże chcę się tej kwestii przyjrzeć ze zgoła innego punktu widzenia, który uchodzi zazwyczaj uwagi. Niektóre stwierdzenia Foucaulta wydają mi się trafne, jak i trafny jest wybór przedmiotu badania. Pytanie o sens przyznania jest dziś niezmiernie aktualne, staje się bowiem aktem nie tylko grzesznej jednostki, lecz także instytucji i społeczeństw. Dostrzegamy, że coś w europejskiej polityce drgnęło, jakby zaczęło się budzić sumienie całych wspólnot. Dał temu przykład Papież, przyznając się w imieniu Kościoła do zbrodniczych nadużyć inkwizycji, do krzywdzącej polityki wobec Żydów. Amerykański prezydent przeprasza Murzynów za cierpienia niewolnictwa. Unia Europejska gotowa jest przeprosić Afrykę za wieki kolonializmu i eksploatacji, my pamiętamy o Jedwabnem. Ile w tych wszystkich aktach tkwi czystej hipokryzji lub politycznego pragmatyzmu, a ile szczerości, trudno osądzić, choć rzuca się w oczy, że na ogół przyjmują one charakter uroczysty i formalny, a nawet wręcz ceremonialny. W ten sposób podkreśla się znaczenie tych aktów, jest jednak wątpliwe, czy przynoszą one rzeczywiście głębsze zmiany w mentalności uczestniczących w nim ludzi. Nie trzeba się zatem dziwić, że traktowane są jako puste gesty. Gorzej, że niekiedy reakcje są poważniejsze. Niektórzy bowiem dostrzegają w tych aktach fałsz, a nawet przejaw niesprawiedliwości. Akty te przyjmują bez aprobaty. Przeciwnie, budzą one niechęć nie z powodu owej celebracji, lecz samego sedna rzeczy, co świadczy nie tylko o braku zrozumienia, ale też, jak sądzę, o nawykach myślowych zakorzenionych w tradycji. Z czym bowiem akt przyznania się kojarzy? Być może Foucault ma rację, gdy pisze, że w akcie przyznania się widzi do dziś skrępowanie grzesznika na siłę w „kamizeli prawdy”, która, choć bywa tylko duchowej natury, niemniej pozostaje totalna. Nadal zatem przyznanie się do winy wiążemy z nieustannym przymusem i upokorzeniem. Jeśli takie skojarzenia tkwią w świadomości ludzi, nie mogą oni dostrzec ani jego walorów politycznych, ani etycznych i trudno im zrozumieć fakt, że przyznanie może mieć zgoła inny sens, że w innych okolicznościach może być zalążkiem wielkiego dobra, a czasem narodowej chwały.

Przyznanie, uznanie, wyznanie

W języku polskim operujemy kilkoma słowami nieraz zamiennie, choć ich znaczenie nieco się różnią. Mówimy zatem o przyznaniu, uznaniu, wyznaniu. Jest także zeznanie, ale potraktuję je jako odmianę przyznania. Wszystkie mają rdzeń: znać, we wszystkich chodzi o wyrażenie jakiejś poznanej treści, jakiejś prawdy. Nie biorę pod uwagę innych słów spokrewnionych z wyżej wymienionymi, takich jak rozeznanie, doznanie, zapoznanie itp., dotyczą one bowiem rozmaitych sposobów poznawania tej prawdy, a nie takie lub inne jej wypowiedzi. A właśnie chodzi mi tylko o tę wypowiedź i o fakt, że w każdym z tych słów (przyznanie, uznanie, wyznanie) przybiera ona inny kształt, nie obojętny dla zdobywającego się na nią podmiotu.
Nasuwają mi się tu następujące uwagi. Po pierwsze, wyrażana treść, ta prawda, nie musi się wiązać zawsze z popełnioną winą, zwłaszcza w uznaniu i wyznaniu. Mówimy wszakże: uznaję, że ten ktoś postąpił słusznie, uznaję jego zasługi lub talent, uznaję przedłożone przez niego racje itd. Wyznawać zaś mogę miłość, moje najgłębsze przeżycia, niepokoje, wątpliwości. Wydaje się, że także przyznawanie się może być neutralne etycznie. Mogę się wszakże przyznawać do najrozmaitszych spraw, do takich lub innych gustów lub zamiłowań, do planów i projektów, do niechęci, antypatii lub sympatii. Jednakże przedrostek „przy-” jest znaczący, wskazuje, że przyznanie ma charakter potwierdzenia jakiejś opinii o mnie, że ktoś coś o mnie sądzi, coś mi przypisuje, a może zarzuca. Natychmiast tę opinię staram się prostować, wyjaśniać, udzielać jakiejś informacji innym, ale nie jest to informacja wymuszona. Żadne zatem z tych słów, także „przyznanie”, nie są powiązane koniecznym węzłem z grzechem lub błędem. Zawsze są natomiast potwierdzeniem jakiejś prawdy, bez wątpienia subiektywnej, którą niekiedy ktoś mi sugeruje, najczęściej jednak jakoś sam ją rozeznałem.
Nie ulega jednak wątpliwości, że „przyznanie” najczęściej kojarzy się z winą. Ale nie tylko z winą. Przyznanie traci sens, jeżeli nie towarzyszy mu żal, świadomość, że się postąpiło źle, że się nie miało racji, że trudno jest postępek usprawiedliwić. Nie ma przyznania bez ekspiacji, bez skruchy i pragnienia, by zło naprawić. I tu się rodzi pierwszy wielki problem, co jest ważniejsze: pokuta czy gotowość do zadośćuczynienia?

„Praktyka siebie, praktyka prawdy”

Nie podejmuję w tej chwili tego problemu. Chcę tylko zwrócić uwagę, że w każdym z tych rodzajów ekspresji inaczej układają się relacje między mną a innymi. Uznanie mam zwykle dla kogoś lub czegoś, jest więc efektem poznania wartości innego i wyrażeniem mego do niego stosunku, stosunku pozytywnego, w którym zazwyczaj zaznacza się szacunek, a niekiedy podziw. Jest oczywiste, że do tego, którego darzymy uznaniem, odnosimy się z atencją. Ten zaś akt nie jest obojętny dla nas samych. Przeciwnie. Już Hegel stwierdzał, że uznanie dla innego pociąga uznanie innych dla mnie, dzięki czemu odnajduję właściwe miejsce w sensownej przestrzeni świata. Heglowskie „uznanie” jest więc zapowiedzią podstawowej relacji społecznej o wymiarze etycznym. Czyż w słowach, w których mówimy o konieczności uznania dla każdego człowieka, o konieczności uszanowania jego godności i inności, nie wyraża się przekonanie, że właśnie w tym akcie tkwi podstawowy warunek współżycia racjonalnego i opartego na zasadach moralnych?
Zgoła inne właściwości ma „wyznanie”, nie ma ono bowiem waloru społecznego. To prawda, że wyznaję coś komuś, lecz w tej relacji nie ten inny odgrywa znaczącą rolę, lecz ja sam, bo to ja pragnę wyjawienia tego, co uczyniłem, co boli, co cieszy, co przeżywam. Wyznanie rodzi się z własnej głębokiej potrzeby wyrażenia tego, co sam w sobie odkrywam. Poprzedza je więc zwrócenie się ku sobie, refleksja, w której wydobywam prawdę własną, czasem gorzką, czasem niepokojącą. Wyznanie daje się więc określić jako relacja z samym sobą, wobec której ten inny może być kimś zgoła przypadkowym. Nie o niego tu chodzi, tylko o mnie. O znaczeniu takiej formy wyznania pisze Foucault, sięgając do tekstów Seneki, Epikteta i Marka Aureliusza i pokazując, jak to wejrzenie w sobie i dochodzenie do własnej prawdy stawało się podstawą „praktyki siebie i praktyki prawdy”. Gotowa tu jestem zgodzić się z jego twierdzeniami. Pisałam bowiem wielokrotnie, że to wejrzenie w sobie jest jednym z podstawowych warunków tworzenia się sobości. Ta praktyka, wyjaśnia Foucault, raczej powoduje wyzwalanie się podmiotu z tych lub innych krępujących go więzów. Podmiot zwraca się tu ku innemu w swej prawdzie nie pod jego zewnętrznym naciskiem, nie ze względu na istnienie takich lub innych reguł i zobowiązań narzucanych przez różne instytucje, lecz z własnej woli i wyboru, dzięki tym siłom, które w nim tkwią i które w siebie może rozpoznać i siebie wydobyć. Źródłem wyznania jest tu nie podporządkowanie, lecz upodmiotowienie, które prowadzi do zintensyfikowania relacji z samym sobą, do głębszego wejrzenia w siebie, do pełniejszej samoświadomości.
Wyjątkiem wydaje się być wyznanie miłosne, ono bowiem ma konkretnego adresata. Wyznać miłość mogę jednak także komuś zgoła obcemu, kto jest daleki od bycia przedmiotem mojej miłości. Jest oczywiste, że ten inny musi wzbudzić we mnie zaufanie, spodziewam się też z jego strony życzliwości i zrozumienia. Jednakże i w tym wypadku wyznanie ma znaczenie przede wszystkim dla mnie. Wszakże zmusza mnie do dokładniejszego sformułowania mojej prawdy, a więc do głębszego rozeznania tego, co jest we mnie. W konsekwencji otwiera przede mną drogę do oczyszczenia, do przemiany. Wyznanie może mieć siłę ozdrowieńczą.

Dlaczego trudno jest przepraszać

Między tymi dwiema relacjami, tą najbardziej zobiektywizowaną, i tą intensywnie subiektywną mieści się przyznanie. Wydaje się utożsamiać z uznaniem, a także z wyznaniem. To utożsamienie ma miejsce jednak tylko w szczególnym i ważnym wypadku, o którym później. Na ogół jego sens jest chybotliwy, zmienny i, jak mi się wydaje, coś traci w stosunku do uznania, jakby przyznawanie samo sobie nakładało granicę, jakby nie chciało wyrazić szacunku, podziwu. Stwierdzamy często: przyznaję, że to ktoś mądry, ale... I to „ale” czyni, że pozytywne skutki uznania w przyznaniu zostają osłabione. Gdy zaś przyznajemy się do czegoś, relacja z sobą nie jest tak intymna, tak głęboka, jak w wyznaniu. Przyznanie bywa powierzchowne, i rzadko mówi pełną prawdę o sobie, a może w ogóle do niej nie dociera. W takich wypadkach staje się raczej zeznaniem, mało szczerym, niekiedy wręcz fałszywym, zwłaszcza gdy jest wymuszone. Nam jednak chodzi przede wszystkim o przyznanie integralnie związane z poczuciem winy, które spotyka się z opinią innych, z pytaniem lub wręcz oskarżeniem. Takie przyznanie w dużej mierze jest zależne od tego, komu się przyznajemy, od relacji, jaka nas z nim wiąże.
Widzę trzy najczęstsze rodzaje tych relacji. Pierwsza jest analogiczna do tej, jaką dostrzegliśmy w wyznaniu, z tą tylko różnicą, że chodzi w niej nie o takie lub inne przeżycia, lecz o potwierdzenie opinii lub usprawiedliwienie się przed nią. I tak w niepokoju sumienia często szukamy pomocy, nauki, zrozumienia u kogoś, do kogo mamy zaufanie, kto może poradzić, co czynić, jak błąd naprawić itd. Przyznajemy się więc do naszych grzechów komuś, kogo sami wybieramy. Ten ktoś zwykle jest bardziej doświadczony, możemy więc uznać go za mistrza. Dopomaga on w dojściu do prawdy, lecz nie narusza naszej niezależności, nie ma on w stosunku do nas żadnych sankcji karnych. To od nas zależy, czy posłuchamy jego rad.
W relacji drugiego rodzaju, spotykanej najczęściej, ten ktoś nie pochodzi z wyboru i jest więcej niż mistrzem, ma on bowiem jakieś prawo, niekiedy wsparte instytucjonalnie, by się naszego przyznania spodziewać, a także go żądać. Posiada zatem nad nami władzę. Nie jest istotne, czy duchową, rodzicielską, obyczajową, prawną. Faktem jest, że w tej relacji przyznanie staje się znakiem zależności, a tam, gdzie jest zależność, może się pojawić nacisk, przymus, represyjność, zwłaszcza gdy prawda, która stanowi jego treść, została przez „władcę” negatywnie oceniona. Tym „władcą” może być nie tylko spowiednik, lecz także ojciec, nauczyciel, sędzia. Wiemy także, że niejednokrotnie tę czyjąś prawdę wydobywa się rozmaitymi sposobami, od nakazów pokuty, szkolnych i rodzinnych nagan, aż po łamanie rąk, bicie, wymyślne tortury. Wyjawienie grzechów odbywa się zatem pod presją takiego lub innego władcy, takiej lub innej społeczności, która zdobyła sobie prawo do wymuszania prawdy i do karania nieposłuszeństwa. Uparte nie przyznawanie się budzi nieraz wściekłość. Przyznanie – wyrozumiałość, uciszenie gniewu, czasem darowanie winy. Wszystkie zaś stosowane procedury, nakazy, mają na celu wymuszenie w nas wstydu i pokory, a od pokory niedaleko do upokorzenia. Przyznając się czujemy, że ktoś nas upokarza, ktoś, kto ma władzę, odbiera nam naszą wolność i niezależność, nakłada pęta, zazwyczaj moralne, ale niekiedy i prawne. Groza kary wymusza słowa prośby o wybaczenie. Nie jest jednak łatwo je wymówić, nawet małe dziecko wie, jak trudno powiedzieć: przepraszam. W ten sposób akt przyznania kojarzy się tak właśnie, jak tego dowodził Foucault, z przymusem, utratą niezależności, poddaniem się władzy, pokorą, a także z wymuszonymi przeprosinami i upokorzeniem. Czy należy się dziwić, że budzi on opór?

Banalna tajemnica sztuki życia

Tak jednak być nie musi i przyznanie może być aktem pięknym i głęboko moralnym. Rzadko nas jednak na taki akt stać. Myślę tu o najistotniejszej relacji, w której rozmówca jest tym, wobec którego popełniliśmy winę. Nie wystarcza wyspowiadanie się tylko przed Bogiem. To najłatwiejsze, bo On milczy, nie potępia, nie nakaże pokuty, nie widzimy w jego twarzy zgorszenia lub bólu. Nie powie też innym o mej winie, pozostanie ona w tajemnicy. Sam sobie ewentualnie wymierzę karę, aby nie była zbyt dotkliwa. Nie wystarcza wyspowiadanie się przed anonimowym spowiednikiem ani przed nieznanym nam trybunałem. Trzeba powiedzieć o winie wprost, w oczy, temu, który doznał od nas krzywdy (Papież prosił o wybaczenie za antysemityzm Żydów będąc razem z nimi w Knesecie i w Yad Vashem). Skrzywdzony tej prawdy potrzebuje, jemu ona się należy. Nawet wówczas, gdy nie domaga się przyznania, przeprosin, gdy nie posiada żadnych sankcji, żadnego prawa, by nas ukarać, to i tak tylko on jest władny udzielić nam przebaczenia. Przyznanie jest wówczas aktem prawdy, a nie obligacji, aktem dającym oczyszczenie i otwierającym drogę ku pojednaniu. Stajemy wobec skrzywdzonego w gotowości pełnego zadośćuczynienia, nie unikamy odpowiedzialności. Przeciwnie, bierzemy ją na siebie, dowodząc w ten sposób swojej moralnej siły. Stajemy przed tym, którego zraniliśmy, jako ci, którzy z własnej potrzeby mówią o swej winie, bez obawy, gdyż wiemy, że bać się należy nie prawdy, lecz kłamstwa. Stajemy z pełną świadomością, że jest to jedyna droga, by zmyć plamę. Takie przyznanie nie jest wstydem, przeciwnie, jest aktem odwagi, odwagi bycia w prawdzie, aktem, który przynosi uznanie i pozwala nam podnieść głowę. Istnieje coś takiego jak sztuka życia. Otóż ta sztuka, co jest stwierdzeniem banalnym, a mimo tego rzadko branym pod uwagę, wymaga jasnych, przejrzystych stosunków z innymi i nie może się budować na kłamstwie.
Z tych trzech pojęć – uznanie, wyznanie, przyznanie – wskazuje na jeden z najbardziej doniosłych aktów naszego życia, o ogromnych konsekwencjach zarówno dla jednostek, jak i całych społeczności, o ile oczywiście towarzyszy mu głęboki, autentyczny żal i chęć naprawienia zła. Stąd tak denerwujące i puste wydają się te różne przeprosiny ubarwione bogatym ceremoniałem religijnym, a tak wzruszyło ciche spotkanie na cmentarzu w Jedwabnem. Tam bowiem ci, co poczuwali się do winy, choć sami nie popełnili tego zła, stanęli ze skrzywdzonymi twarzą w twarz. To był przykład aktu, w którym może zrodzić się wzajemny szacunek, wzajemne uznanie, a więc podstawa dla dumy, a nie upokorzenia. W takim bowiem akcie przyznanie scala się z uznaniem i jego konsekwencjami dla życia społecznego. Jednocześnie w tej bezpośredniości z innymi, w tej szczerości słów i spojrzenia znika różnica między przyznaniem a wyznaniem umożliwiając to wszystko, co wyznanie przynosi suwerennemu podmiotowi, a więc samoświadomość i oczyszczenie. Traci tu sens rozdzielanie znaczeń. Różnice, które starałam się pokazać, zacierają się i oto mamy do czynienia z jednym, pełnym etycznej treści aktem, w którym przyznanie jest i wyznaniem, i uznaniem. Staje się właśnie w tym scaleniu przeciwieństwem owego modelowego przyznania, o którym pisałam na początku, a które wciąż obecne jest w świadomości społecznej.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Rzecz jasna, że żadne przeprosiny, żadne przyznanie się do winy nie mają mocy, jeżeli nie łączą się z postanowieniem poprawy, walki ze złem, które winę zrodziło. Przyznający się powinien wiedzieć, że bierze na siebie odpowiedzialność przeciwstawienia się ewentualnemu powrotowi zła. By sprostać temu zadaniu nie musi nakładać włosienicy, lecz usunąć z siebie wszystko, co umożliwiałoby powrót zła. Ta wewnętrzna przemiana, ozdrowieńcza, choć nieraz trudna, konieczna jest nie tylko w planie indywidualnym, ale także społecznym. Dla pokrzywdzonego zaś bywa ona najcenniejszym zadośćuczynieniem. 


Barbara Skarga jest profesorem filozofii PAN. Ur. w Wilnie, studiowała elektronikę na tamtejszej Politechnice, a następnie filozofię na Uniwersytecie Stefana Batorego (m.in. u Henryka Elzenberga). Łączniczka AK, w 1944 r. aresztowana przez NKWD i po wielomiesięcznym śledztwie skazana na 11 lat łagru. Do Polski wraca w r. 1955 (przeżyciom łagrowym poświęcona jest jej książka „Po wyzwoleniu...”), kończy studia filozoficzne. Zajmuje się m.in. Comtem, Bergsonem i pozytywizmem polskim. Redaktorka pięciotomowego „Przewodnika po literaturze filozoficznej XX wieku” i pisma „Etyka”. Nakładem Znaku ukazał się, nominowany do Nagrody NIKE 1999, jej tom „Tożsamość i różnica: eseje metafizyczne”. W 1995 otrzymała Order Orła Białego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl